sobota, 4 lutego 2017

Rozdział 22 - Ogień się tli

Clary poczuła się wolna wraz z chwilą wyjścia na światło dzienne. Odetchnęła głęboko i powoli wypuściła powietrze z płuc. Nie wiedziała jakim cudem udało im się wydostać nie wpadając na ani jednego wampira, ale teraz to nie miało już znaczenia. Tak długo, jak stały w promieniach słońca, żaden krwiopijca nie mógł ich dosięgnąć. Odwróciła się do Renaty, żeby jej podziękować i z zaskoczeniem zauważyła, że dziewczyna stoi kilka metrów za nią, nie mając zamiaru podejść bliżej.

-A ty nie idziesz?- zapytała.

Blondynka pokręciła głową.

-Jonathan i Akira mogliby mieć problem z klanem, gdybym tak po prostu zniknęła.- wyjaśniła, łagodnym głosem.- Jestem zakładnikiem, pamiętasz?- dodała, śmiejąc się cicho.

-Oh, no tak.- Clary nie wiedziała co powiedzieć. Czuła się głupio - nie chciała zostawiać osoby, która jej pomogła. Poza tym, było jeszcze tak wiele pytań, na które chciała poznać odpowiedzi...

Reni bezbłędnie odczytała z niej to wahanie.

-Powinnaś iść.- powiedziała.- Twoi przyjaciele muszą się potwornie martwić.

-Pewnie tak, tylko...

-Kiedy to wszystko się skończy, namówię Jonathana, żeby się z tobą spotkał.- obiecała.- Zdaje się, że przydałaby się wam szczera rozmowa.

Clary przez chwilę zastanawiała się co jej na to odpowiedzieć, aż w końcu powiedziała zwykłe:

-Dziękuję.

-Nie ma za co.

Reni obserwowała jak Clary znika za rogiem ulicy. Dopiero wtedy odwróciła się i powolnym krokiem ruszyła w stronę fabryki. Zrobiła co chciała, teraz musiała wracać do swojego uroczego pokoiku. Pewnie już odkryli, że zniknęła - chyba, że są wyjątkowo nierozgarnięci - ale trzeba było choć próbować utrzymać pozory.

Jednak tym razem nie poszło jej tak łatwo, jak poprzednio. Zaraz po wejściu do budynku natknęła się na wampira. Nie zdążyła nawet zareagować kiedy znalazł się przy niej i chwycił ją za ramię tak mocno, że aż zabolało.  

-Ty mała żmijo, wiedziałem, że będziesz kombinować.- wysyczał Podziemny.- Jak udało ci się wyjść z celi?


Reni zacisnęła usta, ale nie odwróciła wzroku. Nawet jeśli się bała, to w ogóle nie było tego po niej widać, co tylko bardziej rozjuszyło wampira. Puścił jej ramię i zacisnął dłoń na jej gardle, przypierając dziewczynę do ściany. Liczył, że to wywrze na niej jakieś wrażenie.

Nie wywarło.

Jedynie zamknęła oczy, ale wciąż pozostała bierna na jego działania. Trzeba przyznać, zaimponowało mu to.

-Naprawdę szkoda marnować taki dobry materiał.- powiedział i uśmiechnął się, odsłaniając kły.- Powinnaś być jedną z nas, a nie marnować się w świecie Przyziemnych. Co ty na to, żeby naprawić ten błąd?

Dopiero to podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. 

-Nie!

Zaczęła się wyrywać, ale bez efektu. Wampir unieruchomił jej ręce. Spojrzała w bok, na Netarona. Anioł stał w znacznej odległości od nich i tylko się przyglądał. Na jego idealnej twarzy Reni widziała napięcie, a może nawet nutkę niepokoju? Gdyby jej pomógł, złamałby wszystkie obowiązujące go zasady. Doskonale pamiętała słowa, które powiedział do niej nie dłużej jak pół godziny temu.

Każde działanie niesie za sobą konsekwencje. A ja nie będę mógł ci pomóc, jeśli wpadniesz w kłopoty.

-Sama jestem sobie winna, nie?- szepnęła bezbarwnie. Jej wzrok nagle stał się zamglony, jakby myślami była gdzieś bardzo daleko.- Bo jestem człowiekiem i nie potrafię słuchać.- Wampir był tak blisko, że czuła jego oddech na szyi.

-Owszem.- odezwał się Netaron.- Na twoje i moje szczęście, nie jesteś pierwszym lepszym człowiekiem.

Renata nie zdążyła nawet zastanowić się nad tym, co miałoby to oznaczać, gdy poczuła ostry ból w szyi. Usłyszała syk, który potem przerodził się w jęk bólu, ale żaden z tych dźwięków nie wyszedł z jej ust. Zdziwiła się, kiedy wampir odskoczył od niej równie nagle, co się przy niej znalazł. Ręką zasłaniał sobie dolną część twarzy.

Reni czuła nienaturalne ciepło w miejscu ugryzienia. Wykrzywiła kark, żeby spojrzeć na to miejsce i zdębiała. Zobaczyła błękitny płomyk tlący się na rankach. Krew, która z nich wypływała nie była czerwona, tylko złota. Kiedy mrugnęła ogień przestał się tlić, a krew znów miała swój naturalny kolor, ale po ugryzieniu nie było nawet najmniejszego śladu.

Przez chwilę była skłonna uwierzyć, że tylko jej się przywidziało. Potem ponownie spojrzała na Netarona i przestała wątpić. Nie mogłaby. Nie kiedy uśmiechał się do niej z dumą.

-Co to miało być?!

Wrzask wampira przywrócił ją do rzeczywistości. Jak dotąd miała wrażenie, że dryfuje bardzo daleko poza swoim ciałem.

-Pijesz wodę święconą zamiast herbaty, czy co?!- Jego poparzone wargi wykrzywiły się w gniewnym grymasie, kiedy ponownie ruszył w jej stronę.

Tym razem odskoczyła na bok, nie dając się złapać.  


----------


Jonathan i Akira wrócili w idealnym momencie. Zaraz po wejściu na teren fabryki natknęli się na Renatę. Dziewczyna była blada na twarzy. Robiła wszystko byle tylko odsunąć się od napastującego ją wampira, z marnym skutkiem, bo zaczął szarpać ją za włosy. Jonathan w sekundę znalazł się przy niej i sprzedał wampirowi cios kolanem w żołądek. Mężczyzna odskoczył kilka metrów w tył, bardziej z zaskoczenia niż bólu. Szybko się otrząsnął, warknął wkurzony i już szykował się do ataku, kiedy zbiegły się inne wampiry, które otoczyły walczących. 
Akira już wcześniej podbiegł do Jonathana i Reni, ustawiając się tak, żeby w razie wypadku osłonić przyjaciółkę przed atakiem. Wtedy przez tłum przepchnął się Mickel.

-Co tu się dzieje?- zapytał pozornie spokojnie, ale przez zaciśnięte zęby. Jego wyraz twarzy nie pozostawiał żadnych wątpliwości odnośnie tego jak bardzo jest wkurzony.

-Przysięgliście, że jej nie skrzywdzicie jeśli przyniesiemy Kielich.- odezwał się Akira.- Jeśli tak mają wyglądać układy z wami to go nie dostaniecie.

-Dziewczyna próbowała uciec!- zaprotestował ten sam wampir, który wcześniej próbował ugryźć Renatę.

Jego wypowiedź wywołała wśród tłumu wrzawę, której nawet Mickel nie mógłby tak łatwo opanować. Zresztą, nawet nie próbował.

-Nie próbowałam!- krzyknęła głośno Reni.- Jakiś idiota zostawił otwarte drzwi, więc wyszłam pozwiedzać.- Tylko odrobinkę minęła się z prawdą - w końcu drzwi bynajmniej otwarte nie były - ale kto jej to udowodni? Nikt, proszę państwa.

Tym jednym zdaniem wprowadziła w konsternację połowę towarzystwa. Nawet Jonathan spojrzał na nią pytająco i uniósł brew. Jeden z gapiów, prawdopodobnie ten "idiota", który miał jej pilnować, a zamiast tego uderzył w kimę, ulotnił się dyskretnie.

-Co?- wykrztusił Mickel. Zmierzył dziewczynę wzrokiem, jakby próbował się upewnić czy aby na pewno jest tylko nieszkodliwą Przyziemną.

Reni odparła mu wzruszeniem ramion.

-To nie ma znaczenia.- wtrącił Akira i spojrzał na przywódcę wampirów mrużąc oczy.- Przynieśliśmy Kielich, więc zgodnie z obietnicą macie dać nam spokój.

-Pokażcie Kielich!- krzyknął ktoś z tłumu.

Akira wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Jonathanem, który potem sięgnął do torby i wyciągnął z niej owinięty materiałem przedmiot. Kiedy podawał Mickelowi Kielich jego wyraz twarzy był tak skrajnie obojętny, że Reni prawie uwierzyła, że los nefilim w ogóle go nie obchodzi. Prawie. Wszystkich pozostałych udało mu się przekonać.

Mickel dość nieufnie wziął ręki zawiniątko i odsłonił zawartość. Na widok Kielicha jego twarz rozpromieniła się.

-No, barwo.

-Po co ci Kielich?- zapytał Akira. Zadowolenie malujące się na twarzy wampira irytowało go.- Nie możesz go nawet dotknąć, nie wspominając o wykorzystaniu go do czegokolwiek.

Mickel przeszył Nocnego Łowcę wzrokiem, a potem uśmiechnął się chytrze.

-Ależ ja nie chcę go wykorzystać.- Zawinął Kielich z powrotem w materiał i podał go stojącej przy jego boku wampirzycy.- Mam zamiar go zniszczyć.

Akira poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach. Kielich był dla nefilim zabezpieczeniem - ostatnią deską ratunku do stworzenia nowej generacji i kontynuowania misji. Jeśli zostanie zniszczony może być krucho. Zwłaszcza, że trwała wojna.

Młody Kurohana wziął głęboki oddech i zacisnął dłonie w pięści, ale zanim zdążył się odezwać zrobił to Jonathan.

-No to powodzenia.- rzucił wyzywającym tonem Morgenstern. W jego postawie widoczna była niewzruszona pewność siebie. Jakby miał wszystko pod kontrolą, mimo że w rzeczywistości sprawa była opłakana. Akira zastanawiał się czy to wyuczona postawa.- To jeden z Darów Anioła- ciągnął Jonathan.- Zniszczenie go może być sporym wyzwaniem.

-To już nie jest wasz interes.- odbił piłeczkę Mickel, a potem ciągnął dalej mimo swoich słów. Widocznie poczucie zwycięstwa, bycia panem sytuacji było zbyt słodkie, żeby tak szybko skończyć się nim napawać.- Myślę, że Królowa Fearie będzie bardziej niż chętna do pomocy, jeżeli dostarczę jej Kielich i rudego bękarta Valentina Morgensterna na dokładkę.

Jonathan już zamierzał mu odpowiedzieć, czy raczej wysyczeć przez zaciśnięte zęby, kiedy jedne z bocznych drzwi otworzyły się z hukiem i wpadł przez nie wysoki, ubrany na czarno mężczyzna. Wykrzykując imię swojego szefa przedarł się przez tłum gapiów i dopadł Mickela, który spojrzał na niego jak na wariata.

-Dlaczego się tak tłuczesz, do diabła!

-Panie, dziewczyna zniknęła.- wykrztusił wampir.

Na kilka sekund zapanowała grobowa cisza. Potem Mickel wrzasnął wściekle, uniósł pięść i posłał nieszczęśnika w powietrze, aż uderzył plecami w drzwi, przez które chwilę temu wszedł.

-JAK?!- ryknął.

Zbiorowisko cofnęło się o krok lub dwa aby zwiększyć dystans pomiędzy sobą a szefem. Wielu wampirów uciekło cichaczem, widząc, że miłe dla oczu widowisko, może już dłużej nie być takie miłe skoro herszt się wściekł. Renata pisnęła cicho i schowała się bardziej za plecami Jonathana. Wychyliła tylko czubek głowy znad jego ramienia, żeby widzieć cokolwiek.

Tymczasem Mickel wściekał się dalej.

-MIELIŚCIE DOPILNOWAĆ, ŻEBY NIE UCIEKŁA!

-Panie- odezwała się cicho Mai, nadal ściskając w rękach zakryty Kielich.- Była rana, związana i pozbawiona broni. Sama w zaryglowanym i zamkniętym na cztery spusty pomieszczeniu. Nie miała prawa uciec.

-A jednak jej się udało!- warknął Mickel z furią. Nagle jego wzrok ponownie padł na Nocnych Łowców i w jego wściekłych oczach błysnęło zrozumienie.

Cholera, przeklął w myślach Jonathan. Jeśli zamierzał obwinić ich o ucieczkę Clary, mogli nie opuścić tego miejsca tak łatwo.

-Przecież nas tu nawet nie było!- powiedział Morgenstern w samoobronie.

-Was nie.- potwierdził, skupiając wzrok na blond włosach chowającej się za Jonathanem Renaty.- Ona była. Mało tego, przyłapaliśmy ją na szwendaniu się samopas. To musiała być ona!

-Skoro tak to dlaczego nie uciekła razem z nią?- zaoponował Jonathan, próbując się jeszcze bronić, ale miał bardzo silne przeczucie, że ta kłótnia nie będzie prowadzić do niczego dobrego. Że też Reni i Clary nie mogły spokojnie poczekać aż doczłapią się tutaj Jace i Lightwood'owie! Dlaczego baby zawsze muszą robić wszystko po swojemu?!- Po co wróciła skoro doskonale wie, że nie spotka jej tutaj nic dobrego?

-Po ciebie!- Mickel w sekundę znalazł się przy Jonathanie i wbił mu palec wskazujący w pierś.- Mała Przyziemna wróciła po ciebie i twojego koleszkę!

-Pomyśl przez chwilę o tym co mówisz.- wtrącił się Akira.- Jak powiedziałeś - to Przyziemna. Zwykła, słaba dziewczyna. Naprawdę sądzisz, że wykiwała by wszystkich twoich strażników, wykradła broń, a potem wypuściła więźnia? To niedorzeczne!

-Myślisz, że nie wiem?- rzucił prześmiewczo tonem, w którym wciąż pobrzmiewała złość. I to nie mała.- A jednak to zrobiła! Nie wiem jak, ale wiem, że to była ona!

-I co z tego?- Reni odezwała się po raz pierwszy.- Co z tego?- powtórzyła, wychodząc zza Jonathana i dla odmiany oparła się o jego ramię.- Clary jest już daleko stąd i nie dogonicie jej, nawet jakbyście chcieli.

Mickel spojrzał na szparę światła przedostającą się przed szczelinę pod drzwiami wejściowymi i przeklął, w duchu przyznając dziewczynie rację. Nie mogli wyjść na zewnątrz. Nie o tej porze dnia.

-Rozejść się i zacząć zbierać. Wynosimy się stąd tuż po zachodzie słońca. Mai, odnieś Kielich do mojego gabinetu, zaraz tam przyjdę.

Zapanowało małe zamieszanie i większość wampirów w tym Mai rozeszło się we wszystkie strony. Została tylko siódemka - dwie młode dziewczyny i pięciu mężczyzn, którzy wciąż mierzyli Akirę, Reni i Jonathana wrogimi spojrzeniami. To był główny powód, dla którego jeszcze się stąd nie wynieśli. Pięć par oczu śledzących z podejrzliwością każdy ich ruch, gotowych do zaatakowania w każdej chwili.

Jonathan zerknął na Renatę i zauważył, że jej ręce drżały odrobinę, mimo że dobrze ukrywała strach. Nie mogąc się powstrzymać, objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej do siebie.

Mickel spojrzał na nich i zmrużył oczy.- Rozumiecie chyba, że w świetle nowych wydarzeń, nasza umowa staje się nieaktualna. Dzięki wam straciłem swoją kartę przetargową.- Potem zwrócił się do swoich pobratymców.- Zabierzcie im broń i zamknijcie. Dopilnujcie też, żeby zawsze cztery osoby pilnowały drzwi. Potem zdecyduję co z nimi zrobić.- dodał jeszcze i odszedł.

----------

Półgodziny później siedział przy sponiewieranym biurku w pomieszczeniu w wyższej kondygnacji budynku. Oparł łokcie na blacie i położył podbródek na splecionych dłoniach, a potem wzbił wzrok w Kielich. Królowa Fearie nienawidziła Clave, ale za nim też zbytnio nie przepadała. Nawet jeśli przyniesie jej Kielich, nie mógł mieć pewności, że zechce zawrzeć z nim sojusz. Z Clarrisą Morgnestern w roli zakładniczki byłoby o wiele prościej. Mickel dobrze znał zamiłowanie Królowej do grania ludziom na nosie, a zwłaszcza do grania na nosie Jace'owi Herondale.

Zmarszczył brwi, a całe jego ciało napięło się niezauważalnie. Miał jakieś inne wyjście?

Wpatrując się w Kielich niewidzącym wzrokiem, zaczął jeszcze raz rozważać każdy swój ruch, każdą decyzję, którą podjął w przeciągu ostatnich miesięcy i każdą osobę, którą spotkał po drodze. Wojna była jak rozgrywka szachowa - każde opcja musiała być przemyślana i rozpatrzona, bo każdy ruch miał znaczenie. I tak począwszy od swojej niewielkiej grupy zwolenników w USA, dotarł aż do dwóch Nefilim i Przyziemnej, którzy zostali do niego sprowadzeni. Jeszcze raz przeanalizował każdą interakcję z nimi, spojrzenia, ton głosu, postawa, rysy twarzy...

Poderwał się na nogi tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedział uderzyło w wykładaną kafelkami podłogę.

Zwabiona hałasem Mai otworzyła drzwi do gabinetu swojego szefa, żeby zobaczyć co się stało. Na twarzy Mickela malował się szok.

-Co się stało?- zapytała cicho. Wampir nawet na nią nie spojrzał.

-Morgenstern.- wydusił, wciąż nie mogąc uwierzyć.- Ten chłopak to pieprzony Sebastian Morgenstern.

-Jak to?- Mai zmarszczyła brwi, ale nie otrzymała odpowiedzi.

Na twarzy Mickela stopniowo wykwitł maniacki uśmiech.

Miał swoją kartę przetargową.
-----------------------------------------
Will: *dzwoni do Belli*
Bella: *odbiera* *szeptem* Izka! Mam fizykę!
Will: *wcale nie szeptem* Ups xD
Bella: Ta, ups -,- Odzwonię za godzinę.
*jakąś godzinę później*
Bella: Już mogę rozmawiać.
Will: Bo ja w sumie mam do ciebie jedno ważne pytanie.
Bella: No, dawaj.
Will: Pierwszy ma być nowotwór czy ciąża?
Bella:...
Will:...
Bella: Eee... no, chyba nowotwór... tak jakoś... wydaje mi się xD
Will: Okey *płacze ze śmiechu* To teraz spróbuj zgadnąć czego to się tyczy xD
Bella: Wolę nie xD

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Rozdział 21 - "Teoretycznie jestem zakładnikiem."

Renata chodziła w kółko po celi, która rzekomo miała być jej "tymczasową kwaterą". Pokój był mały, zimny i pusty. W kącie leżały dwa brudne, dziurawe koce, których nawet nie zamierzała dotykać. Nie było okien, a jedyne oświetlenie stanowiła goła żarówka powiedzonszona na suficie, która przygasała, co kilka minut. Uroczo.

Reni zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. W normalnych okolicznościach siadłaby na tyłku i zwyczajnie poczekała na rozwój wydarzeń, ale to nie były normalne okoliczności i bynajmniej nie zamierzała marnować czasu na czekanie.

Netaron przez cały ten czas uważnie się jej przyglądał, co jakiś czas kręcąc z politowaniem głową.

-Uspokój się. Zaraz wydepczesz ścieżkę w podłodze.

-Nie jestem w stanie się uspokoić, Netaronie!- odparła, zdecydowanie zbyt głośno, za co natychmiast skarciła się w myślach. Przecież nie miała pewności czy nikt jej nie podsłuchuje.- MÓJ Jonathan został wysłany razem z MOIM przyjacielem, żeby ukradli jeden z najważniejszych dla nefilim artefaktów pod groźbą, że banda zbuntowanych wampirów zamieni MNIE w Dziecko Nocy jeśli się nie podporządkują, a JA nie mogę nic zrobić, bo jestem TYLKO słabą Przyziemną!- powiedziała nerwowym szeptem, praktycznie na jednym wdechu, a na koniec swojego wywodu z całej siły kopnęła nogą w drzwi. Głuche dudnienie rozniosło się po korytarzach.

-Lepiej ci już?    

Odetchnęła głęboko. Wiele to nie dało, ale przynajmniej rozładowała trochę frustrację.

-Trochę.- przyznała, po czym dodała szybko:- Co nie zmienia faktu, że bycie zakładnikiem jest do bani.

Renata podeszła do drzwi, tym razem nie po to żeby się na nich wyżywać, a z oczywistym zamiarem wyjścia na zewnątrz. Miała dosyć siedzenia w tej celi. Nawet jeśli mieliby zaraz ją złapać - wolała to, niż takie nic nierobienie.

Chwyciła za klamkę...

I na tym się skończyło, bo drzwi były zamknięte na cztery spusty.

No tak. Przecież byłoby zbyt łatwo, prawda? Super.

Westchnęła i odwróciła się do Netarona.

-Pomożesz?- zapytała, patrząc na niego błagalnie.

-Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Każde działanie niesie za sobą konsekwencje. A ja nie będę mógł ci pomóc, jeśli wpadniesz w kłopoty.- przypomniał jej.

-Nic mi się nie stanie.


Kiedyś już to przerabiali. Reni miała wtedy zaledwie dziesięć lat. Rodzice wysłali ją na obóz harcerski nad jezioro. Chciała pozwiedzać okolicę i przez przypadek spadła z mostu prosto do zimnej wody. Na szczęście, nigdy nie narzekała na brak umiejętności pływackich, więc udało jej się wydostać, ale do końca obozu męczyła się z katarem. Zapytała wtedy Netarona dlaczego nie złapał jej, gdy się potknęła.

-Ani mnie, ani innym aniołom nie wolno do tego stopnia ingerować w wasz świat.- odpowiedział.- Mamy służyć radą, a ja mówiłem, żebyś nie podchodziła tak blisko krawędzi.- dodał, jednak jego ton wyrażał bardziej dezaprobatę dla jej nierozwagi, niż skruchę. 

-Nie słyszałam.- burknęła obrażona Reni. 

-I właśnie dlatego na świecie jest tyle nieszczęść - bo nie potraficie słuchać.   

Od tamtego dnia minęło osiem długich lat i choć mała dziewczynka wyrosła, to w oczach Netarona wciąż pozostawała dzieckiem. Głupiutkim dzieckiem, którego nie można odstąpić na krok, bo zaraz wpakuje się w kłopoty. Wiedział, że nie może już tak o niej myśleć, nie kiedy zmieniała się na jego oczach, ale nie mógł się powstrzymać.

I chyba tylko dlatego uległ jej proszącemu wzrokowi i postanowił przyspieszyć to, co nieuniknione. Podszedł do niej i położył rękę na jej czole. Dotyk był tak delikatny, że Reni niemal go nie czuła, a mimo to w jednej sekundzie poczuła się zupełnie inaczej. Wróciło to samo dziwne uczucie, co tydzień temu podczas urodzin, tylko już bez zawrotów głowy. Wręcz przeciwnie, jej umysł nigdy nie był czystszy. 

Spojrzała pytająco na Netarona.

-Co zrobiłeś?- zapytała. 

-Teraz możesz wyjść.- powiedział tylko, puszczając jej pytanie mimo uszu.

Renata nie drążyła tematu. Podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę, ale wciąż było zamknięte.

Tylko ona stała się niematerialna.


----------


Będąc na skraju świadomości, Clary usłyszała czyjś głos wołający jej imię i poczuła rękę delikatnie potrząsającą jej ramieniem.

-Clary? Clary, wstawaj!

Jednocześnie poczuła tępy ból głowy i dolnych partii żeber. Naprawdę nie chciała się budzić, ale najwyraźniej nie miała wyboru.

Otworzyła oczy i przez klika sekund miała wrażenie, że widzi ciemne włosy i twarz Isabelle, ale gdy mrugnęła ta iluzja znikła. Wzrok musiał płatać jej figle, bo osoba pochylająca się nad nią nie była Izzy. To była ta sama dziewczyna, którą wcześniej widziała obok Jonathana. Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu, gdy dostrzegła, że Clary się obudziła.

-Dzięki Bogu.- odetchnęła z ulgą.- Udało mi się znaleźć twoją stelę więc...

-Kim jesteś?- przerwała jej Clary.

-Nie wiem, czy moja osoba jest w tej chwili taka ważna, ale skoro chcesz wiedzieć to mogę się przedstawić. Mam na imię Renata Yume, dla przyjaciół Reni, liczę osiemnaście wiosen, a na resztę przyjdzie czas później.- wyrecytowała, praktycznie na jednym wdechu. Potem chwyciła Clary za ramiona i pomogła jej usiąść.- Szybko. Raczej nie mamy wiele czasu.- powiedziała, podając jej stelę i miecz.

Clary odłożyła Hesperosa na podłogę, a stelą raz-dwa narysowała sobie iratze ignorując towarzyszące temu zabiegowi pieczenie i czekała aż zacznie działać.

-Nie jesteś jedną z nich?

-A wyglądam na wampirzycę?- odparła Renata, pokazując na siebie ręką.

Czy z tym chudym, w ogóle nie atrakcyjnym ciałem choć trochę przypominała Dziecko Nocy? Clary też była szczupła i drobna, a w dodatku usiana piegami, ale ten typ urody tak jej pasował, że nawet w brudnych, wytartych ubraniach wyglądała pięknie. Przynajmniej w mniemaniu Renaty, choć jej ocena nie mogła być subiektywna. Zawsze była względem siebie zbyt surowa.

Clary przyjrzała jej się dokładnie i lekko pokręciła głową.

-No, właśnie.

-Więc co tu robisz?- zapytała Clary. Miała ochotę zapytać, co w ogóle robił tutaj Jonathan i jakim cudem żyje, ale nie sądziła, żeby poruszanie tego tematu teraz było dobrym pomysłem. Tak, jak powiedziała Reni - nie miały zbyt wiele czasu.

Clary poczuła lekkie mrowienie, kiedy rany zaczęły się zasklepiać. Po namyśle narysowała sobie również mendelin, mając nadzieję, że pomoże na ból głowy. Oby nie miała wstrząsu mózgu, bo to mogłoby już być problematyczne.

-Teoretycznie jestem zakładnikiem.- Blondynka zagryzła policzek od środka.- Ale znudziło mi się nic nierobienie, więc pomyślałam, że chociaż spróbuję ci pomóc. Są tak przekonani o naszej słabości, że nawet nie postawili straży. A może postawili, tylko wszyscy zrobili sobie przerwę na lunch? Albo drzemkę. Wampiry chyba śpią za dnia, nie?- zastanawiała się na głos.- Nie wiem, w każdym razie znalezienie twojej broni i dotarcie tutaj poszło mi gładko, chyba ze dwa razy prawie na kogoś wpadłam, ale mnie nie zauważyli.

Clary uniosła brwi. Nie to, że jej nie wierzyła, ale to co powiedziała brzmiało tak prosto, że nie mogła wyjść z szoku. No i pozostawała jeszcze jedna kwestia - była pewna, że zamknięto ją w tym pomieszczeniu na cztery spusty, a i Renaty nie pozostawiono na wolności skoro miała być zakładnikiem.

-Jak przeszłaś przez zamknięte drzwi?- zapytała.

-Tak jakoś wyszło.- Reni wzruszyła ramionami, uśmiechając się niewinnie.

Clary wpatrywała się w nią zszokowana.

Co jest nie tak z tą dziewczyną?, zastanawiała się. Albo ona była inna, albo cały świat zwariował. Była ciekawa jak nigdy, jednak w jej oczach Clary wyczytała, że nie dowie się niczego więcej, więc odpuściła sobie dociekanie.

-Dasz radę wstać?- zapytała Ren, profilaktycznie zmieniając temat.

-Raczej tak.

-To dobrze.- Reni zerknęła w stronę wyjścia.- Em... dasz radę otworzyć drzwi?- rzuciła, lekko zakłopotanym tonem.


Clary zmarszczyła brwi, ale skinęła twierdząco głową.

Nie pytaj., powiedziała sobie w myślach. Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

Renata podniosła się i podała Clary rękę. Rudowłosa przyjęła pomoc, ale nie bez wahania. Nie wiedziała, co sądzić o tej dziewczynie. Nie była "normalna" to wiedziała na pewno. Wcześniej nie czuła tego tak intensywnie, ale teraz, kiedy były same miała wrażenie, że mistyczna aura, którą emanowała Reni była wręcz namacalna. 

-Chodźmy, wiem gdzie jest wyjście.

-Czekaj.

Reni zatrzymała się w połowie drogi do drzwi. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Clary pytającym wzrokiem. W oczach dziewczyny czaił się cień nieufności.

-Coś nie tak?

-Nie chcę znać całej historii, bo nie ma na nią czasu. Ale jeśli mam pozwolić ci się stąd wyprowadzić muszę chociaż wiedzieć dlaczego mi pomagasz.- powiedziała i zamilkła, czekając na odpowiedź dziewczyny.

-Dlaczego?- powtórzyła po niej bezwiednie.- Jak to dlaczego? Jesteś siostrą Jonathana, trochę głupio zostawić na pastwę losu przyszłą szwagierkę.- Reni uśmiechnęła się, a Clary dosłownie odebrało mowę.

Jasna cholera., przeklęła siarczyście w myślach, obiecując sobie, że już o nic więcej nie będzie pytać. Za dużo informacji jak na jeden dzień.
-----------------------------------------
*SMS-owa pogadanka na temat BigBang'a*
Bella: Słyszałaś piosenki chłopaków?

Will: Iza... ja ryczę... od godziny leżę w łóżku i ryczę...
Bella: Tak? xD No ja się przed chwilą pozbierałam do kupy xD
Will: FXXK IT było świetne, ale Last Dance... zabiło mnie emocjonalnie... Mam takie wrażenie, że zamiast piosenki o miłości wyszła im piosenka pożegnalna dla fanów... I to nie jest fajne wrażenie T.T 
Bella: Ooo~ Tak bardzo chciałabym teraz do ciebie pojechać i cię przytulić ;C
Will: Jezu, ten uśmiech i łzy TOP'a na końcu *znowu wyje*

Bella: Musimy kiedyś na ich koncert pojechać.
Will: O ile jeszcze jakieś będą...
Bella: No, o ile będą. Izka, zbieraj forsę na wakacje. Pojedziemy gdzieś se...
Will: HAHAHAHA XDDD Mówisz do człowieka, który nie ma grosza przy duszy! XD
Bella: Dasz radę ;)
Ps. Zaczytana, tak ten rozdział pojawił się tuż po tym jak skomentowałaś poprzedni xD To wcale nie przypadek xD

sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział 20 - I od nowa Polska Ludowa...

Jace przyszedł do Grad, żeby porozmawiać z Jią. Chciał wiedzieć czy są już jakieś informacje na temat możliwego miejsca pobytu Clary. Tokio było naprawdę ogromnym miastem, a on nawet nie miał pewności czy rudowłosa w ogóle się w nim znajduje, czy może została wywieziona gdzieś poza jego granice. Alec miał skontaktować się z Magnusem, ale utkanie czaru tropiącego zajmuje trochę czasu, a Jace nie chciał czekać. Jednak pani konsul nie miała dla niego żadnych nowych wiadomości

Szlag.

Miał już wracać do tokijskiego Instytutu, ale jakaś tajemnicza myśl, która nagle zaświtała mu w głowie kazała mu wpierw zajrzeć do Sali Anioła. Dotarł tam w kilka minut. Przed drzwiami do pomieszczenia nie było straży, co już samo w sobie było dziwne, bo po aferze z Morgensternami podwojono środki ostrożności. Wszedł do środka i od razu zobaczył, co jest nie tak - gablota w której trzymano Kielich Anioła była pusta.

Coś błysnęło pośród szkła leżącego na podłodze. Jace schylił się, żeby to podnieść i wtedy przez drzwi wbiegł Robert w towarzystwie trzech Nocnych Łowców. Spojrzał na chłopaka z niemałym zaskoczeniem, ale jego szok tylko się spotęgował, gdy dostrzegł pustą gablotę.

-Jace, co tu się stało?- zapytał, naglącym tonem.

Jace ukradkiem schował do kieszeni przedmiot, wyglądający jak zwykły damski łańcuszek. Dopiero potem podniósł się do pionu i odwzajemnił poważne spojrzenie przyszywanego ojca.

-Wygląda na to, że ktoś ukradł Kielich.- odpowiedział. Po czym dodał, lekko uszczypliwie:- Znowu.

-Widziałeś kto to był?- kontynuował Robert, puszczając ton Jace'a mimo uszu. Widocznie przyzwyczaił się już do jego odzywek.

Kiedy blondyn pokręcił przecząco głową, Inkwizytor zwrócił się do swoich towarzyszy.

-Każcie obstawić wyjścia i przeszukać całe Grad, jeśli złodziej wciąż jest gdzieś w pobliżu to musimy go znaleźć. Poszukajcie też strażników, którzy mieli pilnować wejścia.

Wszyscy trzej nefilim - którym Jace nie poświęcił ani grama uwagi, bo i po co, skoro nawet ich nie znał - rozbiegli się, żeby przekazać rozkazy dalej.

-Co ty tu w ogóle robisz?- zapytał na odchodnym Robert.- Przecież zostaliście wysłani do Tokio.

Jace tylko wzruszył ramionami, definitywnie nie zamierzając odpowiadać na jego pytanie, więc pan Lightwood od razu odpuścił i również opuścił Salę Anioła.

Herondale natomiast poszedł prosto do Bramy i przeniósł się z powrotem do Tokio. Z westchnieniem opadł na kanapę w salonie w Instytucie. Z każdą chwilę coraz bardziej bolała go głowa. Zazwyczaj nienawidził bezczynności, ale w tej chwili chciał tylko, żeby już było po wszystkim. Chciałby znów trzymać Clary w swoich ramionach, miałby wtedy pewność, że jest cała i zdrowa. Do tej pory nie brał tej całej wojny na poważnie. Sądził, że po Morgensternie nie może ich spotkać już nic gorszego. Dopiero kiedy wczoraj w nocy Clary dosłownie rozpłynęła się w powietrzu zanim zdążyli do niej dotrzeć, zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie czyhało na nich wszystkich. 

Niech ona tylko wróci do domu, a raz na dobre wybiję jej z głowy szwendanie się po nocach całkiem samej.

-Oh, Jace!- Usłyszał za sobą głos właścicielki Instytutu.- Dobrze, że już wróciłeś.

Akemi podeszła do niego szybko, stukając o podłogę wysokimi obcasami. Podobnie jak Clary nie grzeszyła wzrostem, ale ona chociaż próbowała ratować się obuwiem. Nie do wiary, że nawet tak banalny szczegół przypominał mu o rudowłosej. 

-Pewien człowiek przyszedł tutaj jakiś czas temu i zostawił to.- Pokazała mu niewielki woreczek.- Kazał przekazać tobie.- dodała, podając mu przedmiot.- Nie wiem co jest w środku, nie zaglądałam, ale kształtem przypomina coś jakby... sygnet?

Jace zmrużył oczy. Od razu otworzył sakiewkę i wysypał na rękę zawartość. Faktycznie był to typowy pierścień rodowy Nocnych Łowców - trochę z czerniały i na pewno dawno nie noszony. Obrócił go drugą stroną, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i... po prostu odjęło mu mowę.

What the fu...

Wiedział, że Kielich mógł ukraść tylko Nocny Łowca, nikt inny nawet nie wszedłby do Alicante, ale tego się nie spodziewał.

-Jace?- odezwała się Akemi.- Co się stało? Zbladłeś.

-Kto to przyniósł?- Zerwał się na nogi, ledwo powstrzymując się od krzyku.

Akemi wzruszyła ramionami.

-Wyglądał zwyczajnie - ciemne włosy i oczy, młody, na pewno nie miał więcej niż trzydzieści lat, typowo azjatycka uroda.- powiedziała i wzruszyła ramionami.- Raczej nie wyróżniał się niczym szczególnym. Mógł być zwykłym Przyziemnym ze wzrokiem.- Zmarszczyła brwi.- Ale zachowywał się dość dziwnie, jestem prawie pewna, że był pod wpływem jakiegoś czaru kontrolującego.

Jace ponownie opadł na kanapę. Miał jeszcze większy mętlik w głowie niż przedtem.

W tym momencie zadzwoniła komórka Akemi. Kobieta przeprosiła go i wyszła, żeby odebrać połączenie. W drzwiach minęła się z Aleciem, który odetchnął z ulgą, gdy tylko zobaczył Jace'a. Szukał go przez bite piętnaście minut.

-Magnus powiedział, że nie jest w stanie jej znaleźć. Coś blokuje... Słuchasz mnie w ogóle?

Jace nie zareagował.

-Czyli nie słuchasz.- westchnął Alec.- Coś się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

-Prawie trafiłeś.- Jace zamrugał, jakby wybudzony z transu.- Chodź i zobacz.

Podał Alekowi pierścień i spokojnie obserwował jak na twarz jego parabatai wstępuje pierw szok, a później zwątpienie. Czyli pomyśleli o tym samym.

-Skąd to masz?- zapytał Alec, oddając Jace'owi pierścień i siadając obok niego na kanapie.

-Ktoś przyniósł go do Instytutu, kiedy byłem w Alicane.- Nagle przypomniał sobie o przedmiocie znalezionym w Sali Anioła. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej srebrny krzyżyk na łańcuszku.- A to z kolei leżało w szczątkach gablotki, w której Clave trzymało Kielich. 

-Nie mów mi, że...

-Tak.

-Znowu?

-Znowu.

Alec westchnął na wpół z irytacją, na wpół z politowaniem.

-Lepiej bym tego nie podsumował.- stwierdził Jace, obracając w dłoniach pierścień rodowy Morgensternów. Rozpoznałby go wszędzie, nie było mowy o pomyłce. Pytanie tylko, co to oznaczało?

-Naprawdę myślisz, że to on?- zapytał Alec. W jego głosie brzmiało niedowierzanie.

-Nie wiem.

-Na Anioła przecież na własne oczy widzieliśmy jak płonął na stosie!

-Nie wiem.- powtórzył Jace, trochę mocniej.

-Przez rok udawał trupa, żeby teraz tak po prostu zmartwychwstać? Dlaczego? To nie ma najmniejszego sensu!

-Na Anioła, Alec! Nie wiem! Nie wiem, rozumiesz?!- Tym razem prawie krzyknął, marszcząc brwi, ale zaraz z powrotem się uspokoił. Wrzaski w niczym nie pomogą.- To wcale nie musi być Sebastian. To tylko jedna z opcji w dodatku mało prawdopodobna. Pierścień definitywnie należał do niego, ale łańcuszek? Z krzyżem? Szczerze w to wątpię. 

-Racja.- przyznał brunet.- Więc co proponujesz?

Jace pomilczał chwilę, dając sobie czas na zebranie myśli.

-Clary wrzuciła pierścień do jeziora Lyn razem z prochami. Jeśli komuś bardzo zależało mógł go wyłowić, żeby...

-Narobić zamieszania.- podłapał natychmiast Alec.

Jace przytaknął.

-Większość nefilim zareagowałaby atakiem paniki, gdyby się dowiedzieli.- Spojrzał poważnie na czarnowłosego.- Dlatego nie możemy nikomu mówić dopóki sprawa choć trochę się nie wyjaśni.

-Nie mówić o czym?- wtrąciła Izzy, uśmiechając się niewinnie, jak osoba, która właśnie przyłapała starsze rodzeństwo na czymś zakazanym i miała radochę, że to nie jej się oberwie.

Ta to zawsze wie kiedy przyjść., westchnął w myślach Alec, za to na głos zapytał:

-Ile słyszeliście?

-Tylko końcówkę.- odparł Simon.

-Co nie znaczy, że nie chcemy wiedzieć więcej.- dodała Isabelle.

Kiedy Alec wyjaśniał wszystko nowoprzybyłym, Jace zatopił się we własnych myślach, zupełnie olewając świat rzeczywisty. Jak przez mgłę docierały do niego kolejne pytania zadawane przez Simona i przekleństwa Izzy. Zastanawiał się gdzie teraz jest Clary, czy jest cała i jaki związek z nią mają te wydarzenia. Pół godziny temu sądził, że wyjdzie z siebie ze zmartwienia, więc co miał zrobić teraz, kiedy martwił się dwa razy bardziej?

Chwilę później, kiedy emocje odrobinę opadły Isabelle dostrzegła na ladzie płócienną sakiewkę i sięgnęła po niego.

-To w tym był pierścień?- zapytała, oglądając go dokładnie i oceniając jakość materiału.

-Taa.- odpowiedział (naturalny) blondyn.- A bo co?

-Bo tu jest coś napisane.

Jace w mgnieniu oka znalazł się przy dziewczynie.- Gdzie?

-Tutaj. Spójrz.- Izzy wywróciła woreczek na lewą stronę i pokazała mu zapisany atramentem na materiale ciąg cyfr i liter.

-To współrzędne.- powiedział Alec, a Simon szybko spisał wysokość i szerokość geograficzną i wrzucił je w wyszukiwarkę internetową na telefonie.

-To jakiś obszar na przedmieściach, niedaleko zamkniętej fabryki.- powiedział.

-Daleko?- zapytał Jace, zbierając swoją porozrzucaną po kanapie broń.

-Po drugiej stronie miasta.

Trzydzieści sekund później byli już gotowi do wyjścia.

--------------------------------------------------
Will: Trochę krótszy rozdział, ale jestem teraz dosyć zajęta (nie mówiąc już o Belli, która odzywa się raz na tydzień) i jakbym nie dała go teraz, to pewnie nie pojawiłby się aż do Nowego Roku, a to trochę długo. Za to kolejny jest już napisany, więc na dniach powinien się pojawić.

niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział 19 - Fosforos

Jonathan i Akira zostali wyprowadzeni poza obszar fabryki i dopiero tam pozostawieni samym sobie. Jonathanowi trzęsły się ręce. Miał wielką ochotę rozwalić pierwszą rzecz, która wpadnie mu w ręce, ale dotyk srebrnego łańcuszka Reni w kieszeni kurtki przypominał mu o tym, że nie może. Starczy, że Akira się wściekał, a jeśli chcieli wymyślić coś sensownego przynajmniej jeden z nich musiał zachować przytomny umysł. Odetchnął chłodnym, nocnym powietrzem, policzył w myślach do dziesięciu i dopiero wtedy się odezwał.

-Która godzina?

Akira zaprzestał prezentowania zasobności swojego słownika podwórkowej łaciny i wyciągnął z kieszeni telefon.

-Dochodzi północ.- powiedział, chowając urządzenie.- Co robimy?

-To co nam kazali. Ukradniemy Kielich.- odparł Jonathan, krzywiąc się odruchowo. W ogóle nie chciał wracać do Idrisu, a już na pewno nie w takim celu.

-To jest oczywiste.- Akira wywrócił oczami.- Bardziej interesuje mnie jak mamy to zrobić. Jest środek nocy, czyli w Idrisie będzie jakoś trzecia po południu. Biały dzień. W dodatku jak mamy się tam dostać to w Europie! W Instytucie jest Brama, ale obecnie kręci się tam tylu nefilim, że nie uda nam się skorzystać z niej niezauważenie.

Jonathan zastanowił się. Akira miał rację, ale przecież nikt im nie kazał korzystać z Bramy.

-Isao.- powiedział bezwiednie.

-Czarownik?- Akira prychnął.- Zapomnij, że nam pomoże. Nie ma mowy, żeby zrobił to za darmo.

Jonathan pokręcił głową.

-Zrobi to.- powiedział pewnie.

Akira uniósł brew, ale nie oponował. W końcu, co im szkodzi spróbować.

-Muszę się przebrać.- powiedział, krzywiąc się na widok swojej podartej koszuli. Została zniszczona, kiedy próbował wmówić wampirom, że jest tylko Przyziemnym. Zobaczyli ślady po runach i tyle z jego udawania.

-Weź wszystko czego potrzebujesz i przyjdź do Isao. Będę tam czekał.



-------------


-Czekaj, czekaj. Muszę się upewnić, że dobrze zrozumiałem.- Isao przycisnął palce do skroni.- Mickel ze swoją bandą uwięził twoją dziewczynę i zagroził, że ją przemieni jeśli razem z Akirą nie dostarczycie mu Kielicha Anioła, a jakby tego było mało porwali też twoją siostrę i ona teraz wie, że żyjesz.

-Tak.

Jonathan przez chwilę myślał, że Isao wybuchnie śmiechem - to byłoby bardzo w jego stylu - ale zamiast tego schował twarz w dłoniach w geście totalnego zdołowania.

-Jonathanie Christopherze Morgenstern.- zaczął Wysoki Czarownik Ikebukuro złowróżbnym tonem.- Czy przy tobie naprawdę nie można mieć choć chwili spokoju?

-To nie moja wina!- zaprzeczył szybko Jonathan.

-To nigdy nie była twoja wina, ale to raczej niczego nie zmienia, nie sądzisz?- odparł z przekąsem.- Dobra, jak chcesz to zrobić?

-Otworzysz nam Bramę.

-Nie możecie przenieść się do samego Alicante. Clave szybko dowiedziałoby się o waszej obecności, nie wspominając nawet ile ludzi kręci się tam po południu.- powiedział Isao i Jonathan nie mogł się nie uśmiechnąć na myśl, że tak naprawdę nie musiał nawet pytać go o to, czy im pomoże. Starczyło, że nakreślił czarownikowi sytuację, a on sam bez chwili wachania włączył się do planowania. Świadomość, że ma się takiego sojusznika była pokrzepiająca. 

-Myślałem raczej o rezydencji Morgensternów.- Jonathan skrzyżował ręce.- Stoi niedaleko od Alicante i jestem pewien, że nie będzie w niej żywej duszy. A Akira wychowywał się w Idrisie, więc będzie znał mniej uczęszczaną drogę do Grad.

-Dobry pomysł.- Isao pokiwał głową. Spojrzał na Jonathana i uśmiechnął się cynicznie.- Wiesz co jeszcze działa na waszą korzyść? Twoja fryzura. Nie wiem, kiedy zdążyłeś się przefarbować, ale ten rudy nawet ci pasuje.

-Odwal się.- burknął w odpowiedzi i, na chwilę zapominając o całym problemie, przeszył czarownika morderczym spojrzeniem.- Nie farbowałem się. Jun zrobił to wbrew mojej woli. A przynajmniej nie przypominam sobie, żebym się zgadzał, a nawet jeśli nie oponowałem w trakcie, to nie zmienia faktu, że nie farbuje się ludzi, kiedy są spici w trzy dupy! To jest Tokio czy Vegas?  

-Tak czy inaczej powinieneś mu podziękować, kiedy to wszystko się skończy.- stwierdził Isao, kiedy już przestał się śmiać, na co Jonathan uniósł pytająco brew.- Jeśli dzięki innemu kolorowi oczu i włosów nawet Mickel nie poznał w tobie Sebastiana Morgensterna, to możemy spokojnie założyć, że zdecydowana większość nefilim również tego nie zrobi.

Jonathan zastanawiał się, co na to odpowiedzieć, kiedy nagle zdał sobie z czegoś sprawę.

-Nie mówiłem ci, jak on się nazywa.- przypomniał sobie, patrząc na czarownika podejrzliwie, ale ten tylko wzruszył ramionami.

-Ja zawsze wiem, co piszczy w Podziemnym Świecie, Jonathanie. Gdyby było inaczej, obawiam się, że nie siedziałbyś tutaj teraz.- Isao uśmiechnął się, a Jonathan w myślach przyznał mu rację.- Poza tym Mickel przyszedł do mnie jakiś czas temu, proponując całkiem pokaźną sumkę, w zamian za pomoc przy ich małej rewolucji.

-I czemu się nie zgodziłeś?

-Miałem lepsze zajęcie na wieczór, niż siedzenie w pracowni i ważenie eliksirów.

-Acha. Ładna była?

-Przyzwoita.- Isao parsknął śmiechem. Jonathan zawsze był tak dobry w czytaniu między wierszami, czy po prostu poznał go na tyle dobrze, że doskonale wiedział czego się po nim spodziewać?

Następną chwilę spędzili w ciszy.

Jonathan westchnął. Z jednej strony chciałby, żeby Akira się pospieszył, a z drugiej chętnie odwlekałby ten moment w nieskończoność, gdyby mógł. Nie mógł. Reni na niego czekała, nie darowałby sobie gdyby ją zawiódł. Nawet jeśli to Isao go wskrzesił, Renata była osobą, dzięki której zaczął żyć naprawdę. Nie tylko go wysłuchała, ale także pozostała przy nim po tym jak wyznał jej wszystkie swoje grzechy. I wspierała go. Zawsze. Nie ważne jak bardzo nie chciał powrotu do Idrisu i konfrontacji z przeszłością, musiał to zrobić dla niej. 

No i pozostawała jeszcze kwestia Clary. Jak ona w ogóle się tam znalazła? To oczywiste, że dała się złapać, ale co robiła w Tokio? Jeśli ona tutaj była to Jace i reszta jego bandy prawdopodobnie również. Szukali go? Nie, nie możliwe. Nie mieli pojęcia o tym, że żyje, widział to wyraźnie w zszokowanym wyrazie twarzy swojej siostry. Czyli to musiał być przypadek. Przez Bóg wie ile czasu chodził beztrosko po ulicach tego samego miasta, co jego dawni wrogowie, może nawet minęli się na ulicy i nie zdawali sobie z tego sprawy...

Może jednak przesadzał? Tokio to nie jakieś małe miasteczko, tylko największa metropolia na świecie*. Na chwilę obecną mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w Nowym Jorku. Jak wielkiego pecha musiałby mieć, żeby w prawie czterdziestomilionowym mieście natknąć się na ulicy akurat na swoją siostrę i jej paczkę.
  
-Wiesz o której przyjdzie Akira?

Pytanie Isao przypomniało mu, że musi skupić się na teraźniejszości. To nie był odpowiedni czas na roztrząsanie rzeczy nieważnych.

-Nie jestem pewien.- Jonathan westchnął, spoglądając na zegar naścienny. Dziesięć po pierwszej. Był u Isao jakieś półgodziny, resztę czasu zajęło mu dotarcie tutaj. Dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę jak wielka jest stolica Japonii.- Chyba od półtorej godziny do dwóch. Wspominał coś o pójściu do Instytutu swojej siostry i zabraniu broni, a tam nie dojeżdża komunikacja miejska.

Isao skinął głową, po czym wstał z kanapy.

-Skoro macie czas do wieczora, to nie ma co się zbytnio spieszyć. Powinieneś się chwilę przespać.- stwierdził, ignorując posłane mu przez Jonathana spojrzenie sugerujące, że jest niespełna rozumu i kontynuował, zanim młody zdążył się wtrącić i zaprotestować.- No i tobie też przydałaby się jakaś broń.

Jonathan prychnął.- Nie uwierzę, że Wysoki Czarownik trzyma seraficką broń w piwnicy.

Isao posłał mu niepokojący uśmiech mówiący "Lepiej uwierz".



-------------


-Uważaj na głowę.- ostrzegł Isao.

Akurat w tej chwili coś śmignęło tuż obok twarzy Jonathana, a on odskoczył na bok i zdążył dostrzec, jak owe coś odbija się z impetem od zamkniętych drzwi i leci dalej, połyskując fioletowym blaskiem. Morgenstern rozejrzał się po piwnicy i głos uwiązł mu w gardle. Pomieszczenie miało spore rozmiary, jednak było tak zagracone, że miejsca do poruszania się było w nim niewiele. Jonathana zawsze zastanawiało to, że jak na Wysokiego Czarownika Isao ma z domu niewiele magicznych artefaktów. Teraz to wszystko odwołał. Jeszcze nigdy nie widział tylu w jednym miejscu. Części z nich wisiała na ścianach lub suficie, część leżała na podłodze, w kątach, te ważniejsze umiejscowione były w szklanych - na sto procent zabezpieczonych magicznie - gablotach. Pod jedną ze ścian stały cztery olbrzymie, wypchane po brzegi regały. Jonathan podszedł do jednego z nich i przejechał ręką po grzbietach książek.

-To wszystko to magiczne księgi?- zapytał, przyglądając się tytułom. Większości z nich nie kojarzył. Nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie widział tu niczego po angielsku. Większość była po japońsku, a jego umiejętność czytania kanji wciąż kulała. Znał znaczenie poszczególnych znaków - przynajmniej tych najczęstszych -, ale gubił się gdy miał złożyć je w spójną całość. Chyba po prostu nie miał do tego wyobraźni. 

-Nie, to tomy "Harry'ego Pottera".- prychnął czarownik, przechodząc na tył pomieszczenia.

Jonathanowi niewiele mówił ten tytuł, ale wyłapał ironię w głosie Isao. Jeszcze raz rzucił okiem na ilość opasłych tomów i zagwizdał z uznaniem. Naprawdę było co czytać. Ciekawe, czy Isao w ogóle wie co dokładnie znajduje się w tych księgach. Jak znał czarownika, to całkiem możliwe, że robiły tylko za element dekoracyjny.

-Nie stój tam tak, tylko podejdź tutaj, bo nie zabrałem rękawiczek, a bez nich tego draństwa nie dotknę.

Jonathan zostawił regał w spokoju i ruszył w kierunku Isao, uważając, żeby niczego po drodze nie zdeptać. Na chwilę odebrało mu mowę, kiedy zobaczył swój miecz i stelę wiszące niepozornie w na tylnej ścianie starej, wiktoriańskiej szafy. Wewnątrz była też cała masa innej broni - białej, ale niekoniecznie serafickiej, na którą Jonathan nie zwrócił zbytniej uwagi.

-Ty... skąd go masz?- zapytał, wyciągając rękę i chwytając za rękojeść Fosforosa.

-Twoja siostra i jej luby odnieśli miecz i twoją stelę do rezydencji Morgensternów. Zabrałem je, bo stwierdziłem, że kiedyś mogę ci się przydać.- Isao wzruszył ramionami.- I proszę miałem rację. A nawet jeślibym jej nie miał, to i tak nie widziałem najmniejszego sensu w zostawianiu tam tego żelastwa, skoro ostatni potomek Morgensternów nabawił się fobii na wszystko co związane jest Aniołem i jego darami.- Zawsze jeden eksponat do kolekcji więcej., dodał w myślach. Po czym rozejrzał się po zagraconym pokoju i stwierdził, że chyba naprawdę ma ze sobą problem.

Jonathan przestał go słuchać już po pierwszym zdaniu. W zamyśleniu przesunął kciukiem po gwieździe zdobiącej klingę.

-Miejsce przeklętego miecza jest w przeklętej rezydencji, hm?- wymruczał pod nosem. Z jakiegoś powodu na jego ustach pojawił się ironiczno-smutny uśmiech.

Pomyślał o Clary, związanej i poobijanej, zdanej na czyjąś łaskę i o wyrazie twarzy Mickela, kiedy wspominał o pertraktacjach z Jasnym Dworem.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie tylko Renata czeka na ratunek.

-Isao?

-Hym?

Jonathan oderwał wzrok od miecza i spojrzał na czarownika.

-Mógłbyś zrobić dla mnie jeszcze jedną rzecz?



------------





Zgodnie z oczekiwaniami Jonathana, Akira znał Alicante jak własną kieszeń i bez większych problemów wyszukał dla nich trasę dzięki, której mogli ominąć główne ulice w drodze do Grad, a także później, kiedy będą wracać. O ile nie złapią ich do tego czasu.

-Mógłbyś się streścić?

-Szybciej już iść nie mogę, a nie będę za tobą biegał.- odparł brunet.- A w ogóle to mógłbyś chociaż postarać się wyglądać mniej podejrzanie.- powiedział ciszej, nie chcąc aby usłyszała ich para nastolatków, obok której przechodzili. Choć dzieciaki wyglądali na tak zajętych sobą, że pewnie nawet ich nie zauważyli.

Jonathan posłał mu mordercze spojrzenie, ale zwolnił. Chyba faktycznie lepiej nie kusić losu i nie zwracać na siebie uwagi.



Isao miał całkowitą rację, kiedy mówił, że Jonathan zupełnie niezamierzenie stał się nierozpoznawalny na ulicach. Odrobinę inaczej sprawa wyglądała z Akirą - miał w Alicante sporo znajomych, przez których zostali parokrotnie zaczepieni w trakcie drogi do Grad. Akira witał się wtedy z uśmiechem i wdawał się krótką pogawędkę dla zachowania pozorów.

-Myślałem, że rzuciłeś to w cholerę!

-Ta, wpadłem tylko na chwilę.

-Mówiłam ci, że prędzej czy później zatęsknisz? Mówiłam? Ha! I kto miał jak zwykle rację?

Akira uśmiechnął się odrobinę nerwowo, aż zbyt dobrze zdając sobie sprawę, że marnują czas. Nigdy nie był dobry w spławianiu ludzi, zwłaszcza tych, na których choć odrobinę mu zależało.

Jonathan stał odrobinę na uboczu, starając się wyglądać jakby mu to wszystko wisiało i nie tupać ze zdenerwowania nogą. Po raz pierwszy żałował, że w Idrysie nie działają urządzenia elektroniczne. Jakże prościej byłoby gdyby mógł wbić wzrok w ekran telefonu i udawać całkowicie wyalienowanego tak jak to nieraz robił Jun, kiedy chciał wyłączyć się z rozmowy. 

Morgenstern westchnął. Właściwie kiedy zaczęły mu się udzielać zwyczaje przyziemnych?

-Ej, Akiś, a ten przystojniak to kto?

-To... eee...

Jonathan westchnął i przywołał na twarz sztuczny uśmiech. Im szybciej przebrną przez to przedstawienie tym szybciej będą mogli ruszyć dalej. 


------------


Przed południem Isao wybrał się do tokijskiego Instytutu, żeby zrobić to, o co prosił go Jonathan. Czarownik uśmiechnął się chytrze, myśląc o niewielkiej przesyłce, którą miał przekazać Akemi. Co prawda, młody chciał tylko, aby jego szwagier i reszta ich przesłodziaśnej grupki dowiedzieli się, gdzie szukać Clary, ale Isao nie widział nic złego w podgrzaniu atmosfery trochę bardziej i postanowił dodać coś od siebie. W końcu, tytuł Mistrza w Robieniu Zamieszania, nie wziął się z powietrza.

Kiedy dotarł na miejsce zastał Akemi dającą reprymendę dwóm Nocnym Łowczynią, które Isao kojarzył wcześniej z przyjęcia. Jeśli dobrze zapamiętał to były z warszawskiego Instytutu, blondynka miała na imię Mercy, a szatynka Rocky... Albo na odwrót? Z resztą co za różnica. Był pod działaniem czaru, który zmieniał jego wygląd, więc dla nich i tak był kompletnie obcy.

Widząc pojawienie się gościa, Akemi już miała wygonić dziewczyny z pokoju, kiedy Isao powiedział:

-Nie ma takiej potrzeby. Kazano mi tylko dostarczyć to tutaj i przekazać Jace'owi Herondale.- powiedział, unosząc płócienny woreczek.- Czy... zastałem go może?- zapytał. 

-Wydaje mi się, że wyszedł, ale to nie szkodzi, ja mogę mu to przekazać.- powiedziała, wyciągając rękę po przesyłkę.- Właściwie to kim pan jest?

Isao wzruszył ramionami.

-Nikim ważnym, miałem to tylko przynieść.- Podał jej woreczek i zaczął rozglądać się po ładnie ozdobionym pomieszczeniu.

-A kto panu kazał?- zapytała podejrzliwym tonem Akemi, a jej brew powędrowała w górę niemal znikając pod przydługą grzywką.

Niedoszły władca Edomu, proszę pani.

Isao w zarodku zdusił śmiech i przywołał na twarz najbardziej zdezorientowaną minę, na jaką było go stać.

-Nie mam pojęcia. A pani jest...?

Zanim sobie poszedł dokonał wszelkich starań, aby Akemi myślała, że był pod działaniem czaru kontrolującego.

---------------------------------------------------
Will: Tokio wraz z Jokohamą, Kawasaki, Saitamą i innymi miastami nad Zatoką Tokijską stanowi zespół miejski Tokio (tzw. "Wielkie Tokio"), który zamieszkuje blisko 38 mln osób (czyli tyle co w całej naszej Polsce O.o). Natomiast uważany za "Stolicę świata" Nowy Jork na stałe zamieszkuje tylko około 18,5 mln, więc Tokio jest nieporównywalnie większe. Mam wrażenie, że większość tych ludzi, co szwenda się po ulicach Nowego Jorku, to goście, którzy wbili na imprezę do Magnusa, a zaraz potem zabrali się do domu xP Nie patrzcie tak na mnie, trochę geografii wam się w życiu przyda XD No i Bella jest umierająca, więc kto mnie zdoła powstrzymać, muahaha xD A i przy okazji kompletnie nie miałam pomysłu na tytuł, więc jest jaki jest >.>

niedziela, 23 października 2016

Rozdział 18 - To tylko kwestia wiary.

Drzwi kawiarni otworzyły się gwałtownie i w progu stanął Akira. Przesunął wzrokiem po wnętrzu, aż napotkał Jonathana i Renatę siedzących przy oknie.

-Tu jesteście!- krzyknął, zupełnie nie przejmując się tym, że skupił na sobie uwagę wszystkich w pomieszczeniu.- Dobrze, że was znalazłem, bo mamy przejebane.

Jonathan zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie, co złego zrobił ostatnio, ale nie doszukał się niczego poza próbą zamordowania Juna za to co zrobił z jego włosami. Ostatecznie do zabójstwa nie doszło, więc to się nie liczyło. Spojrzał pytająco na Reni, ale dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.

W tym czasie Akira dotarł do ich stolika i od razu wyjrzał przez okno. Przez chwilę rozglądał się jakby czegoś szukając. Na dłuższą chwilę zawiesił wzrok na zaciemnionej alejce po drugiej stronie ulicy, po czym przeklął pod nosem. Jego kurtka była w kilku miejscach brudna i wytarta, zazwyczaj nienaganna fryzura zmierzwiona i oddychał ciężko jakby przebiegł całą drogę stąd do swojego mieszkania. No, zapowiadało się ciekawie. Teraz trzeba by jeszcze dowiedzieć się, co się stało. 

Jonathan chrząknął znacząco. Pomogło - Akira w końcu oderwał się od okno i zwrócił na nich uwagę.

-Dobra, spróbuję streścić wam sytua... Coś ty zrobił z włosami?

Morgenstern spiorunował go wzrokiem, a Reni przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać.

-Jun.

Najwyraźniej samo wymienienie imienia sprawcy wystarczyło za wszystkie wyjaśnienia, bo Akira posłał mu współczujące spojrzenie i nie drążył tematu.  

-Może to i lepiej.- powiedział, opadając na wolne krzesło.- Przynajmniej cię nie poznają, kiedy dojdzie do konfrontacji.

-Konfrontacji z kim?- zapytała Renata. Coraz mniej jej się to wszystko podobało.

Akira pokręcił głową i zwrócił się do Jonathana.

-Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Na urodzinach Reni, kiedy Jun zamknął nas na balkonie?- zapytał.

-Tak, ale co to ma do...- zaczął Jonathan, po czym nagle wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce i w jego oczach pojawiło się zrozumienie.- O.

-No właśnie.

-Skubańcy szybko tu dotarli.- Jonathan pokręcił głową.- Zaatakowali cię?

-Teoretycznie tak.- Akira pochylił głowę i przeczesał palcami czarne włosy.- Ale gdyby to był atak na poważnie to zapewniam, że już by mnie tutaj nie było. Nie mam broni, run, niczego. Skąd wiedzieli? Musieli obserwować mnie od dłuższego czasu. Ale to bez sensu, mają w mieście tylu czynnych nefilim, dlaczego poświęcili czas, żeby szpiegować kogoś kto na pierwszy rzut oka wydaje się tylko Przyziemnym?

-Może to tylko przypadek?- zasugerował Jonathan.

-Nie wydaje mi się.

Renata fuknęła zdenerwowana, chcąc jakoś przyciągnąć ich uwagę. Udało się.

-Coś nie tak, skarbie?

-Tak.- powiedziała, zdenerwowanym tonem.- Nie wiem o czym mówicie.

Chłopaki spojrzeli po sobie. No tak, coś jednak im umknęło. Ale czy mieli czas wyjaśniać dziewczynie wszystko od początku?

Nie mieli.

Dzwonek przy drzwiach zadzwonił ponownie i cała trójka odruchowo spojrzała w tamtą stronę. Do kawiarni weszła dwójka mężczyzn. Obaj trupio bladzi, z drapieżnymi spojrzeniami i pewnymi siebie uśmiechami. Wampiry. Zanim drzwi zamknęły się za nimi Jonathan zdążył doliczyć się kolejnych trzech czekających na zewnątrz.

Jeden z nich ukłonił się lekko skonfundowanej kelnerce, po czym razem podeszli do ich stolika.

-Możemy prosić was na krótką rozmowę, panowie?


Jonathan słyszał jak Akira przeklina pod nosem. Czuł na sobie przerażone spojrzenie Reni. Dopiero teraz zdał sobie sprawę w jak niebezpiecznej sytuacji się znaleźli. Akira miał rację, mieli przejebane.

-------------


Kiedy Clary się ocknęła, miała wrażenie, że minęło wiele godzin, ale wszystkie okna były tak szczelnie zabite deskami, że nie była w stanie tego zweryfikować. Równie dobrze nadal mogła być noc.

Bolały ją głowa i kręgosłup, to drugie pewnie od leżenia na twardym betonie. Ręce miała skrępowane za plecami. Sznur boleśnie wrzynał jej się nadgarstki. Nie czuła też przyjemnego ciężaru Hesperosa, ani nie widziała go nigdzie w pobliżu, więc pewnie odebrali jej też pozostałą broń łącznie ze stelą.

Niedobrze.

Clary z trudem dźwignęła się na kolana i rozejrzała dookoła. Gdyby nie wciąż działający run widzenia w ciemności byłaby ślepa jak kret.

Była trzymana w czymś co przypominało stary magazyn. Pod ścianami stały regały, które wyglądały jakby miały się rozlecieć pod najlżejszym dotykiem i drewniane, dziurawe skrzynie. W pomieszczeniu było tak zimno, że kiedy westchnęła z jej ust wydobyła się para. Pod jedną ze ścian ustawione było w rzędzie pięć ogromnych chłodziarek. Jako jedyne wyglądały na całkowicie sprawne, a ciemnobordowe plamy na podłodze nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, odnośnie tego co znajdowało się wewnątrz.

Clary wzdrygnęła się, po części z powodu wszechpanującego chłodu, po części z obrzydzenia.

Spróbowała wstać i chociaż jej błędnik zwariował i ledwo trzymała się na nogach, to jednak jej się to udało. Podpierając się ściany doszła do metalowych, pokrytych rdzą drzwi i stojąc tyłem spróbowała nacisnąć klamkę. Tak jak się spodziewała - ani drgnęły. A ona nie miała steli, żeby je otworzyć. Jeszcze raz rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Okna były na tyle nisko, że gdyby się postarała mogłaby się do nich dostać, ale cóż jej po tym, skoro były zablokowane. Nawet nie marzyła, że da radę wyłamać te deski.

Podeszła do kąta i usiadła, opierając plecy o zimną ścianę. Nie pozostało jej nic innego, jak czekać.

Nie była pewna, ile tak siedziała, ale zdążyła się zdrzemnąć w trakcie. Z płytkiego snu obudził ją stukot butów dochodzący za drzwi. I to nie jednej pary, a wielu.

Chwilę później usłyszała szczęk zamka i przez otwarte drzwi weszła do środka trójka wampirów - w jednym z nich rozpoznała tego, którego śledziła i który najprawdopodobniej był jej porywaczem. Następnym był czarnowłosy mężczyzna o dość opalonej karnacji i ciemnych oczach. Jego kurtka i ubranie znajdujące się pod spodem były podarte na przedramieniu i ukazywały blizny po wyblakłych runach. Jej zdolność percepcji musiała trochę zardzewieć od tak długiego tkwienia w miejscu, bo dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to nie pierwszy lepszy Nocny Łowca tylko Akira.

Co on tu robi?

W pierwszej sekundzie pomyślała, że trzyma z wampirami, ale zaraz odrzuciła tę myśl - to byłoby niedorzeczne. Poza tym, wyraz twarzy brata Akemi wyrażała czyste niezadowolenie i co chwilę rzucał Dzieciom Nocy wrogie spojrzenia, jakby liczył, że rozsypią się w proch tylko pod wpływem jego wzroku. 

Gdy następny mężczyzna wszedł do pomieszczenia, Clary wstrzymała oddech, a jej źrenice rozszerzyły się w szoku.

Niemożliwe.

Był tak odmieniony, że niemal go nie poznała. I nie chodziło tylko o jego włosy - które z jakiegoś powodu były rude, ale chyba wolała w to nie wnikać -, ale przede wszystkim mimikę twarzy. Ostatnim razem widziała go w Edomie, umierającego, a mimo to uśmiechniętego. Teraz jego wygładzone przez geny Jocelyn rysy nie wyrażały absolutnie niczego. Wydawałby się całkowicie rozluźniony, gdyby nie pięści zaciśnięte tak mocno, że zbielały mu kłykcie.

Tylko raz na nią spojrzał. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały w zielonych oczach, które mogłyby być lustrzanym odbiciem jej własnych, widać było szok. Tylko przez kilka sekund. Potem zamrugał i odwrócił głowę w drugą stronę, zaciskając zęby. Zupełnie jakby jej widok sprawiał mu fizyczny ból.

Clary zamrugała, żeby odpędzić łzy z oczu. Co tu się działo, na Anioła?  

Zaraz za Jonathanem do pomieszczenia weszła średniego wzrostu dziewczyna - na oko kilkunastoletnia o lekko skośnych oczach i gładkiej cerze, ale jasnych włosach i bladoniebieskich oczach. Dostrzegła Clary wyjątkowo szybko. Kiedy na nią spojrzała w jej oczach odbiło się niezmierne współczucie i ból, zupełnie jakby to ona była więźniem, a nie rudowłosa. Z trudem odwróciła od niej wzrok i spojrzała na Jonathana. Złapała go za rękę, a on wtedy rozluźnił się minimalnie i splótł palce z jej. Dotyk tej dziewczyny wyraźnie go uspokajał, choć nadal nie patrzył ani na nią, ani na Clary. 

Rudowłosa była w takim szoku, że nawet nie zauważyła, kiedy jeden z wampirów się do niej zbliżył. Wplótł rękę we włosy Clary i silnym szarpnięciem postawił ją na nogi. Z bólu pociemniało jej przed oczami. Skoncentrowanie się na słowach porywaczy kosztowało ją naprawdę wiele wysiłku.

-Mówisz, że śledziła cię aż tutaj?- zapytał mężczyzna, zachowujący się jak herszt całej bandy. Ten sam, który właśnie boleśnie ciągnął ją za włosy.

Jej porywacz przytaknął. Herszt puścił loki Clary i dziewczyna opadła na kolana.

-I po coś ją tu przyprowadził?- naskoczył na niego.- Mogłeś ją zabić na miejscu, po co mi takie rude chuchro?!

-Ja.. no... ten...- wystękał wampir. Wyraźnie go zatkało.- Pomyślałem, że może się przydać... w końcu... przecież potrzebujemy kogoś kto...

-W niczym wam nie pomogę.- wtrąciła Clary, lekko ochrypłym głosem.

-Widzisz?- podsumowała ciemnowłosa wampirzyca, a porywacz Clary pewnie zaczerwieniłby się ze wstydu i wściekłości, gdyby mógł.

-Mai, zajmij się tym wadliwym... czymś.- rzucił ze wstrętem, ostatni raz spoglądając na rudowłosą, a ona odpowiedziała mu pełnym nienawiści spojrzeniem.- Tylko nie nabrudź zbytnio.

-Tak jest.- odparła ciemnowłosa, uśmiechając się przymilnie.

Wyglądało na to, że rozmowa jest skończona, kiedy nagle odezwał się Jonathan:

-To Clarissa Morgenstern.- powiedział, zaskakując tym chyba wszystkich, łącznie z samym sobą.

Tylko te trzy słowa wystarczyły aby herszt spojrzał na dziewczynę przychylniejszym wzrokiem. Jeszcze raz dokładnie się jej przyjrzał, a na koniec chyba stwierdził, że faktycznie kojarzy skądś tego rudego chochlika, bo uniósł brew i uśmiechnął się na wpół szyderczo.

-Morgenstern? To zmienia postać rzeczy.- powiedział, po czym zwrócił się do wampirzycy o imieniu Mai.- Na razie ma zostać przy życiu. Może okazać się użyteczna przy negocjacjach z Jasnym Dworem.

Clary zamurowało po raz kolejny tego dnia. Jasny Dwór. Czyli jednak Królowa zamierza się wtrącić? Jeśli tak to wszyscy mogą już pisać testamenty, bo nie ma wątpliwości, po czyjej stronie się opowie.

Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za ostatnim wampirem, Clary uświadomiła sobie, że w jakiś pokręcony sposób Jonathan ją uratował.


-------------


Ledwie wyszli z pomieszczenia, jeden z wampirów - wysoki chłopak o czarnych włosach z końcówkami przefarbowanymi na niebiesko - odciągnął Renatę na bok tak szybko, że Jonathan i Akira nawet nie zdążyli zareagować.

-Puszczaj ją!- krzyknęli obaj.

-Właśnie, puszczaj mnie!- poparła Reni. Wampir chwycił jej nadgarstki w jedną rękę, a drugą zacisnął ostrzegawczo na jej gardle. Tylko to zatrzymało chłopaków przed natychmiastowym rzuceniem się na niego.

-Dla was mam inne zadanie, panowie.- powiedział herszt grupy.- Nie miałem okazji się przedstawić, a i nie sądzę, aby moje nazwisko było wam do czegokolwiek potrzebne, ale dla własnej wygody możecie nazywać mnie Mickel.

-Streszczaj się.- rzucił wrogo Akira.

Wargi Mickela wykrzywiły się w pobłażliwym uśmiechu.

-Macie włamać się do Gard i przynieść mi stamtąd Kielich Anioła.- powiedział, nie owijając więcej w bawełnę.

-Po co ci Kielich?- zapytał Jonathan, doskonale maskując zaskoczenie. Jak i wszystkie pozostałe emocje tak, że jego twarz przypominała beznamiętną maskę.- Nie będziesz mógł go nawet dotknąć.

-Nie muszę. Od tego mam was.- Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.- Dziewczyna zostanie tu w roli zakładnika.- skinął głową na Renatę, która chciała zacząć protestować, ale dłoń trzymającego ją wampira przeniosła się z szyi na dolną część jej twarzy i nie miała jak się odezwać. Spojrzała więc tylko na Jonathana z mieszaniną troski i strachu, a on westchnął przeciągle. Mickel nie potrzebował żadnego więcej potwierdzenia - już wiedział, że ma go w garści.- Macie czas do jutra do wieczora, aby wrócić z Kielichem. Jeśli wam się nie uda, blondyneczka zostanie jedną z nas.

Jonathan potarł w zamyśleniu nasadę nosa, po czym odparł:

-Chcę porozmawiać z Renatą na osobności.

-Minuta.- zezwolił Mickel, ręką nakazując wampirowi puszczenie Reni.- Tylko ty. Ten drugi zostaje z nami.

Akira wymamrotał pod nosem jakieś zmyślne przekleństwo, ale nie zamierzał się kłócić. Tymczasem Jonathan podszedł do Renaty i delikatnie odciągnął ją w róg pomieszczenia. Dopiero wtedy pozwolił sobie na chwilowe zrzucenie z twarzy maski i przygarnął ją do siebie.

-Jona...- szepnęła, pozostała część imienia utonęła w jego kurtce.

-Będzie dobrze.- powiedział, równie cicho.- Wrócisz do domu... przysięgam.

Reni skinęła głową. Nie musiał jej tego mówić - i bez tego wiedziała, że nigdy by jej nie zawiódł. Zabrała ręce z jego pleców i odsunęła się nieznacznie. Jonathan przyglądał się jak unosi dłonie do zapięcia wisiorka i ściąga go, nie bardzo rozumiejąc co ma na celu to działanie.

-Weź go- powiedziała podając mu srebrny krzyżyk.- I uważaj na siebie.

Jonathan pokręcił głową.- Nie wierzę w Boga.

-W takim razie uwierz we mnie.

Przez chwilę tylko patrzyli sobie w oczy, zawierając w tych spojrzeniach wszystkie lęki i niepewności. Potem Jonathan skinął lekko głową i nachylił się, żeby złożyć delikatny pocałunek na jej wargach.

I wtedy skończył im się czas.
-------------------------------------------------
Will: Hym. Wychodziłoby na to, że jesteśmy jakoś w połowie opowiadania.
Bella: No nie żartuj O.o
Will: Serio, mówię. I tak jest o wiele dłuższe niż na początku planowałam >.>
Bella: ._.
Will: Nie żebyśmy miały skończyć je pisać do wakacji, co? xD
Bella: No, nie wyszło XD
Will: Chciałabym napisać kontynuację... wiesz, że o dzieciakach, bo całą fabułę mam już w głowie ułożoną tak na trzy tomową trylogię XD Ale nie wiem czy będzie sens...
Bella: Właśnie! Miałam ci coś pokazać... yym... *intensywnie myśli* Kurde, nie pamiętam ;-;
Will: Spokojnie, Izabello, oddychaj.
Bella: Ymm... yymmm...
Will: Oddychaj, już widać główkę.
Bella: HAHAHAHA XDDDDD
Will: Eee xD Przepraszam wymsknęło mi się xD
Ps. Rozdział dedykowany Julie Herondale, która dba o to, żeby moja samoocena nie poszła skoczyć z mostu <3