wtorek, 31 maja 2016

Rozdział 14 - Welcome in Tokyo!

Jace wiedział, że szykuje się coś niedobrego już w momencie, kiedy Maryse poprosiła wszystkich mieszkańców Instytutu o zebranie się w salonie. Zresztą, nie tylko on. Alec również wpatrywał się w matkę z napięciem i podenerwowaniem zupełnie jakby spodziewał się usłyszeć, że lada moment wszyscy pomrą na febrę. Nic bardziej mylnego, choć wieści, które kobieta miała im do przekazania nie były wcale przyjemne.

Maryse odetchnęła głęboko i spojrzała na wszystkich poważnie, żeby od razy wykluczyć pytania natury "Żartujesz sobie? Błagam, powiedz, że żartujesz."

-Jeszcze dzisiaj wszyscy przejdziecie przez bramę do tokijskiego Instytutu. I zostaniecie tam aż to zakończenia wojny.- dodała szybko, zanim ktoś spróbował się wtrącić. 

Nikt nawet nie próbował.

-Dlaczego?- zapytał Alec, po kilku sekundowej ciszy. Niezbyt uśmiechała mu się wyprowadzka tak daleko od Magnusa, a czarownik miał obecnie tyle na głowie, że Alec wątpił w to czy by się zgodził, gdyby zaproponował mu wspólny wyjazd.

-Zarządzenie rady. Wszyscy mieszkający w Instytutach Łowcy poniżej dwudziestego roku życia oraz ci, którzy są jeszcze w trakcie szkolenia mają zostać przeniesieni do Azji w ramach bezpieczeństwa.- Maryse bezbarwnym tonem powtórzyła słowo w słowo formułkę z zebrania. Wiedziała, że im się to nie spodoba, jej również się nie podobało.

-To bez sensu.- skomentował Jace, trafnie podsumowując opinię wszystkich obecnych w pomieszczeniu osób.- To, że wojna jeszcze nie dotarła na daleki wschód nie znaczy, że nie dotrze tam za tydzień lub dwa.

-Popieram.- zgodziła się Clary.- Nie sądzę abyśmy byli tam bezpieczniejsi.

-Już nie wspominając o tym, że większość z nas umie się bronić.- dorzuciła Isabelle.

Chciała dodać coś jeszcze, ale Maryse przerwała jej unosząc dłoń.

-Jestem tego samego zdania, co wy.- zapewniła.- Ale rozkaz to rozkaz i trzeba go wykonać. Poza tym nie sądzę, aby pobyt w Japonii jakoś bardzo wam zaszkodził. 

-Wiesz kto kieruje tamtejszym Instytutem?- zapytał Alec.

-Owszem. To Akemi Kurohana, poznałyśmy się kiedyś i wydała mi się bardzo miła. Umie mówić po angielsku, więc nie musicie się martwić językiem.

-Kiedy wyjeżdżamy?

-Zaraz jak się spakujecie, co macie zrobić teraz.- odparła, poganiając wszystkich z kanapy.- Weźcie tylko rzeczy, bez których naprawdę nie możecie się obejść. Słyszałaś, Isabelle?

-Jasne, mamo!

Mimo tego zapewnienia pojawiła się przy portalu jak ostatnia, taszcząc ze sobą dwie walizki, do których równie dobrze sama mogłaby się zmieścić.


-----------

Pierwsze co ujrzeli po wyjściu z portalu trochę ich zszokowało. Otaczał ich piękny krajobraz. Dookoła było pełno zieleni. Kwiaty i drzewa były tak posadzone, że wyglądało to jakby przynajmniej stu architektów krajobrazu pracowało nad projektem tego miejsca - wszystko współgrało ze sobą, tworząc unikatowy klimat. Na środku znajdowała się dość wysoko postawiona budowla Instytutu.

W oddali widoczne były szczyty wieżowców, niemniej wtapiały się w otoczenie tak dobrze, że ich obecność w ogóle nie przeszkadzała w rozkoszowaniu się naturą.

Wszystkim - nawet Jace'owi - zaparło dech w piersiach. To w ogóle możliwe, żeby takie miejsce istniało w granicach jednej z największych metropolii na świecie?

-Ta budowla chyba nawiązuje do stylu z epoki Asuka.- powiedziała Clary, rozpoznając charakterystyczne półszczytowe dachy.

-Można tak powiedzieć.- Usłyszeli za plecami.- Choć budowle z Asuki to w większości świątynie buddyjskie, w których pomieszkiwali mnisi. Jedna z takich świątyń znajduje się niedaleko stąd.

-Pani Kurohana?- zapytał Alec.

-Nie inaczej, ale proszę mi mówić Akemi.- uśmiechnęła się. Miała typowo azjatycką urodę - ciemne, długie włosy; czekoladowe oczy i szczupłą sylwetkę. Nie była wiele wyższa od Clary.- Przez pewien czas będziecie pod moją opieką.- Złożyła ręce i ukłoniła się delikatnie. 

-Jestem Clary.- Rudowłosa przejęła inicjatywę, widząc, że nikt z pozostałych nie pali się do tego zadania i powtórzyła ukłon Akemi.- A to Jace, Isabelle, Simon i Alec.

-Wejdźmy do środka.- powiedziała, ruszając w stronę wejścia.- Przedstawię wam pozostałych.

Wszyscy podążyli za Nocną Łowczynią. Minęli czerwoną bramę i zaczęli wspinać się po schodach. 

-Ilu nefilim znajduje się obecnie w Instytucie?- zapytał z czystej ciekawości Alec.

-Normalnie jestem tutaj tylko ja i mój mąż - Kazuo.- odpowiedziała Akemi.- Ale ponieważ Tokio jest jednym z niewielu nie ogarniętych potyczkami terenów, Clave poza wami wysłało do nas jeszcze cztery grupy - z Paryża, Mediolanu, Wiednia i Pragi. Dzisiaj miała dotrzeć jeszcze trójka dzieci z Warszawy, ale trochę się spóźniają. 

-I wszystko to osoby poniżej dwudziestki?- dopytała Izzy.- Beznadziejne to całe przenoszenie.- skomentowała.- Czemu Clave nie pozwala nam walczyć?!

-Wiesz, Isabelle- zaczęła Akemi.- Myślę, że starają się po prostu zrobić wszystko, aby uratować jak najwięcej młodych ludzi. Wystarczająco wielu zginęło w poprzedniej wojnie.    

Drewniane filary pięknie wkomponowywały się i upiększały otoczenie. Z większej wysokości można było zobaczyć, że Instytut był położony na obrzeżach miasta, ale nie jakoś bardzo daleko, na sporym wzniesieniu, a dookoła niego płynęła rzeka. 

-Przepięknie tutaj.- szepnął Jace do Clary, na co ona kiwnęła głową potwierdzająco. 

-Zaraz pokaże wam wasze pokoje.- powiedziała Akemi, po wejściu do Instytutu.- A, prawie bym zapomniała - O osiemnastej odbędzie się przyjęcie, czujcie się zaproszeni.



-----------


Clary stała na balkonie, obserwując bawiących się w dole ludzi, kiedy poczuła jak ręce Jace'a oplatają od tyłu w pasie. Złote loki chłopaka połaskotały ją w kark, gdy przytulił się do jej pleców. Rudowłosa westchnęła.

-Nie przypuszczałabym, że tak to będzie wyglądać.- powiedziała Clary, zerkając przez ramię na Jace'a.

-Co takiego?

-No to, że nie możemy po prostu pomóc innym w tej chorej wojnie.- burknęła, teraz dla odmiany spoglądając szarzejące niebo.- Jedyne, co robimy to... to.- westchnęła ponownie, pokazując ręką na świetnie bawiących się Nocnych Łowców.

I nie tylko ich. Clary wypatrzyła w niewielkim tłumie również kilka fearie i wampirów. Wilkołaków nie było, ale ciężko oczekiwać, że jakikolwiek pojawiłby się w pełnię księżyca i nie próbował rozszarpać towarzystwa na strzępy. Mimo wszystko, miło było popatrzeć jak te wszystkie stworzenia bawią się i rozmawiają ze sobą, pomimo rozgrywających się kilkaset kilometrów stąd potyczek. To tylko utwierdzało w przekonaniu, że wojna nie dotarła jeszcze do tych terenów. 

Jeszcze.

-Czy jest w tym coś złego?- odparł rozbawiony.- Od czasu do czasu trzeba się rozerwać.

-Nie... Po prostu, mam takie dziwne wrażenie, że niedługo stanie się coś niezbyt przyjemnego... a ja nie będę mogła nic z tym zrobić.- wyszeptała, po czym potrząsnęła głową, jakby chcąc odpędzić od siebie czarne myśli.- Wiem, gadam głupoty. Bo co niby może się stać? Moja rodzinka nagle powstanie z martwych?- zaśmiała się nerwowo.

Jace przez parę sekund przyglądał się Clary czujnie, po czym westchnął i powiedział:

-Zawsze miałaś skłonności do dramatyzowania, kochanie. Coś czuję, że ta impreza dobrze ci zrobi.- stwierdził i ignorując oburzone spojrzenie swojej żony, wyprowadził ją na tyły Instytutu do rozległego ogrodu, gdzie odbywała się zabawa.- Przyniosę nam coś do picia.

Gdy Jace się od niej oddalił, Clary ruszyła w stronę drewnianego mostu, znajdującego się w trochę mniej zaludnionej części ogrodu. Gdy tam dotarła, oparła się o barierkę i popatrzyła na pierwsze gwiazdy. To zajęcie tak ją pochłonęło, że nie zauważyła, że ktoś do niej podszedł.

-Wspaniały widok, prawda?

Clary zamarła. Na dźwięk głębokiego, męskiego głosu, który rozległ się za jej plecami, przeszył ją dreszcz. Odwróciła się szybko, natrafiając na iskrzące się czerwienią oczy mężczyzny, który się do niej odezwał. Źrenica w nich była pionowa jak u Magnusa, jednak nie kocia, a jeszcze cieńsza - jak u smoka.

Palce rudowłosej zacisnęły się na barierce.

-Owszem, wspaniały.- odparła dobitnie.

Mężczyzna przekrzywił głowę, przyglądając jej się uważnie od stóp do głów.

-Pani jest Clary, czyż nie? Clarissa Morgenstern.- powiedział, uśmiechając się ni z tego ni z owego.- To o pani było tak głośno kilka miesięcy temu temu. 

-Herondale.- poprawiła krótko, licząc, że mężczyzna wychwyci cierpką nutę w jej głosie i zostawi ją w spokoju.- Ale reszta się zgadza.

-Ach, najmocniej przepraszam.- powiedział z przesadną uprzejmością.- Zapomniałem się przedstawić. Jestem Isao Morri.

Dlaczego kojarzę skądś to nazwisko?, zastanowiła się Clary. Ktoś musiał kiedyś wymienić je w trakcie rozmowy, ale nie miała pojęcia kto i w jakim kontekście. 

-Cóż, jeśli nie ma pan do mnie żadnej sprawy, panie Morri, to pozwoli pan, że sobie pójdę.- rzekła, papugując jego wcześniejszy ton. 

Odwróciła się i już miała iść do Simona, który mignął jej w tłumie parę sekund temu, kiedy zatrzymał ją śmiech Isao. Kiedy ponownie na niego spojrzała wydawał się być zupełnie inną osobą. Prawdopodobnie przez to, że zrzucił maskę naciąganego arystokraty i właśnie pokładał się ze śmiechu na poręczy mostu. Nawet jego oczy nagle z czerniały, tracąc groźny wygląd.

-O, nie wierzę.- wystękał, próbując się uspokoić.- Z wyglądu wcale nie jesteście do siebie podobni, ale charakterek macie identyczny!

Clary już otwierała usta, żeby zapytać do kogo ją porównuje, ale nie zdążyła, bo w tym momencie podszedł do nich ktoś trzeci.

-Co tu robisz, Isao?- zapytał, marszcząc brwi.

-Ach, Akira, dawno cię nie widziałem.- Morri posłał mu uprzejmy uśmiech.- Wyrosłeś, dzieciaku. 

-To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Isao westchnął.

-Zawsze musisz być taki zasadniczy?- burknął pod nosem.- Przyszedłem, bo mam sprawę do twojej siostry. Widziałeś ją może?

-Akemi jest w kuchni.- odpowiedział, na co Clary wytrzeszczyła oczy.

Ten gościu jest bratem Akemi?! 

-Dzięki.- rzucił Isao do czarnowłosego, po czym zwrócił się jeszcze do Clary.- Miło było poznać, młoda damo. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.

Potem odszedł, nawet się nie oglądając.

Clary spojrzała nieśmiało na Akirę, nie bardzo wiedząc, jak zacząć rozmowę. Na szczęście chłopak odezwał się pierwszy.

-Przepraszam, jeśli ci się naprzykrzał. Isao lubi być denerwujący, ale to chyba cecha wspólna wszystkich czarowników.

-Jest czarownikiem?- zapytała rudowłosa, oglądając się w kierunku, w którym udał się mężczyzna, ale już go tam nie było. 

-Wysokim Czarownikiem Ikebukuro.- sprostował Akira.- Najlepszym jakiego znam, ale równie upierdliwym. 

Clary skinęła głową. To by wyjaśniało skąd go kojarzyła. Najprawdopodobniej Magnusowi zdarzyło się o nim wspomnieć.

-Jesteś bratem Akemi?

-Aham.

-Nie wspominała, że też tu mieszkasz.

-Bo nie mieszkam.

-Czemu?- zdziwiła się. 

Akira wzruszył ramionami.

-Po prostu już się w to nie bawię.- powiedział.- Ale trzeba od czasu do czasu odwiedzić rodzinę. 

Faktycznie, Clary dopiero teraz zauważyła, że runy na jego odsłoniętych ramionach były bardzo wyblakłe, a większość z nich już dawno zamieniła się w srebrne blizny. Chciała zapytać, co go skłoniło do podjęcia takiej decyzji, kiedy zobaczyła idącego w ich stronę Jace'a. Zanim blondyn do niej podszedł, Akiry już nie było.
-----------------------------------------
*Will dzwoni do Belli w trakcie poprawiania rozdziału*
Bella: Halo?
Will: Powiedz mi proszę... Kim, do Jasnej Anielki, jest Jack i dlaczego zarywa do Clary, skoro ona ma męża? -,-
Bella: ...*chwila zastanowienia* A! O Jace'a mi chodziło! XD
Will: *facepalm*
Bella: No, sorry, no.
Will: Nie dość, że wymawiasz jego imię jak "Jack" to teraz będziesz mi tak jeszcze pisać? *na skraju załamania nerwowego*
Bella: Nic nie poradzę, myli mi się!
Will: *przez chwilę milczy, po czym stwierdza, że to nie na jej nerwy i się rozłącza*
Bella: ...Halo? ._.

-------
Will: Jeszcze małe ogłoszenia parafialne.
Mianowicie ostatnio poszukuję fajnych opowiadań na necie (nie ważne czy to blog, czy fanfiction.net, deviantart, czy co jeszcze tam innego) o tematyce Darów Anioła, ale warunek podstawowy - Sebastian/Jonathan (niepotrzebne skreślić) musi być albo głównym bohaterem albo jednym z głównych. Wysokie wymagania, co? No nic, może ktoś zna coś takiego, albo sam pisze, więc niech zostawi adres w komentarzu.
Ogłoszenie drugie: Następny rozdział jest już skończony w jakiś 90%, zostało tylko napisanie jednej sceny, ale pojawi się na blogu dopiero, gdy pod tym rozdziałem pojawi się 5 komentarzy. Ja nie żartuję, inaczej zastrajkuję i przestanę pisać Q.Q
https://www.change.org/p/martin-moscowitz-save-city-of-ashes-movie

czwartek, 5 maja 2016

Rozdział 13 - Urodziny

Jun nie organizował imprez często, bo zazwyczaj był na to zbyt zawalony robotą, ale kiedy już je urządzał to zapraszał całą wytwórnię płytową, a także znajomych spoza niej i wykupywał chyba cały sklep monopolowy. Tak było i teraz, kiedy postanowił wyprawić swojej siostrzyce przyjęcie-niespodziankę z okazji jej osiemnastych urodzin i zaprosił ponad czterdzieści osób. Jonathan znał tylko jedną czwartą - i w dodatku nie była to zbyt głęboka znajomość - jednak jubilatka najwyraźniej nie miała tego problemu i radośnie witała się ze wszystkimi, jakby z każdym z osobna zjadła beczkę soli.

Nie trudno się domyślić, że chociaż Reni na początku starała się nie zostawiać swojego chłopaka samego, bo wiedziała jak działa na niego przebywanie wśród tylu ludzi, to szybko została odciągnięta na bok przez przyjaciółki. Uśmiechnęła się przepraszająco, ale w gruncie rzeczy, co ona biedna mogła poradzić? Poza tym, Jonathan wcale nie miał jej tego za złe.

Impreza zaczęła się o szesnastej. O osiemnastej Renata dmuchała świeczki na torcie, a godzinę później niewinne przyjęcie zaczęło przeradzać się w typową zabawę dla dorosłych. Większość imprezowiczów była już ostro podchmielona, łącznie z samym organizatorem, który beztrosko obściskiwał się w kącie z jakąś dziewczyną. Jonathan - wciąż trzeźwy - podszedł bliżej i zauważył, że to jedna z tych niewielu osób, których twarze nie są mu całkowicie obce. Ciężko wyrzucić z pamięci dziewczynę o tak lekkim sposobie bycia, niebiesko-granatowych włosach i makijażu tak fantazyjnym, że brakowało jej tylko skrzydeł i wyglądałaby jak najprawdziwsza wróżka. To była Himari, stylistka Juna, którą miał okazję poznać na jego ostatnim koncercie.

Znajoma czy nie, Jonathan odciągnął od niej chłopaka. 

-Hej!- Jun spojrzał na niego zirytowany.- Puszczaj!

Morgenstern nic sobie nie zrobił z jego wrzasków. Przeciągnął go przez mieszkanie i wyrzucił na balkon, który na szczęście był pusty. Przymknął drzwi i spojrzał na piosenkarza wilkiem.

-Co ty sobie wyobrażasz?- warknął. Jun otworzył usta, żeby się odezwać, ale nie zdążył.- Rozumiem, że taki masz styl bycia, ale mógłbyś się powstrzymać przynajmniej na urodzinach własnej siostry.

Tym jednym zdaniem skutecznie wybił chłopakowi z głowy wykłócanie się.

-Masz rację.- westchnął.- Co ja odwalam, przecież Himari to moja przyjaciółka.- Kilka razy uderzył otwartymi dłońmi o policzki i potrząsnął głową, chcąc choć trochę otrzeźwieć.- Dobrze, że mnie tu przyprowadziłeś, bo muszę zapalić.

Jun wyciągnął w stronę Jonathana paczkę papierosów i potrząsnął nią zachęcająco, kiedy Morgenstern spojrzał na niego podejrzliwie.

-No, dalej. Przecież niczego do nich nie dosypałem.- prychnął.

Mimo to wystarczyło jedno zerknięcie na opakowanie, żeby Jonathan stanowczo zaprzeczył.

-Gold Beyond? Ktoś w ogóle pali to świństwo?- skrzywił się ostentacyjnie.

-Ja palę!- fuknął Jun, dźgając blondyna palcem między żebra.- I doskonale o tym wiesz, więc czego gadasz tak za każdym razem jak ci je proponuję?

-Po co w ogóle mi je proponujesz, skoro wiesz, że ich nie lubię?- odpowiedział pytaniem na pytanie i uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie.

Tym razem Jun uderzył go w ramię - dość mocno, warto dodać - i zajął się swoim papierosem, ostentacyjnie ignorując stojącego obok osobnika. Mówiąc kolokwialnie - strzelił focha.

Chwilę później drzwi na balkon otworzyły się i stanął w nich Akira. Jego spojrzenie przez sekundę zatrzymało się na Jonathanie i obrażonym Junie, po czym wyszedł na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi.

-Więc to tutaj się schowaliście.- powiedział, wyciągając z kieszeni swoje papierosy.

Jonathan wywrócił oczami. Czy naprawdę był w tym towarzystwie jedynym facetem, który nie palił?

-Akiś, chcesz?

-Bez obrazy J., ale tylko ty palisz ten szajs.

-Obaj jesteście zimnymi draniami!- krzyknął wokalista, tupiąc nogą niczym pięcioletnia dziewczynka i wszedł do środka, trzaskając za sobą drzwiami.

Nefilim skomentowali to tylko krótkim śmiechem. Obaj aż za dobrze wiedzieli, że takie zachowanie jest dla Juna naturalne, a po alkoholu jedynie się wzmagało.

-O czym chciałeś porozmawiać?- zapytał Jonathan.

Akira uniósł pytająco brew, ale nie pytał skąd blondyn się tego domyślił. Zanim zaczął mówić zapalił papierosa i zaciągnął się.

-Pewnie nie byłeś ostatnio w Idrysie, nie?- Białowłosy roześmiał się głośno, co udzieliło mu jednoznacznej odpowiedzi.- Tak właśnie myślałem.- westchnął.- Czyli nie będziesz nic wiedział...

-Zaciekawiłeś mnie, więc dokończ.- wtrącił Jonathan, przeczuwając koniec rozmowy.

-Po śmierci Raphaela władzę w nowojorskim klanie wampirów przejęła jakaś Lily. Znam ją tylko z imienia, nigdy nawet nie widziałem jej na oczy. Zresztą, nic dziwnego.- wzruszył ramionami i zaraz wrócił do głównego wątku.- Tak, czy tak, chyba dość poważnie minęła się z powołaniem, bo tylko część wampirów zadeklarowała jej swoje posłuszeństwo. Pozostałe zupełnie odcięły się od niej i Porozumień i stworzyły osobny klan, który wypowiedział nefilim niemą wojnę. Coraz częściej dochodzi do potyczek między nimi i chyba nie muszę mówić po czyjej stronie są większe straty.

-Szykuje się kolejna wojna.- To nie zabrzmiało jak pytanie i wcale nie miało nim być.

-Jakbyś zgadł.- westchnął Akira.- Na początku to był tylko Nowy Jork, ale wampiry z innych klanów już zaczynają się wkręcać. Teraz wrze Europa, a lada dzień może rozprzestrzenić się też na Azję.

Jonathan tylko wzruszył ramionami. Nie zamierzał przejmować się sprawami, które już go nie dotyczyły.

-Ty raczej nie masz czego się obawiać. Raczej nie będzie im się chciało atakować Przyziemnych, żeby sprawdzać czy nie ma wśród nich przypadkiem Nocnych Łowców.

-Ja może i nie mam, ale moja siostra już tak.- ponownie westchnął. Zacisnął kciuk i palec wskazujący o nasady nosa. Nawet pomimo niewielkich ilości podkładu, maskujących worki pod oczami, było widać, że zarwał nie jedną noc. Naprawdę martwił się o rodzinę, bardziej niż o siebie.- Mieszka z mężem w tokijskim Instytucie. Próbowałem ją przekonać, żeby przystopowała z walką, przynajmniej dopóki wszystko się nie uspokoi, ale nie chciała mnie słuchać.

-Cholerna duma Nocnych Łowców.- skwitował Jonathan.

Akira skinął głową.

Nie trzeba było nic więcej dodawać. Chyba w żadnej innej sprawie nie byli tak zgodni, jak w tej jednej: Upór nefilim bywał naprawdę godny pożałowania.

Jeszcze przez chwilę wpatrywali się w nocną panoramę Tokio. Akira zgasił niedopałek na poręczy i wypuścił z ust ostatnią porcję ciemnego dymu.

-Wypadałoby wracać.

-Z tym może być mały problem.

-Ponieważ?

Akira spojrzał na Jonathana pytająco, a ten wskazał głową na wyjście.

-Dowcipniś Jun zamknął drzwi.

W tym samym czasie Renacie, po długich próbach, udało się w końcu wymknąć znajomym i zamknąć się w swoim pokoju. Chciała choć na chwilę zostać sama. I chociaż "sama" oznaczało w jej przypadku "razem z Netaronem", to nie przeszkadzało jej to ani trochę. Akurat jego obecność była dla niej równoznaczna z obecnością powietrza. Nawet nie była w stanie wyobrazić sobie, co by było gdyby go zabrakło. Nie chciała sobie tego wyobrażać.

Otworzyła okno na oścież i oparła się o parapet. Zamknęła oczy, gdy chłodne, nocne powietrze wleciało do pomieszczenia, rozwiewając jej włosy. Odetchnęła głęboko. Mimo później godziny, miasto nadal żyło swoim życiem, a blask neonów raził po oczach. Na ulicach było mniej osób niż za dnia, ale nie tylko trochę mniej. Zdziwiłaby się bardzo gdyby było inaczej, w końcu mieszkała w jednej z najludniejszych dzielnic Tokio. Kiedyś przeszkadzał jej ten ciągły szum, ale po tylu latach przywykła i wręcz przestała go zauważać. Jedyne czego nie mogła znieść to niebo - puste, bez ani jednej gwiazdy.

Minutowa wskazówka na zegarze ściennym przesunęła się na dwunastkę, obwieszczając, że wybiła godzina ósma, a Reni nagle zakręciło się w głowie. Zacisnęła dłonie na parapecie, żeby się nie przewrócić i wtedy ból zniknął, jakby ręką odjął. Trwało to tylko ułamek sekundy i równie dobrze mogło być wynikiem zmęczenia, a jednak trochę ją zaniepokoiło. Poczuła się jakoś... inaczej. Nie potrafiła tego lepiej wyjaśnić.

Odwróciła głowę w stronę Netarona i zapytała cicho:

-Wiesz co to było?

Anioł nie odpowiedział.
___________________________
*lekcja języka Polskiego*
Nauczycielka: Wypiszcie od myślników wszystkie zalety jakie posiada nasz kościół...
Will: *maksymalnie znudzona, pod nosem* Tak jakby to było komukolwiek do czegokolwiek potrzebne -,-
Bella: No...
*mimo wszystko coś wypisują*
Bella: Możesz dodać też to... no... pianino!
Will: Pianino? xD
Bella: No ten fortepian, co w kościele stoi >.>
Will: To są organy, deklu! XD
Bella: Wielka mi różnica @.@
Will: Ogromna! XD Pianino, fortepian... ja nie mogę, ale z ciebie jeleń xD
Bella: Oj, cicho już >.<

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 12 - Memories stay. People don't.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy stosunki między nefilim a wampirami zaostrzyły się do tego stopnia, że można już było spokojnie nazwać je wojną. Nie wypowiedzianą oficjalnie, ale jednak wojną. Walki toczyły się na tyłach barów, w zamkniętych uliczkach, a nawet na dachach budynków mieszkalnych. Ginęły obie rasy, niemniej większe straty ponosili Nocny Łowcy, a powodem tego było nic innego jak przewaga liczebna - zazwyczaj z wampirami pojawiały się też demony, jakby były z nimi w zmowie, albo po prostu szukały okazji do zemsty na nefilim za te wszystkie lata. 

Nie długo po rozpoczęciu tego całego bajzlu, Jia - wraz z kilkoma Łowcami, w tym Maryse i Robertem - osobiście udała się do Hotelu Dumort - siedziby nowojorskiego klanu wampirów, żeby wyjaśnić sytuację. Zostali powitani przez przywódczynię klanu chlebem i solą, ale informacje, których się dowiedzieli po rozmowie z nią nie były już takie miłe i przyjemne. 

Lily nie potrafiła upilnować swoich pobratymców. Część z nich zaczęła głosić opinię, że powinno się zerwać Porozumienia i rozpocząć walkę przeciwko nefilim, którzy od zawsze traktowali ich gatunek jak najgorszy syf. Udało im się stworzyć dość sporą grupę, a potem po prostu odłączyli się od klanu i przyłączyli do innego - grupy wampirów o podobnych przekonaniach. Podobnie postąpiły wampiry z innych klanów, z innych miast i stanów.

-Nie wiem ilu dokładnie ich jest.- powiedziała Lily.- mogę tylko zgadywać, że wystarczająco dużo, aby stworzyć armię. 

-Wiesz kto jest ich przywódcą?- zapytała Konsul.- I gdzie można go znaleźć? 

Zazwyczaj tak to działało - kiedy przywódca zostawał zabity, pozostali tracili wolę walki. Nie rezygnowali z niej całkiem, to by było zbyt proste, ale wtedy w szeregach wroga zaczynał dominować chaos. Gdyby udało im się dorwać przywódcę tej całej rebelii i jemu podobnych, może udałoby się zapobiec wojnie zanim na dobre się rozwinie.

Niestety, Lily zaprzeczyła.

-Wiem tylko tyle, że to ktoś o imieniu Mickel Parrat i że w żadnym miejscu nie spędza dłużej niż kilku dni. Przyjeżdża, zasiewa ziarenko zwątpienia i jedzie dalej, a wampiry, które przekonał do przyłączenia się zajmują się resztą. 

-Jakieś pomysły, gdzie może być teraz?- wtrącił Robert.

-Jeśli moi informatorzy się nie mylą, to porusza się z zachodu na wschód.- Wampirzyca rozłożyła na stole starą, ale jeszcze czytelną mapę i mówiąc pokazywała na niej miasta.- Zaczął od San Francisco, LA i San Diego, a potem po kolei większe metropolie, takie jak Chicago, Boston czy Filadelfia. Ostatnio był widziany w Majami. 

-A południe? 

-Nic mi o tym nie wiadomo. 

Robert zmarszczył brwi. 

-Więc następny może być Meksyk lub Brazylia. 

-Albo Europa.- rzuciła Maryse.

Wszyscy zebrani spojrzeli na nią uważnie.

-Myślisz, że będzie chciał wmieszać w to inne kontynenty?

-A dlaczego nie?- wzruszyła ramionami.- W końcu Porozumienia dotyczą wszystkich, nie tylko mieszkańców USA. 

Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy i, jak się okazało, Maryse miała rację. Ataki na Nocnych Łowców zaczęły występować w Hiszpanii, Francji, na Wyspach Brytyjskich i dalej - w głąb kontynentu. Sytuacja robiła się coraz bardziej poważna, ba, cały czas istniało ryzyko, że fearie również postanowią przyłączyć się do rewolucji. Póki co królowa siedziała cicho, ale Jia ani przez sekundę nie wierzyła, że po ostatnim zebraniu zrezygnuje z zemsty. 

Jedno było pewne - tym razem nie była to sprawka nikogo kto nosiłby nazwisko Morgenstern, choć niektórzy na początku brali tę opcję za wysoce prawdopodobną. Wszystko, co mówiono o powrocie Sebastiana było tylko pustymi plotkami. Nikt go nie widział, ani nie słyszał, a przecież nie ukrywałby się gdyby naprawdę był za to odpowiedzialny.  

Wszyscy logicznie myślący i ci, którzy widzieli jak jego ciało płonie na pogrzebowym stosie wiedzieli, że to niemożliwe. Sebastian Morgenstern śpi z rybkami w jeziorze Lyn. Jest martwy i tak już pozostanie. 

No, może nie do końca... 

----------


-Przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego ja się w ogóle na to zgodziłem?- zapytał Jonathan.

Tłum ludzi stłoczonych przed wejściem do sali koncertowej przyprawiał go o ból głowy, zwłaszcza, że w większości były to piszczące nastolatki z przedziału wiekowego piętnaście-dziewiętnaście. Naprawdę wolałby być teraz w innym miejscu. Reni posłała mu uśmiech i zupełnie niezrażona jego skrzywioną miną złapała go za rękę i pociągnęła do wejścia za kulisy.

-Bo Jun wymusił na tobie złożenie przysięgi na Anioła.- przypomniała uczynnie.

A skąd jej brat wiedział, że takiej przysięgi nie da się złamać, to już pozostanie tajemnicą. Reni podejrzewała, że wcale nie widział, a cała wina leżała po stronie wyrywnego Jonathana. I dlatego też niezbyt mu współczuła.

Strażnicy stojący przed wejściem sprawdzili ich przepustki.

-To niesprawiedliwe, byłem pijany!

Zostali wpuszczeni do środka.

-Teraz przynajmniej będziesz wiedział, że picie z moim bratem nie należy do najbezpieczniejszych rozrywek.- pouczyła go, niezwykle rozbawiona całą sytuacją.

Jonathan zmarszczył brwi i posłał jej tak zabójcze spojrzenie, że każdy inny skuliłby się ze strachu, padł na kolana i zaczął przepraszać. Ale to nie był każdy inny, tylko Renata, która nic sobie nie robiąc z jego rozdrażnienia parsknęła śmiechem.

Prychnął.

-Myślę, że poradziłbym sobie ze zwykłym Przyziemnym.

-Serio? Twoja mina mówiła co innego, gdy znalazłam was w jednym łóżku w zeszłym miesiącu.

Jonathan zamilknął na chwilę, przyglądając się jej uważnie, ale nie wyglądała ani na złą, ani na zazdrosną. Jakby się nad tym zastanowić... to nigdy nie widział jej rozgniewanej. Czasem była naburmuszona, albo zdegustowana - głównie wyczynami swojego brata, kiedy z rana dostawała SMS'a o treści "jestem w tym hotelu naprzeciwko galerii, przyniesiesz mi nowy komplet ciuchów? albo popros jonę on pewnie nie ma nic do roboty". Nie trzeba się było długo domyślać, żeby wiedzieć jak w owym hotelu wylądował. Poważniejsze pytanie brzmiało "Z kim?", ale Jun cierpiał na jakiś magiczny rodzaj amnezji poimprezowej. 

-... Mówiłem już, do niczego nie doszło.

-Wiem, idioto.- Ren wywróciła oczami, nadal się szczerząc.- Gdyby doszło to zapewniam cię, że byśmy tak swobodnie o tym nie rozmawiali.

Rozmowa była nader ciekawa i oboje chętnie by ją kontynuowali, gdyby im nie przerwano.

-Reni! Jona!

Jonathan spiął się odruchowo, słysząc za sobą ten irytująco wesoły głos.

-Czy używanie mojego pełnego imienia naprawdę jest dla ciebie takim proble...- Odwrócił się i urwał w połowie. Po prostu nie mógł inaczej zareagować po zobaczeniu fryzury chłopaka.- Co ty masz na głowie?- rzucił, podejrzliwym tonem.  

-A co? Nieładnie mi?- zapytał, niesamowicie z siebie zadowolony, Jun.

Kiedy się uśmiechał wyglądał dokładnie tak, jak Renata. Jonathan dawno doszedł do
wniosku, że to jedyna rzecz, która dowodzi, że ta dwójka rzeczywiście jest ze sobą spokrewniona. Może jeszcze to, że oboje byli całkowicie niereformowalni i inni od reszty społeczeństwa. Czasami się zastanawiał dlaczego nawet w świecie Przyziemnych musiał trafić na takie wybryki natury.

-Wyglądasz jakby trzasnął cię piorun. Nie wspominając już o tym, że kolorem przypominają natkę marchewki.- skomentował, mierząc przefarbowane na zielono włosy przyjaciela krytycznym spojrzeniem.

-A nie miętę?- zasugerowała Reni. Przyzwyczaiła się już, że brat zmienia uczesanie kilka razy w roku, ale takiego koloru jeszcze u niego nie widziała.

-Nie, mięta trochę bardziej wpada w błękit.

-Myślisz?

-Później o tym podyskutujecie. Wracamy zanim Himari zobaczy, że mnie nie ma i podniesie alarm.- Jun odwrócił się i zaczął iść skąd przyszedł.- Za pół godziny wchodzimy na scenę, a muszę się jeszcze przebrać.

-Kto to Himari?- Jonathan spojrzał pytająco na Renatę.

-Jego stylistka.- wyjaśniła.- Ma dość... jak to powiedzieć... ciężką rękę.

-Ej, no! Idziecie?!


----------


Pół roku po ślubie Clary i Jace'a na świat przyszła mała Valentina i z marszu podbiła serca wszystkich osób, które dostąpiły zaszczytu przebywania w jej towarzystwie dłużej niż dziesięć sekund. Na jej główce kręciły się pierwsze rude loczki i samym uśmiechem była w stanie wywołać hiperglikemię u niewinnych ludzi. Zawsze kiedy Clary patrzyła jej w oczy od razu przypominała sobie małą dziewczynkę z wizji. Val już teraz była cudowna, a co dopiero, kiedy podrośnie...

Cóż, można tylko spekulować, że Luck będzie miał dużo roboty, jeśli będzie chciał odpędzić od niej wszystkich adoratorów.

Ale nie odbiegajmy tak bardzo w przyszłość, bo póki co teraźniejszość była ważniejsza.

A aktualnie Jace i Clary siedzieli w ogrodzie państwa Garrowey i zajadali się wyśmienitymi hamburgerami przygotowanymi przez Luke'a. Mały rudy pulpet drzemał słodko w kocyku na kolanach Jocelyn. Clary czuła, że przez samo patrzenie na siostrę może znacznie skoczyć jej poziom cukru, ale kto by się tam przejmował.

Jocelyn musiała błędnie zrozumieć to spojrzenie, bo natychmiastowo zmierzyła wzrokiem Jace'a. 

-Clary, ale wy chyba jeszcze nie zamierzacie starać się o dziecko?- zapytała, wciąż nie odrywając wzroku od swojego pożal-się-Boże zięcia.

Clary akurat wtedy piła i pech chciał, że zakrztusiła się wodą. Jace jedynie parsknął śmiechem i poklepał ją po plecach, bo wyraźnie miała problem ze złapaniem oddechu.

-Maamoo.- jęknęła, gdy w końcu doprowadziła się do porządku.- Mówiłam ci, jeszcze nawet o tym nie myśleliśmy. Minęło kilka miesięcy, a statystycznie rzecz biorąc, większość małżeństw zaczyna myśleć o dzieciach dopiero dwa lata lub więcej od ślubu. I nie mów mi, że Nocni Łowcy rodzą się szybciej, bo to niczego nie zmienia. 

Jace wyraźnie czuł potrzebę dorzucenia swoich trzech groszy do tej rozmowy, ale ostrzegające spojrzenie, w którym kryła się groźba rychłej śmierci, posyłane mu przez Clary, skutecznie powstrzymywało go przed jakimikolwiek uwagami. 

-W porządku.- Jocelyn pokiwała głową z uśmiechem.- Nic na siłę. A gdyby ten tutaj czegoś próbował-

-To zamknę go w piwnicy.


----------


Anglia, 1888 rok

Był to bardzo deszczowy wieczór. Cała śmietanka londyńska zjechała się do rezydencji hrabiego Fanthomhive'a na bankiet organizowany przez właściciela z okazji zaręczyn jego ukochanej córki. Na tak dystyngowanym przyjęciu nie mogło zabraknąć nikogo kto czuł się kimś ważnym w obecnym społeczeństwie. 

Mimo to Isao nie był nim ani troche zainteresowany. Przyszedł tylko ze względu na przyjaciółkę, która poprosiła go, żeby był jej osobą towarzyszącą. Długo musiała go namawiać, oj długo, ale w końcu dopięła swego, kiedy zagroziła, że naśle na niego zaznajomionego księdza egzorcystę. Takie zachowania powtarzały się notorycznie i niestety, zawsze jej ulegał. Katherine była przekonująca, wyrachowana i potrafiła postawić na swoim. 

I chyba tylko dlatego, że imponowała mu jej postawa, uważał ją za swoją przyjaciółkę. Mimo, że Katherine była tylko zwykłą Przyziemną.

Gdy wchodzili na salę balową rozbrzmiały pierwsze rytmy walca i Katherine od razu pociągnęła go na parkiet. Kiedy tańczyli, jego wyczulony słuch wyłapywał z otoczenia wszystkie szepty. Isao westchnął niezauważenie. Wiedział, że tak będzie, że od razu staną się głównym tematem do plotek, w końcu jego partnerką był nie kto inny jak wnuczka królowej.

Zatańczyli pierwszy taniec i rozpoczęli następny, kiedy w trakcie drugiego taktu podszedł do nich wysoki mężczyzna o azjatyckich rysach twarzy i ciemniejszej karnacji. Poruszał się cicho, z kocią gracją, a na jego ustach błąkał się figlarny uśmiech.

Nie tylko Isao zwrócił na niego uwagę. Katherine również się obejrzała, gdy spostrzegła, że mężczyzna podchodzi właśnie do niej.  

-Pani pozwoli.

Brunet chwycił kobietę za odzianą w białą rękawiczkę dłoń i jakby nigdy nic odbił taniec, uśmiechając się zwycięsko w stronę Isao. Jednocześnie jego źrenica zwęziła się gwałtownie. Oczy mężczyzny przez ułamek sekundy bardziej przypominały kocie niż ludzkie. 

I Isao był pewien, że był jedyną osobą, która to zobaczyła.

Odpowiedział na uśmiech drugiego czarownika wyzywającym spojrzeniem, przeczuwając początek bardzo ciekawej znajomości.             


----------



Od kiedy Alec wyszedł do Instytutu, Magnus leżał rozwalony na kanapie w swoim salonie, nudząc się niemiłosiernie. Wydawało mu się, że spędza tak kolejne stulecie, a minęło ledwie trzydzieści minut od wyjścia czarnowłosego. 

Dochodziła dziesiąta rano, dzień był dość słoneczny, a ulice pełne ludzi. Przez chwilę miał ochotę gdzieś wyjść - w końcu Alec'a miało nie być do wieczora -, ale ten pomysł zgasł równie szybko, co się pojawił. Magnus miał ochotę porozmawiać z kimś, kto niekoniecznie byłby jego chłopakiem, jednocześnie bez potrzeby ruszania się z domu. Co, za wysokie wymagania? Całkiem prawdopodobne. 

Dlaczego nawet Prezesa Miał nie ma kiedy jest potrzebny? 

Westchnął nader dramatycznie. 

I właśnie w tym momencie tuż przed jego twarzą pojawiła się uśmiechnięta mordka Isao Morri'ego. 

Zaskoczony Magnus zaklął siarczyście, odruchowo cofając się trochę.

-Też się cieszę, że cię widzę, staruszku.- zironizował Wysoki Czarownik Ikebukuro. Jego czarne włosy zlewały się z kolorowym obłokiem dymu otaczającym jego profil aż do linii obojczyków, gdzie kończyła się projekcja.

-Ile razy prosiłem, żebyś mnie tak nie nazywał?- zapytał Magnus, pozornie zażenowany infantylnością znajomego. Gdzieś w środku, bardzo głęboko cieszył się, że go widzi.- Jestem starszy tylko o dwieście lat, to nie tak znowu wiele.

-Ty tak twierdzisz.

-Jest jakiś konkretny powód, dla którego się ze mną kontaktujesz?- zapytał, podnosząc się do pozycji siedzącej. Starał się wyglądać choć odrobinę poważniej, ale nie był pewien czy mu się to udało.

-Nie ma.

Magnus uniósł brwi w powątpiewającym geście.

-Jakbyś jeszcze nie zauważył, dzwonię do ciebie systematycznie co pięćdziesiąt lat, bo mniej więcej w takich odstępach czasowych odczuwasz naglącą potrzebę wygadania się.- wyjaśnił w skrócie, a na koniec swojej wypowiedzi wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.- A jak powszechnie wiadomo jestem świetnym słuchaczem~.

Wysoki Czarownik Brooklyn'u parsknął śmiechem. Faktycznie tak było. Dlaczego wcześniej w ogóle nie zwrócił na to uwagi? 

-Masz po prostu idealne wyczucie czasu!      

-----------------------------------------------
Bella: Słuchaj, przeczytam ci coś.
Will: Już się boję...
Bella: *czyta* Licząc do czterech wszedł do pomieszczenia i od razu jego oczom ukazał się wysoki, elegancko ubrany mężczyzna, który uderzał żywiołowo szpicrutą po całym ciele leżącego nieopodal nieboszczyka. Widać było, że wkłada w tą czynność, niesamowicie dużo energii. John stał przez dłuższą chwilę jak zaczarowany, wpatrując się w jego szybkie ruchy...
Will: *zaczyna protestować* Nie, nie, nie, nie. Nie będziesz mi tutaj żadnych yaoiców propagować >.< 
Bella: *śmieje się* XDDD
Will: *odsuwa się najdalej jak to możliwe* Spadaj z tymi gejowskimi pornosami, ja mam swoje i mi wystarczy >.>
Bella: *podpuszcza* Kogo masz...?
Will: *oczywiście dała się podpuścić* Jace'a i Sebastia... Ja tego nie powiedziałam głośno .___.
Bella: *death ze śmiechu*

czwartek, 24 marca 2016

Liebster Blog Award

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Will: Dziękujemy Kendall Z za nominację! Co prawda, nominację dostałam tylko ja, ale bloga piszę wspólnie z Bellą, więc odpowiadamy obie ^^
Bella: Yep ^^

1. Ulubiony gatunek muzyczny?
Bella: Pop. No i może klasyka. Nie wiem dlaczego >.>
Will: Wszystko od heavy metalu po rap i pop, ale bez disco polo ^^

2. Wampir czy wilkołak?
Bella: Wampir. Jestem uprzedzona do wilkołaków ;D
Will: Szaman >.>

3. Ulubione słodycze ?
Bella: Żelki xD
Will: G-dragon x3

4. Najlepszy zespół to....
Will & Bella: BIGBANG!
Will: Myślałam, że wolisz HISTORY O.o
Bella: Jestem na nich obrażona, bo nie przyjadą do Polski podczas trasy koncertowej po Europie ;-; FOCH! ;-;

5. Ulubione filmy (przynajmniej trzy)?
Will: Teraz się popisuj, bo ja nie oglądam filmów.
Bella: "Jeden Dzień", "Zostań, jeśli kochasz" i "Pamiętnik"

6. Znienawidzony przedmiot w szkole.
Bella: Angielski. Nie cierpię nauczycielki >.> Dołączasz się?
Will: Chciałabym, ale za bardzo lubię ten język xD Pardon xD
Bella: Więc jaki?
Will: Chyba chemia, ale to bardziej niechęć niż nienawiść >.>

7. Czy jesteś w stanie przestać pisać bloga?
Bella: Tak.
Will: W każdej chwili?
Bella: Oczywiście.
Will: To ja nie jestem w stanie xD

8. Czemu akurat taki temat bloga?
Bella: Bo Cassandra Clare zabiła nam Sebastiana.
Will: *wyciąga widły*

9. Najgłupsza rzecz którą zrobiłaś?
Will: Eee... dużo tego było xD
Bella: Za dużo >.>
Will: Chociaż spadnięcie z ganku i wpakowanie sobie nogi w gips na dwa tygodnie mogłoby się zaliczać do głupoty.
Bella: Wyjmowałam kiedyś szklankę z suszarki i pękła mi w rękach O.o
Will: Uhuhu~, a myślałam, że taki skill to tylko ja mam xD

10. Ulubiony kolor?
Bella: Czaaarny >.> Biały <.< Czarno-biały >.<
Will: Ja lubię czarny, złoty i zielony ^^

11. W jaki sposób zamordujesz nudę?
Will: Młotkiem.
Bella: Patelnią.
Will: Da się zamordować cokolwiek patelnią? O.o
Bella: Jak się postara xD

Nominacje:
https://www.wattpad.com/story/40629184-szcz%C4%99%C5%9Bcie-na-d%C5%82oni-z-m
http://kierunek-atlantyda.blogspot.com/
http://asakura-no-futago.blog.onet.pl/
http://new-xiaolin-showdown.blogspot.com/
http://give-me-love-mortal-instruments.blogspot.com/
http://jakzostalamnocnymlowca.blogspot.com/
http://loveistormentnephilim.blogspot.com/
http://anielski-swiat.blogspot.com/
https://www.wattpad.com/story/36760753-karate-harry-styles

Will: Nawet nie było aż tak źle O.o
Bella: Yhym.
Will: Serio, spodziewałam się, że pójdzie nam gorzej znalezienie tych blogów xD
Bella: To teraz pytania >.>

Bella - Co sądzisz o tegorocznym kandydacie na Eurowizję?
Bella - Jaki cytat najlepiej cię opisuje?
Bella - Co byś zrobił/a gdybyś spotkał/a na mieście swojego idola/kę?
Will - Jakie zajęcia sprawiają, że tracisz poczucie czasu?
Bella - Trzy książki, o których nie możesz zapomnieć.
Will - Z jakim zwierzęciem się utożsamiasz?
Bella - Do jakiego fandomu należysz?
Will - Jakie imiona nadasz swoim dzieciom?
Will - Jaka piosenka opisuje twój obecny nastrój?
Bella - Gdzie idziesz, kiedy chcesz być sam/a?
Will - Co sprawia, że się uśmiechasz?
Will - Ulubiona postać fikcyjna ever?

Bella: Rozdziały nie będą pojawiały się już tak regularnie (co z resztą pewnie zauważyliście), bo egzaminy >.>
Will: Egzaminy przeszkadzają ty tylko tobie, ja nie mam z nimi żadnego problemu xD
Bella: Nie mnie, tylko moim rodzicom -,-
Will: No już, już *głaska ją po głowie*
Bella: *patrzy na szafkę nocną Will* Nowy Testament? O.o
Will: *ogląda się* Nom.
Bella: Czytałaś? O.O
Will: Tak >.>
Bella: Super ._.
Will: Bay Bay! :3


Rozdział 11 - New goals, new friends, new life.

Jonathan nie tego się spodziewał, kiedy Jun oznajmił mu, że znalazł dla niego idealne mieszkanie. I wcale nie chodzi tu o to, że apartament był, zupełnie przez przypadek, uderzająco podobny do zaczarowanego domu jego ojca, w którym pomieszkiwał przez pewien czas z Jace'm i Clary. Naprawdę, to nie stanowiło problemu. Cena również nie, póki co Isao wszystko mu opłacał, a jako czarownik nie miał co narzekać na brak pieniędzy.

Cała niespodzianka polegała na tym, że jego mieszkanie znajdowało się tuż obok mieszkania Reni i Juna. Tak blisko, że Renata czasami przechodziła do pokoju Jonathana przez balkony, które niemal się stykały. Można wręcz powiedzieć, że zamiast dwóch mieszkań mieli jedno wspólne. Jakby tego było mało, państwa Yume wciąż ktoś odwiedzał - jak nie koledzy z zespoły Juna, to jego znajomi ze studia lub przyjaciółki Reni ze szkoły. Te ostatnie bywały szczególnie uciążliwe. Zawsze, kiedy przychodziły Jonathan chował się u siebie i zamykał drzwi. I balkon. I zasłaniał rolety. Nie to, że coś do nich miał, były naprawdę miłe, ale nienawidził znajdować się w centrum uwagi, a mając taki a nie inny kolor włosów brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej był niemożliwy. Niestety. 

Na początku ten cały harmider mu przeszkadzał. Po dwóch miesiącach uświadomił sobie, z niemałym szokiem, że pasuje mu taki tryb życia.

Dużo rozmawiał. Szczególnie z Renatą. Czasami dziewczyna wracała do rozmowy w kuchni, pytając go o coś z jego przeszłości lub o samych Nocnych Łowców, jakby na siłę chciała skonfrontować go ze wspomnieniami, ale nie miał jej tego za złe. Z Junem zazwyczaj się kłócił. Albo pił. Bo co jak co, ale partnerem do picia wokalista był świetnym.

Poznał też wielu innych, chociażby Akirę, który w zespole Juna piastował funkcję rapera i beat-boxer'a. Jonathan od razu poznał, że był Nocnym Łowcą i nie wątpił, że Akira również był świadom jego prawdziwej tożsamości. Poznał to chociażby po niechęci z jaką raper odnosił się do Jonathana na początku. Ostatecznie jednak zakopali topór wojenny, gdy odkryli, że mają podobne zainteresowania, jak na przykład doprowadzanie Juna do białej gorączki.

Tak zleciał mu kolejny miesiąc. Podczas następnego zaczął umawiać się z Renatą. Bez żadnej dramatycznej historii miłosnej - po prostu się stało. Od początku wydawała mu się jedyna w swoim rodzaju, ale dopiero kiedy zaczęła cmokać go w policzek na przywitanie, zaczął myśleć o niej w innych kategoriach niż przyjaciółka. Któregoś dnia stwierdził, że byłoby miło wybrać się razem do kina. Potem do restauracji, na pizzę lub do muzeum. Zdążył zauważyć, jak wielka była fascynacja Reni historią. Podczas jednego z takich spotkań, pocałował ją pod wpływem impulsu. Nie tylko go nie odepchnęła i oddała pocałunek, ale z ustami na jej ustach czuł, jak się uśmiecha.

Oczywiście, kiedy wrócili do domu, nieomylny wujaszek Jun od razu zauważył różnicę. Skwitował to krótkim: "No, nareszcie. Myślałem, że do końca życie będzie ciągnąć te podchody." W podzięce otrzymał siniaka na żebrach.

Zanim Jonathan się obejrzał, minęło dokładnie pół roku, odkąd obudził się zdezorientowany w domu Isao, z momentem własnej śmierci przed oczami.

Całkiem interesujące pół roku., podsumował w myślach. Odłożył czytaną książkę na stół i poszedł do mieszkania swojej dziewczyny. Wszedł bez pukania - już dawno przestał to robić. Sama go prosiła, żeby nie zaprzątał sobie głowy drobnostkami, więc nie widział problemu. Reni akurat parzyła dla nich herbatę w kuchni. Kazała mu iść do salonu, gdzie i sama się chwilę później pojawiła.

-Juna nie ma? - zapytał Jonathan, przyjmując od niej kubki i od razu odkładając je na stół.

-Nie ma i nie będzie.- Pokazała wszystkie ząbki w zniewalającym uśmiechu, zajmując zaszczytne miejsce na jego kolanach.- To oglądamy Sherlock'a?- zapytała.

-Oglądamy.- potwierdził.

-Zgaś światła.- poleciła, ucieszonym tonem. 

Zawsze tak mówiła - jakby w świecie, który ona widziała codziennie było Boże Narodzenie. Jej głos był pełen entuzjazmu i pozytywnej energii. Jonathan zawsze starał się trzymać z dala od takich osób. Najchętniej połapałby ich za fraki i przedstawił wykład o tym, że świat wcale nie jest taki piękny, jak może im się wydawać. Ale Reni była wyjątkiem od wszystkich istniejących na świecie reguł. Pomimo wyraźnej różnicy charakterów mógł rozmawiać z nią godzinami i nigdy nie brakowało im tematów.  

Pokręcił z politowaniem głową.

Co ta Przyziemna ze mną zrobiła?, To było tylko pytanie retoryczne i nie zamierzał szukać na nie odpowiedzi. W gruncie rzeczy, podobało mu się jak zmieniał się w jej towarzystwie. Wystarczy spojrzeć - minęło raptem kilka miesięcy, a oni już wyglądali jak młode małżeństwo z psem, kotem i lekko szalonym wujkiem Junem na głowie. 

-Oczywiście tylko...

-Co, pewnie mam zejść?

Jej mina była tak rozbrajająca, że Jonathan miał ochotę parsknąć śmiechem.

-Przydałoby się.- potwierdził.

-Łee.


Resztę wieczoru i połowę nocy spędzili właśnie w taki sposób - na kanapie przed telewizorem, żywo komentując oglądany serial, flirtując ze sobą - mniej lub bardziej otwarcie - lub po prostu rozmawiając. W pewnym momencie Jonathan pomyślał, że po raz pierwszy jego przyszłość maluje się w naprawdę kolorowych barwach.





----------


Jun wrócił ze studia nagraniowego dopiero około trzeciej w nocy. Ostatnią kawę wypił jakąś godzinę temu i jej pobudzające efekty zaczynały powoli zanikać. Już teraz ziewał średnio co dwie minuty. Wiedział, że musi dostać się do łóżka zanim zmęczenie dopadnie go na dobre, inaczej mógłby - nie daj Boże - zasnąć pod prysznicem, a to z pewnością odbiłoby się na jego kręgosłupie.  Wykonał wszystkie czynności związane z higieną ciała i przebrał się grzecznie w piżamkę. Miał już kłaść się spać, ale ostatni przebłysk świadomości doradził mu, że powinien jeszcze rozejrzeć się za Keo, co by później nie wyjść na okropnego właściciela. Westchnął i ruszył na obchód, powłócząc nogami. Znalazł swoją zgubę w salonie. Mops leżał rozciągnięty na fotelu - a legowisko w pokoju Juna jak stało, tak stoi. A to mały, psi hipokryta! Natomiast ten szary kłębek sierści, który leżał na Keo to musiała być Ash - kotka brytyjska jego siostry.  Z kolei na kanapie Jun ujrzał podobny obrazek - tyle tylko, że zamiast psa i kota leżeli na niej Jonathan i Renata. Dokładnie w takiej kolejności.

Jun mógłby tam stać aż do rana i zastanawiać się, która parka jest bardziej urocza, gdyby nie fakt, że jego głowa z każdą chwilą stawała się coraz cięższa... cięższa... cięższa... 
Niezamierzone uderzenie czołem we framugę troszkę go otrzeźwiło. Poszedł do kuchni po aparat, cyknął kilka fotek, którymi później będzie szantażował swojego jeszcze-nie-ale-już-niedługo-szwagra i pełen satysfakcji położył się do łóżka.
I biada temu, kto choć dotknie go nim wybije południe.
-----------------------------------------
Bella: Jak chcesz zacząć pogadankę?
Will: *chwilowe zamyślenie* Boże! Zupa na gazie! *biegnie do kuchni*
Bella: *napad śmiechu*
Will: *wraca do pokoju* Ja to sobie zawsze w porę przypomnę >.>

wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 10 - Ślub i wesele


-parę miesięcy później-


Tego popołudnia pogoda wyjątkowo dopisywała i całe szczęście, bo Matka Natura nie chciałaby mieć do czynienia z Isabelle Sophie Lightwood, gdyby na ziemię spadła choć jedna kropla deszczu. Dzisiaj wszystko musiało pójść idealnie. Ogród, w którym miało mieć miejsce wielkie wydarzenie został starannie udekorowany według projektu Isabelle. Ogromny tunel z girlandy oraz złoty dywan prowadziły prosto do bogato ozdobionego łuku weselnego. Krzesła dla gości były owinięte złotym materiałem. Po namyśle zrezygnowała z wieszania balonów na zewnątrz, za to wnętrze domu wręcz w nich tonęło.

Praktycznie wszyscy łącznie z panem młodym, zajęli już swoje miejsca. Czekali tylko na jedną osobę.

-Nie ma mowy, Izzy. Ja tam nie wyjdę!- Clary tupnęła obcasem, wskazując ręką na okno. Wczoraj była tak podekscytowana, że nie czuła żadnego lęku, ale dzisiaj, kiedy mama pomagała jej ubrać piękną, złotą suknię ślubną i zrobić makijaż uderzyło w nią przerażenie w najczystszej postaci. Nawet teraz bolał ją brzuch, chociaż wypiła dwa kubki melisy i połknęła jedną czwartą opakowania tabletek ziołowych. Mieli zacząć pięć minut temu, ale Clary nagle zapomniała słów przysięgi. Jakże łatwiej byłoby powtarzać słowa po księdzu, niech szlag trafi te śluby Nocnych Łowców! Luke, który miał odprowadzić ją do ołtarza, wykazał się wielką cierpliwością, czekając aż się uspokoi...

-Wyjdziesz, wyjdziesz! Nie po to przez ostatnie miesiące wszystko przygotowywałam, żebyś teraz stchórzyła!

...Jednak Isabelle nie była tak wyrozumiała i po prostu chwyciła swoją przyjaciółkę za ramię i wyrzuciła ją z przedsionka.

Clary chwyciła się kurczowo Luke'a, czując się jakby miała zaraz zemdleć. Stawianie nogi za nogą nagle okazało się ponad jej siły i całą uwagę skupiała na tym, żeby się nie potknąć. Słyszała muzykę, czuła na sobie spojrzenia Jocelyn, Alec'a, Maryse i Roberta, Magnusa, Simona i innych. Nawet Zachariasz i Tessa mignęli jej gdzieś w tłumie. Izzy zaprosiła ponad sto osób! Clary nie wiedziała dlaczego, przecież połowy z nich nawet nie znała, a im więcej par oczu na nią patrzyło tym bardziej się stresowała... a potem spojrzała w stronę ołtarza. Zobaczyła Jace'a w ciemnych spodniach, białej koszuli i rozpiętej złotej marynarce z blond lokami zaczesanymi do tyłu i zapomniała o Bożym świecie. W jednej chwili ojczym przekazywał dłoń rudowłosej przyszłemu zięciowi, a w następnej byli już po przysiędze i Alec podawał im stele, którymi mieli narysować sobie Znaki małżeńskie. Miłości i oddania. Potem zatracili się w pocałunku.


----------


-Gotowa na imprezę, pani Herondale?- wyszeptał jej do ucha Jace, posyłając swojej ukochanej psotny uśmiech. Kiedyś ja denerwował, teraz uważała, że dodawał mu uroku.

-Gotowa jak nigdy dotąd.

Przyjęcie weselne się rozkręcało.

Wszyscy goście byli zachwyceni wystrojem.  Zabawa odbywała się na świeżym powietrzu pod olbrzymim namiotem, który przystrojono przepięknie w odcienie jasnego złota z dodatkami srebra i kości słoniowej. Poły zostały uniesione, aby goście mieli doskonały widok na małą fontannę. Woda skrzyła się w popołudniowym słońcu. Z jednej strony namiotu znajdował się parkiet do tańca, z drugiej zasobny szwedzki stół, a w małym kąciku sala dla małych dzieci wypełniona zabawkami oraz różnymi sprzętami technologicznymi.

-Isabell przeszła samą siebie.- powiedział Alec do Magnusa.

Czarownik skinął z uznaniem głową.

-To prawda.- przyznał. Po czym dodał o wiele ciszej:- Będę musiał się do niej zgłosić w niedalekiej przyszłości.

Alec nie wierzył własnym uszom.

-Mógłbyś powtórzyć? Niestety, nie dosłyszałem.

-To prawda.- powtórzył Magnus, nagle speszony.

Alec uniósł brew.

-Mógłbym przysiąc, że słyszałem coś jeszcze...  Ale nie ci będzie. Nie będę się o to kłócić.- skapitulował, uśmiechnięty od ucha do ucha. I tak się niedługo dowie.

Co jakiś czas do Jocelyn i Luka podchodził ktoś z gości, żeby pogratulować im nie tylko wspaniałej córki, ale także ciąży. Clary będzie miała siostrę, a jej mama w końcu mogła być szczęśliwa.

To był dopiero drugi miesiąc, a rozmowy na temat imienia dla dziewczynki już trwały. Oczywiście, rodzice nie musieli liczyć się ze zdaniem Clary, ale jednak o nie zapytali. Rudowłosa opowiedziała im wtedy, co widziała, kiedy z przyjaciółmi dostali się do demonicznego wymiaru, a na koniec poprosiła, żeby dać dziewczynce na imię Valentina, chociaż spodziewała się natychmiastowego odrzucenia tej propozycji. Wbrew jej przypuszczeniom - Jocelyn się rozpłakała i powiedziała, że musi to przemyśleć.

Kiedy teraz patrzyła jak Luke i Jocelyn tańczą razem, śmiejąc się wesoło, oczy Clary zaszkliły się z radości.

Obok niej stała Izzy - ubrana w długą do kostek, czarną suknię na ramiączkach z rozcięciem do połowy uda, która idealnie podkreślała jej smukłe nogi.

-Hej! To ma być najszczęśliwszy dzień twojego życia!- zbeszta rudowłosą, gdy zobaczyła, że tak jest o krok od wylania potoku łez.- A ty zaraz kompletnie zniszczysz sobie makijaż! Nie pozwolę na to.

-To jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu, tylko...- szepnęła.

-Och, Clary, co się dzieje? Chodzi o Jocelyn?

Kiwnęła głową.

-Jest taka szczęśliwa z Lukiem. Żałuję, że to nie on jest ojcem moim i Jonathana. Wtedy te wszystkie straszne rzeczy by się nie wydarzyły. Max nadal by żył.

-Naszły cię wątpliwości?- zapytała niespokojnie.

-Nie, w żadnym razie. Po prostu... tak bardzo kocham Jace'a...- urwała, nie potrafiąc, a może nie chcąc ubrać w słowa swoich obaw.

-Clary, zawsze na pierwszy rzut oka było widać, że Jace za tobą szaleje. Początek waszej znajomości był niekonwencjonalny, zgoda, ale wy nie umiecie żyć bez siebie. Rozumiem, martwisz się, że kiedyś możesz być taka jak Valntine, ale znam cię już dość długo i uważam, że jesteś najczystszą Nocną Łowczynią, jaka chodziła po tej ziemi. Gdybyś mogła to pomogłabyś każdemu.- Isabelle ujęła ręce Clary w swoje i ścisnęła je mocno.- Zresztą, klamka już zapadła.- dodała uśmiechając się szeroko.

Kto, jak kto, ale Izzy potrafi wszystko trafnie podsumować., pomyślała Clary, a potem obie zaczęły chichotać. I nie, wcale tak dużo nie wypiły.

W takim stanie chwilę później znalazł je Jace.

-Cześć, słońce.- powiedział, obejmując Clary ramieniem i pocałował ją w skroń. Potem zwrócił się do siostry:- Izzy, gdyby nie ty nie udałoby nam się wyrobić ze wszystkim w tak krótkim czasie. Wszyscy są zachwyceni.

-Dzięki, braciszku, ale to trochę mało powiedziane. Napracowałam się przy waszym weselu.- przypomniała uczynnie, jakby sami nie byli tego doskonale świadomi. To Izzy zajmowała się wynajmem namiotu i cateringu, a nawet stroje i dekoracje zaprojektowała w większej mierze sama. I była niesamowicie dumna z efektu końcowego.- Dobra, uciekam poszukać twojego drużby, który, całkiem przypadkiem, jest moją osoba towarzyszącą.

Mrugnęła do nich i oddaliła się w stronę Simona, który pił w towarzystwie Aleca i mistrza imprez zwanego Magnusem.

Jace z uśmiechem na ustach jeszcze raz przyjrzał się dziewczynie.

Nie był pewien czy ten oszałamiający wygląd Clary zawdzięcza Isabelle, czy własnej inwencji twórczej, ale mało go to obchodziło. Właściwie, to zapominał o całym Bożym świecie, gdy tylko rudowłosa znajdowała się w zasięgu jego wzroku. Miała na sobie zieloną sukienkę idealnie komponującą się z jej oczami, tak delikatną i zwiewną, że wyglądała jak uszyta z wiatru. Sięgała do kolan, ale była przedłużana z tyłu. Na nogach miała czarne kabaretki na koturnie - wiele jej nie dały, nadal była mała jak skrzat - z zielonymi różyczkami po zewnętrznej stronie. Na prawej ręce miała trzy bransoletki - dwie czarne i jedną zieloną -, a na uszach długie kolczyki. Jej rude włosy były rozpuszczone i swobodnie spływały na ramiona i plecy.  

Zgrabna dłoń Clary pomachała mu przed oczami.

-Zawiesiłeś się?

Zamiast odpowiedzieć, przyciągnął ją do siebie.

-Przepięknie wyglądasz, Clarisso.

Wtuliła się w niego z uśmiechem.

-Ty także. 

Porozmawiali jeszcze chwilę, aż uwagę wszystkich przyciągnęło dość osobliwe widowisko - Wysoki Czarownik Brooklyn'u, Magnus Bane, wszedł na stołek od fortepianu z mikrofonem w jednej ręce i kieliszkiem szampana w drugiej i, chwiejąc się lekko, zaczął głosić swoją przemowę.

-Znałem Clary od kiedy była wielkości krasnala ogrodowego...

Podczas gdy Clary rozważała zapadnięcie się pod ziemię, Jace nachylił się do Aleka i szepnął mu na ucho:

-Lepiej go stamtąd zabierz, bo zaraz zacznie opowiadać o waszym życiu seksualnym.
___________________________
Will: Potem zatracili się w pocałunku. Jaka ja jestem romantyczna, huehuehue~
Bella: Winszuję ^^ *rozlewa Pepsi do kuków*
Will: Zapisz to, bo jak ten ślub się nam usunie, to nie będę go pisała od nowa.
Bella: Tamtaram ta ta tatam~
Will: Tatatatata tararam~
Bella: Hahaha XD
Will: Hahahahaha xD Kurde, dzwoń po psychologa xD
Bella: Nie, psychiatrę xD Jakie my jesteśmy głupie...
Will: ... Spoko ._.