Will: Przed przeczytaniem polecam odświeżyć sobie rozdział 17, bo zaliczył on maciupeńki update. Nie jest to konieczne, ale osobiście uważam, że pomoże wczuć się w klimat ;)
~~~~~~~~~~~~~~~
Większość Tokio była już pogrążona w głębokim śnie. Renata przewróciła się na drugi bok - po raz setny tej nocy - i westchnęła. Od kiedy wróciła ze spaceru nie mogła przestać myśleć o opuszczonym szpitalu, gdy zamykała oczy, widziała pod powiekami obskurny korytarz i ciemną, rozmazaną postać na końcu korytarza. Czasem jej wyobraźnia szła o krok dalej i postać wyciągała w jej stronę rękę, jakby zapraszając ją do środka.
Pokręciła głową. To tylko zwidy... na pewno.
Prawdopodobnie.
Chyba?
Wydała z siebie jęk pełen rozdrażnienia i zmieniła pozycję. A potem jeszcze raz. I kolejny.
W końcu zerwała się do siadu, zrzucając z siebie kołdrę. Odgarnęła z twarzy splątane włosy - miała dosyć tych kłaków, przy najbliższej okazji się ich pozbędzie - i zapaliła lampkę nocną, aby spojrzeć na zegar.
3:16
Następnych parę minut upłynęło jej na gorączkowym zastanawianiu się przy akompaniamencie tykającego zegara i cichego mruczenia Ash w nogach łóżka.
O 3:21 wyskoczyła z łóżka i zaczęła się w pośpiechu ubierać. Komunikacja miejska nie jeździła o tej godzinie, ale to nie szkodzi. Zamierzała wziąć z garażu Yamahę Juna.
Wiedziała, że to co chciała zrobić było nie tylko niedorzeczne, ale i totalnie niebezpieczne. Była tylko osiemnastolatką, nie posiadającą żadnego pojęcia o samoobronie w dodatku bez anioła stróża, który podpowiedziałby jej, co robić. Jechanie w środku nocy do opuszczonego szpitala było głupotą... jednak czuła, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie w stanie zasnąć, nie tylko dzisiaj, ale już nigdy.
~
W środku nocy szpital wydawał się jeszcze groźniejszy niż wieczorem. Reni stwierdziła, że musi to być kwestia nieprzyjemnej atmosfery jaką wokół siebie roztaczał, bo światła było teraz tylko niewiele mniej niż wcześniej. Od strony ulicy było całkiem jasno i budynek nie prezentował się aż tak źle. Szkoda tylko, że musiała wejść do środka.
Zacisnęła lewą dłoń w pięść, a prawą zapaliła latarkę i powoli przeszła przez otwór w ogrodzeniu. Ciężar smartphone'a w kieszeni spodni nie dawał wiele otuchy.
Zrobiła kilka kroków w stronę wejścia i zatrzymała się przed uchylonymi drzwiami i poświeciła do środka. Korytarz nadal nie wyglądał zachęcająco, ale gdy światło latarki dotarło do samego końca, spotykając ścianę Reni mogła stwierdzić, że tym razem na pewno był pusty. Zmarszczyła brwi, myśląc, czy pójść dalej, czy sobie odpuścić, kiedy usłyszała za sobą kroki. Reni spięła się odruchowo...
-Sama, w środku nocy, przed nawiedzonym szpitalem.
... i ponownie rozluźniła. Głos był lekko zmieniony, ale wciąż na tyle znajomy, że rozpoznała go bez problemu i niemalże westchnęła z ulgą.
-Nie sądziłem, że jesteś aż tak...
-Głupia?- podrzuciła, odwracając się i stanęła jak wryta.
-Miałem powiedzieć odważna.- Mężczyzna odrzucił kasztanową grzywkę z oczu.- Ale w twoim przypadku to chyba jedno i to samo.
Reni jeszcze raz obrzuciła go wzrokiem, od kolorowych adidasów, przez sztruksowe spodnie, sweter i beżowy płaszcz po okulary z czarnymi oprawkami, wciąż nie mogąc dopasować głosu swojego anioła stróża do młodego mężczyzny, którego widziała przed sobą. Trzykrotnie niechcący poświeciła mu latarką w oczy, ale nawet nie mrugnął.
-Netaron?- zapytała.
Mężczyzna skinął głową.- Poleciałem najpierw do twojego pokoju, ale oczywiście cię tam nie zastałem.- powiedział.- Nie było mnie tylko chwilę. Dlaczego zawsze musisz robić wszystko na przekór?- zapytał z wyrzutem i podszedł bliżej, stając z nią ramię w ramię.
-Przepraszam.- powiedziała tylko, zamiast wypomnieć mu, że to on zostawił ją samą na cały dzień i jak skonfundowana się przez to czuła.- Coś jest nie tak z tym miejscem, mijałam je wcześniej i...
-Oczywiście, że jest, nie słyszałaś mnie wcześniej?- przerwał jej.- Szpital jest nawiedzony.
-Myślałam, że się droczysz.- Skierowała światło latarki wyżej, na poszarzałe ściany i czarne okna wyższych kondygnacji.
Anioł posłał jej spojrzenie tak przenikliwe, że poczuła je pod skórą, mimo że patrzyła w drugą stronę.- Naprawdę niczego nie czujesz?- zapytał cicho.
-Poza przemożną potrzebą ucieczki i schowania się pod kołdrą w łóżku Juna? Niekoniecznie.- wyznała, opuszczając latarkę i złapała kontakt wzrokowy ze swoim stróżem. Jego oczy były równie chłodne i poważne co zwykle, ale w ludzkim wydaniu ich kolor zdawał się być dokładnym odbiciem jej własnych, bladoniebieskich tęczówek.- A powinnam?
Zamiast odpowiedzieć, objął ją ramieniem i zacisnął chłodne palce na dłoni, w której trzymała latarkę. Reni podążyła wzrokiem za światłem, kiedy kierował je w górę budynku aż do jednego z okien. Krew zastygła jej w żyłach, a lodowy dreszcz przebiegł po kręgosłupie, kiedy dostrzegła dwa czerwone punkty po drogiej stronie szyby. Oczy. Żarzące się, czerwone oczy, wpatrzone prosto w nią.
-Co to?- wyszeptała, w duchu błagając aby Netaron nie puszczał teraz jej ręki.
-Demon.
-W opuszczonym szpitalu?- niedowierzała.
-Niektóre z nich nie różnią się, aż tak bardzo od duchów.- wyjaśnił.- Przywiązują się do ludzi, miejsc, przedmiotów. Siedzą w ukryciu lub wprowadzają zamęt, aż nie zostaną odkryte i wypędzone. W przypadku silniejszych bytów to idzie jeszcze dalej. Demony przywiązują się głównie do emocji, do pragnienia zemsty, do rozpaczy, poczucia straty... nawet miłości. One nigdy nie odchodzą same z siebie.
Reni z trudem oderwała wzrok od przenikliwych, czerwonych oczu.- Myślałam, że demony nie potrafią kochać.
-Czy na pewno?- odparł.
Gdy Renata ponownie uniosła oczy na okno, demon nie zniknął. Wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że zobaczyła błysk zębów i gwałtownie wciągnęła powietrze.
-Zabiorę cię do domu.- Zadecydował za nią Netaron.- Musimy porozmawiać.
Nie ufała swojemu głosowi, więc skinęła tylko lekko głową i pozwoliła, aby Netaron poprowadził ją do zaparkowanego przy chodniku motocykla. Dopiero, kiedy musiała się schylić, aby przejść przez ogrodzenie oderwała wzrok od uśmiechającej się do niej bezkształtnej postaci.
~
Nie zapalała światła, nie chcąc ryzykować, że obudzi tym Juna. Po prostu odwiesiła kurtkę na wieszak, odłożyła klucze i na palcach przemknęła do swojego pokoju, ciągnąc za sobą swojego anioła stróża. Normalnie zaproponowała by gościowi herbatę, albo coś innego do picia, ale to był przecież Netaron - nie była nawet w stanie wyobrazić go sobie popijającego z nią herbatę w kuchni. Z drugiej strony, nie byłaby też w stanie wyobrazić go sobie jako człowieka, a tu proszę.
-Wyjaśnij mi proszę, o co chodzi z... tym.- Skinęła głową na jego przyziemny wizerunek.- Opętałeś kogoś w drodze do mnie, czy jak?- rzuciła, zapalając lampkę nocną i tą stojącą na biurku, żeby mogła cokolwiek widzieć.
-My nie opętujemy ludzi, Reni.- powiedział odwieszając swój płaszcz na ramię fotela.- Przyjmujemy taką formę, jaka jest dla nas najkorzystniejsza w danej sytuacji. Kiedy wyczułem demona w tamtym budynku, przyjąłem ludzką postać, żeby go nie sprowokować.- Zdjął z nosa okulary i je również odłożył na bok.
-Trochę jak kamuflaż.- załapała Renata.
-Dokładnie.
-Dlaczego zdjąłeś okulary?- zapytała, nie żeby to rzeczywiście było ważne.
-Nie potrzebuję ich.- wzruszył ramionami.- Poza tym są niewygodne.
Reni usiadła po turecku na swoim łóżku, wśród pomiętej pościeli i zaczęła z namysłem głaskać kota. Przyjrzała się dokładniej ludzkiej twarzy Netarona teraz, kiedy nie miał na nosie okularów i doszła do wniosku, że nie różni się ona aż tak bardzo od jego anielskiego wyglądu jak na początku myślała. Jego skóra miała śniady kolor, a włosy - krótko ścięte na tyle z dłuższą, falowaną grzywką - kasztanowy. Miał pociągłą twarz z wysuniętym podbródkiem i prosty nos. Renata przechyliła głowę, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że gdyby Leonardo DiCaprio urodził się w połowie Azjatą, to właśnie tak wyglądałby w wieku dwudziestu lat. Poza tym było w nim też coś bardzo znajomego, ale nie potrafiła stwierdzić co dokładnie.
-Więc tak wyglądałbyś, gdybyś był człowiekiem?
-Gdybym dożył tego wieku, to tak. Najprawdopodobniej.- Przysunął fotel do komputera bliżej łóżka i usiadł na nim, dokładnie naprzeciwko Renaty.- Masz jeszcze jakieś pytania związane z moim wyglądem, czy możemy przejść do rzeczy?
Gdybym dożył tego wieku, powtórzyła dziewczyna w myślach. Czy miał na myśli to, co myślała, że miał na myśli?
-To może poczekać.- powiedziała, po sprawdzeniu godziny. Było prawie wpół do piątej, nie mieli dużo czasu.- Wyjaśnij mi co się ze mną działo w fabryce. Dlaczego ci ludzie - te wampiry, poprawiła się w myślach.- mnie nie widzieli? Jak przeszłam przez drzwi? To było prawie jakbym...
-Była duchem?- zasugerował, zanim zdążyła dokończyć.- Prawie. Wtedy w fabryce pomogłem ci przyjąć postać astralną, chociaż nadal uważam, że dałabyś radę zrobić to sama, gdybyś wiedziała, że możesz.
-Dlaczego mogę przyjmować postać astralną?- zmarszczyła brwi.- Jestem niemal pewna, że ludzie tego nie potrafią.- I wtedy ją to uderzyło - widok złotej krwi wypływającej z ranek po ugryzieniu i tlący się nad nimi ogień. Jej dłoń automatycznie powędrowała do tamtego miejsca, wiedząc, że to nie miało prawa zagoić się w tempie w jakim się zagoiło i jeszcze nie pozostawić po sobie nawet śladu. U ludzi to tak nie działało.- Nie jestem człowiekiem.- wyszeptała ze zgrozą.
Netaron odchylił się na fotelu i przytaknął.- Nie jesteś.
-Więc czym?
Mężczyzna posłał jej intensywne spojrzenie, którego nie mogła odczytać inaczej niż "domyśl się".
-Twierdzisz, że jestem...- urwała, nagle mając ochotę się roześmiać.- Nie. Nie, to nie może być prawda. Nie mogę być jedną z was, nie jestem aniołem.
-Dlaczego nie?- zapytał, jakby ją podpuszczał.
-Bo... moi rodzice...- wykrztusiła w końcu nie mogąc wymyśleć żadnego innego powodu.
-Byli ludźmi. Ale to nie ma wiele do rzeczy.- Netaron szybko ją uciął.- Ten dar nie jest dziedziczny.- powiedział, a kiedy ponownie zaczęła się wzbraniać pochylił się do przodu i opierając się na kolanach chwycił ją za dłonie.- Pomyśl tylko Ren... wystarczy, że spojrzysz człowiekowi w oczy i jesteś w stanie przejrzeć go na wylot, świetnie odgadujesz ludzkie emocje, rozpoznajesz nawet najdoskonalsze kłamstwo... nawet widzisz świat nocy mimo, że nie jesteś nefilim, jak myślisz, skąd to się wzięło?
-Mama mówiła, że to dziedziczne.- powiedziała.- Że nasz Wzrok działa podobnie jak Wzrok nefilim, tylko jest lepszy i pozwala widzieć więcej.
-Kłamała, Reni.- stwierdził spokojnie Netaron.- Nigdy niczego nie widziała, a nawet jeśli, to jej Wzrok nie mógł równać się twojemu. Skłamała, żeby cię chronić.
Na samą myśl o tym, że mama mogłaby ją okłamać, Renata poczuła uścisk w klatce piersiowej. Zabolało.
-Jesteś jedną z nas, Reni.- powtórzył Netaron, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.- Zawsze byłaś.
-Więc jak to działa?- zapytała, powoli się poddając.- Anioły rodzą się z ludzi?
-Nie do końca.- Netaron westchnął.- Ciężko to wyjaśnić, ten przypadek jest tak rzadki, że praktycznie się nie zdarza.
-No to skąd możesz mieć pewność, że...
-Mam.- przerwał jej ponownie, co zaczynało już ją powoli irytować. Zawsze miał tendencję do wcinania jej się w środek zdania, ale nigdy aż tak często w jednej rozmowie.- Mam pewność, bo sam jestem... byłem takim przypadkiem.
Renata podniosła wzrok z ich złączonych dłoni i spojrzała Netaronowi w oczy. Znowu miała wrażenie, jakby patrzyła w lustro, ich tęczówki miały dokładnie ten sam kolor. Włosy, kształt szczęki, mimika twarzy, nawet dłonie, wszystko w nim było tak cholernie znajome. Normalnie nigdy by tak nie pomyślała. Netaron w anielskiej postaci był zbyt jasny, zbyt doskonały, aby mogła go do kogokolwiek porównać, ale teraz bez skrzydeł i całej tej świetlistej aury, która go zawsze otaczała...
...przyjąłem ludzką postać...
Gdybym dożył tego wieku...
...sam byłem takim przypadkiem.
...
Nie wiedziałem, że masz brata.
-Aron?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Will: *czeka na załadowanie gifa* No dawaj. Daaawaaj. Aż cię pogłaskam :3 *mizia ekran laptopa*
Bella: *wyczynia jakieś dziwne rzeczy za jej plecami*
Will: Co ty robisz? O.o
Bella: *macha rękami* To przez tabletki przeciwbólowe XD
Will: Aha *wraca do miziania komputera*
*Tak, ta rozmowa naprawdę miała miejsce i wyglądała dokładnie w ten sposób xD*
poniedziałek, 24 lipca 2017
piątek, 21 lipca 2017
City of Hearts
Will: Hej, tęskniliście? ^^
*martwa cisza*
Will: No... tak... ech, po co ja się w ogóle staram -,-
-------------------------------------------
Telefon zawibrował. Renata wyciągnęła go z kieszeni i odczytała wiadomość od Juna.
„Gdzie jesteś?”
Odpisała szybko:
„Wyszłam się przewietrzyć. Zaraz będę z powrotem.”
Stała, trzymając się barierki na samym szczycie Tokio Tower. Poziom dla zwiedzających był o wiele niżej, toteż nikt jej nie p rzeszkadzał. Była sama, mogła rozkoszować się ciszą. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy wiatr rozwiał jej włosy, ale zaraz ten uśmiech przygasł.
Ciekawe, czy się zgodzi?, zastanawiała się.
-Zgodzę na co?- Usłyszała za plecami dźwięczny głos.
Spojrzała za siebie i skinęła głową Netaronowi, żeby podszedł bliżej. Cieszyła się, że może go zobaczyć. Od kiedy sama otrzymała skrzydła, anioł stróż przestał być jej potrzebny i Netaron został przydzielony do innej osoby. Rzadko się widywali, ale co w tym dziwnego? W końcu to praca, w której nie przewiduje się przerw i urlopów.
-Ty mi powiedz.- westchnęła, przechodząc do sedna sprawy. Chciała posłuchać, jak ten pomysł brzmi w czyichś ustach. Nie zdecydowała się jeszcze na sto procent czy go zrealizuje. Chciała tylko pomóc.
-Chcesz przejąć jednego z podopiecznych Raziela. I to nie pierwszego z brzegu, a Jonathana Morgensterna.
Skinęła głową.
-Sam mi kiedyś mówiłeś, że Nocni Łowcy nie mają osobnych stróżów i wszyscy podlegają pod Raziela.- przypomniała mu.
-Bo są bliżej nas niż zwykli Przyziemni. Owszem.
Kiedy Reni usłyszała to za pierwszym razem, zdała sobie sprawę, że nefilim, którzy uważają się za mieszankę ludzi i aniołów są przez nich odsunięci na drugi plan, na rzecz tych, których uważają za słabych.
Światem rządzi ironia.
-Więc Raziel się chyba nie pogniewa, skoro jego zainteresowanie jest… ograniczone.- Gdyby była swoim bratem, powiedziałaby, że zwyczajnie ma ich w czterech literach, ale na szczęście Junem nie była i dzięki za to niebiosom.
-Tu nie chodzi o Raziela, tylko o ciebie.- powiedział Netaron.- Do tej pory tylko pomagałaś innym aniołom. Jeśli Jonathan zostanie twoim podopiecznym, będziesz musiała radzić sobie sama. Nie wspominając o tym, że on nie jest zwykłym Nocnym Łowcą. Już teraz sprawia problemy, a za jakiś czas-
-I właśnie dlatego, chcę to zrobić.- przerwała mu.- Chcę pomóc. Wiem, że jestem dzieckiem, ale...- Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć dalej.- Rozumiem, że wątpisz czy dam radę.
-Miałbym wątpić w ciebie? Nigdy.- Uśmiechnął się.- Po prostu chcę ci uświadomić, że to nie będzie łatwe i przyjemne, a dodatkowo – nieodwracalne. Kiedy się z nim połączysz, nie będziesz mogła się odciąć. Nigdy, nawet jeśli staniesz się upadłą, nawet jeśli, któreś z was zginie. Musisz mieć pewność, że wiesz, w co się pakujesz.
Zastanawiała się nad tym od kilku dni. Wiedziała, że będzie ciężko, wręcz potwornie ciężko, a mimo to chciała to zrobić.
-Mam.- Nie mogła być bardziej pewna.
Następny tydzień spędziła w swoim pokoju. Symulowała chorobę, żeby mieć jakieś wytłumaczenie w szkole. Chociaż… czy aż tak bardzo minęła się z prawdą? Czuła się okropnie, najchętniej w ogóle nie wychodziłaby z łóżka. Ale to nie ciało było chore, cierpiał jej umysł i dusza, kiedy po połączeniu zaczęły napływać do niej wszystkie myśli i wspomnienia Jonathana. Nie mogła tego pojąć – jak jedna osoba może nosić w sobie tyle nienawiści i nie zwariować?
Każdy jego grzech z osobna odbił się na niej. Mimo wszystko, nie było aż tak źle. Przynajmniej do śmierci Sebastiana Verlaca.
***
Minął tydzień od kiedy Jonathan zamieszkał z rodziną Penhallow. Ci żałośni głupcy o nic go nie podejrzewali. Nie mieli ani chwili zwątpienia czy na pewno jest tym za kogo się podaje. Zadali tylko kilka pytań o podróż i przyjęli jako prawdę każdy kit, który im wcisnął.
Godne pożałowania.
Skończył kolacje, podziękował, jak na grzecznego chłopca przystało i poszedł do (nie)swojego pokoju, żeby odpocząć po długim dniu udawaniu Sebastiana Verlaca.
Kiedy zamykał drzwi, usłyszał za sobą głos – cichy i dźwięczny jednocześnie.
-Nie męczy cię czasem sumienie?
To było ich pierwsze spotkanie. Siedziała na parapecie przy otwartym oknie, ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywała się niego zniecierpliwionym wzrokiem. Zupełnie, jakby na niego czekała. Jej długie, jasne włosy skrzyły się nienaturalnie, podobnie jak blade oczy i reszta jej osoby. Była ubrana w biały sweter i jasne jeansy.
-Nie mam sumienia.- odparł automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad pytaniem.
Dziewczyna roześmiała się. Zauważył już, że jej głos był bardziej melodyjny niż u jakiejkolwiek innej kobiety, którą znał. Jednak jej śmiech w ogóle nie brzmiał jak ludzki. Przypominał bardziej utwór muzyczny – doskonale znany i grany wiele razy, ale wciąż zachwycający.
Dlaczego się śmiała?
-No tak.- westchnęła.- Zapomniałam, że to ja jestem tu, żeby robić za twoje sumienie. Wybacz, mogłam od razu przejść do rzeczy, ale jestem z natury nieśmiała.- Przez moment, ułamek sekundy, wydawało mu się, że widzi na jej twarzy zmęczenie. Ale potem uśmiechnęła się do niego zawadiacko i stwierdził, że tylko mu się przywidziało.
-Mogę wiedzieć kim jesteś?
I z którego psychiatryka się urwałaś?, dodał w myślach.
-Jestem twoim aniołem stróżem, Jonathanie. Możesz mi mówić Zirael.- odsunęła się od parapetu i zrobiła dwa kroki w jego stronę. Dopiero kiedy się poruszyła zobaczył olbrzymie, białe skrzydła wyrastające z jej pleców. Mimo to nie dał po sobie poznać ani szoku ani zdziwienia, jego twarz pozostała maską.
-Sebastian.- powiedział, krzyżując ramiona.- Mam na imię Sebastian.
-No, chyba jednak nie bardzo.
***
-Ładnie wystryknęli cię na dudka.
Śmiech dziewczyny grał mu w uszach i choć nie mógł zaprzeczyć, że był piękny, to w tej chwili kojarzył mu się tylko z natrętnym bzyczeniem muchy – doprowadzał do szału i nie można było zrobić nic, żeby się go pozbyć. Najchętniej wrzasnąłby na nią, żeby się zamknęła, ale nie mógł – nie, kiedy jechał konno z Clary i był jedynym, któremu dane było ją usłyszeć.
-Dokąd mnie zabierasz?- zapytała rudowłosa.
-Nie udało nam się z Ragnorem Fellem, ale jest jedna rzecz, którą chciałbym ci pokazać.- dał się wciągnąć w rozmowę.
Dobrze, że Clary tu była. Gdyby nie jej obecność, już dawno przestałby się powstrzymywać i w szale rozwalił połowę lasu. Anielica działa mu na nerwy nawet bardziej niż Jace i Lightwood’owie. Teoretycznie, nie robiła nic złego, ale wytykała mu jego błędy, a to zawsze doprowadzało go do białej gorączki.
Zwłaszcza, że miała rację.
Na szczęście, nauczył się ją ignorować. Było to dość trudne zadanie, ale do zrobienia, zwłaszcza, jeśli jej nie widział.
Jonathan pokazał Clary ruiny starej rezydencji Fairchild’ów, a następnie pocałował ją kiedy stali razem wśród zgliszczy. Jej zaskoczona mina była bezcenna. Clary wewnętrznie była w rozsypce - załamana po zerwaniu z Jace’m i zmęczona ciągłym martwieniem się o matkę – więc oddała pocałunek nawet się nad tym nie zastanawiając. Dopiero po chwili odskoczyła od niego jak oparzona z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Zirael przyglądała się z pewnej odległości ich rozmowie, która później przerodziła się w kłótnię.
-Poczułem, że jesteś kimś, na kogo zawsze czekałem. Zauważyłem, że ty też to czujesz. Nie mów mi, że nie.
-Nie.
Dokładnie widziała jak oczy Jonathana – teraz bardziej Sebastiana – ciemnieją, jak traci nad sobą kontrolę i zaciska dłonie na nadgarstkach dziewczyny.
Swojej siostry., przemknęło jej przez myśl. Nie da się słowami opisać, jak bardzo chciała podejść i przerwać to szaleństwo. Nie mogła. Po prostu nie mogła. Dopiero teraz zrozumiała słowa Netarona i tę durną zasadę o nie-interwencji. Wolno jej było patrzeć i nic więcej. Ale beznadzieja.
-Powinniśmy wracać.- stwierdziła Clary, kiedy Jonathanowi udało się opanować.- Zaraz będzie ciemno.- dodała i odeszła w stronę Wędrowca.
Jonathan skinął głową, ale głos anielicy zatrzymał go, kiedy chciał pójść za nią.
-Z własną matką też byś romansował, gdybyś miał ku temu okazję? Albo z ojcem, bo to chyba on jest ci bliższy?
Zamknij się., warknął w myślach i zacisnął pięści.
-Zdajesz sobie sprawę, że to jest kazirodztwo?- kontynuowała, jakby w ogóle nie zauważyła jego zdenerwowania.- Siostry nie kocha się w ten sposób. Ona nie jest twoją kochanką, powinna być za to przyjaciółką - taką, której możesz powiedzieć wszystko i mieć pewność, że cię nie zdradzi. To jest rodzina, Jonathanie.
Nie wytrzymał, odwrócił się do niej gwałtownie i przeszył ją spojrzeniem czarnych jak smoła oczu.
Nie będziesz mnie pouczać! Nie będziesz mi mówić, kogo mam kochać i jak! Nikt nie będzie!, Szczęka zabolała go od zaciskania zębów, ale musiał to zrobić, żeby nie wykrzyczeć jej tego prosto w twarz. Dopóki Clary była obok nie mógł sobie na to pozwolić. Miotał się więc wewnątrz własnego umysłu, podczas gdy ona patrzyła na niego intensywnie, z zaciśniętymi ustami i wyrazem twarzy, którego nie potrafił jednoznacznie określić. W końcu westchnęła i rozpłynęła się w powietrzu.
Clary podeszła do niego ostrożnie i zapytała czy wszystko w porządku. Wyraźnie bała się podchodzić bliżej, więc musiał być bardzo blisko granicy. Jeszcze nigdy uspokojenie się nie kosztowało go tyle wysiłku. Udało mu się dopiero, kiedy całkowicie odciął się od jej słów, wyrzucił je z głowy, jakby nigdy nie zostały powiedziane. Czy raczej – jakby nigdy ich nie usłyszał.
-Jedziemy.- rzucił krótko do Clary, nie odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie.
Wrócili do domu Penhallow’ów i zajęli się swoimi sprawami. Dopiero późnym wieczorem, kiedy przed oczami stanęła mu półprzezroczysta twarz dziewczyny, zorientował się jaka emocja na niej przeważała.
Smutek.
Smutek i coś na kształt rozczarowania.
***
Nie da się opisać zdziwienia Reni, kiedy zamiast we własnym łóżku obudziła się w szpitalu. Miała wrażenie, że spała bardzo długo, a kiedy udało jej się rozbudzić, wyczuła igłę od kroplówki nad nadgarstkiem i maskę tlenową na twarzy.
Zamrugała zdziwiona. O co chodziło? Nie pamiętała, żeby coś jej się stało. Zwyczajnie poszła do szkoły, a potem nagle… film jej się urywał.
Dopiero, kiedy usiadła poczuła silny ból z okolic serca, a może nawet z niego samego.
Miałam zawał czy co?
-Coś w tym stylu.
Reni obróciła głowę w stronę okna i jej spojrzenie niemal od razu skrzyżowało się ze spojrzeniem Netarona.
-Co się stało?- zapytała, ostrożnie zdejmując maskę z twarzy. Może nie była pewna, co jej jest, ale tego na pewno nie potrzebowała.
Zanim Netaron odpowiedział skinął głową w stronę drugiej strony łóżka, gdzie na szpitalnym, niezbyt wygodnym krześle drzemał Jun. Renata w lot pojęła, że musi być cicho, żeby go nie obudzić. Oczywiście, planowała to zrobić, ale jeszcze nie teraz.
-Jonathan zginął.- powiedział po prostu, bez owijania w bawełnę.
Renata zrobiła skonfundowaną minę. Przecież… -Ach… no, tak… ale…
-Tak?
-Ja go słyszę.- powiedziała tonem leżącym na granicy szczęścia i zdumienia.- Dlaczego?
-Został wskrzeszony przez Lilith, ale to sprawa na inną rozmowę.
-Rozumiem.- Renata położyła się, nagle kompletnie wyczerpana.- Wy… przechodzicie to za każdym razem, gdy wasz podopieczny umiera? To zawsze tak boli?- zapytała, łamiącym się szeptem.
-Boli. Słabiej lub mocniej, to zależy od rodzaju śmierci.- potwierdził Netaron, po czym dodał.- Ale na pewno nie powoduje utraty świadomości i śpiączki. Rzadko zdarzają się takie osoby jak ty, więc nie mam pewności, ale sądzę, że stało się tak dlatego, że przebywałaś wtedy w ludzkiej postaci. W dodatku jesteś jeszcze młoda i wszystko odczuwasz bardziej intensywnie. Nie byłem nawet pewien czy w ogóle byś się obudziła, gdyby twój podopieczny nie wrócił do życia. Nie martw się, powinnaś zobojętnieć za kilkaset lat.
-To żeś mnie pocieszył.- fuknęła z oburzeniem.
Śpiączka. Leżałam w śpiączce przez cały czas, kiedy Jonathan była martwy. No, po prostu super.
-Mógłbyś mnie teraz zostawić, żebym mogła porozmawiać z Junem?- poprosiła cicho. Jej brat mógł w każdej chwili się obudzić.
Netaron skinął głową i odwrócił się w stronę okna.
-Przychodził tu codziennie.- powiedział na odchodnym.- Raz sam, raz z przyjaciółmi. Ale zawsze zostawał do późnej nocy.- Potem rozłożył skrzydła i odleciał.
Renata patrzyła na niego, aż nie zniknął z jej pola widzenia. Dopiero wtedy westchnęła i szepnęła pod nosem:- Yhym, to było do przewidzenia.
Następnie pochyliła się do brata, uważając, żeby nie ciągnąć za wenflon i potrząsnęła jego ramieniem.
-Ej, Jun! Jun, wstawaj!
Jun jęknął cicho i po mamrotał trochę pod nosem, rozprostowując zdrętwiałe kości. Krzesła szpitalne nie należały do najwygodniejszych miejsc do spania. Dopiero potarł oczy i obrzucił Reni zaspanym wzrokiem, jeszcze nie do końca kontaktując.
Nie minęła sekunda, a znalazła się w jego ramionach z twarzą wciśniętą w jego bluzę.
-Nie masz pojęcia jak bardzo się martwiłem.- szepnął z twarzą w jej włosach, mocniej przygarniając ją do siebie.
Reni jednak jakieś pojęcie miała. Sama odchodziłaby od zmysłów, gdyby to on nagle zapadł w śpiączkę. Nie bardzo wiedziała co mu na to odpowiedzieć, więc powiedziała tylko:- Skoro tak bardzo chciało ci się spać, mogłeś położyć się ze mną, a nie męczyć się na tym krześle.
-Chciałem, ale pielęgniarki mi nie pozwoliły.- Jun prychnął cicho. To była słaba wymówka, ale nie chciał przyznać, że bał się spać obok niej, kiedy była nieprzytomna i podłączona do tych wszystkich urządzeń. Wyglądała tak krucho, jakby miała rozsypać się pod najlżejszym naciskiem.
-Od kiedy przejmujesz się czyimiś rozkazami?- zapytała, robiąc mu miejsce ze swojej prawej strony.
Jun momentalnie przyznał jej rację i nie widząc już żadnych przeciwwskazań skorzystał z zaproszenia. Już po chwili leżeli obok siebie na szpitalnym łóżku. Chłopak zasnął zaraz po tym, jak jego głowa zetknęła się z poduszką. Renatę zakuło poczucie winy, kiedy pomyślała, że to ona – nieumyślnie, ale jednak – doprowadziła go do takiego wyczerpania. Jednocześnie miała ogromną ochotę wymknąć się na kilka minut, skoczyć do Jonathana, gdziekolwiek teraz jest i uderzyć go w twarz tak mocno, aż wybije mu z głowy robienie jej takich numerów. Jednak starczyło jedno spojrzenie na worki pod oczami Juna i odechciało jej się wychodzić.
Przysunęła się bliżej, oparła głowę na jego ramieniu i zasnęła, odkładając spotkanie z Jonathanem na jutro, albo pojutrze.
***
I faktycznie spełniła swoje zamierzenie, a widok czerwonego śladu wyraźnie odcinającego się na bladej cerze Jonathana sprawił jej wręcz zbyt wiele satysfakcji, biorąc pod uwagę, że jest jego aniołem stróżem. Spoliczkowała go i wyszła, nie wdając się w dalsze dyskusje.
***
Pojawiła się następnego dnia, kiedy rzucał sztyletami do tarczy na sali treningowej.
-Hej- powiedziała cicho.
Jonathan nie zareagował. Podszedł do tarczy i wyciągnął z niej ostrza, po czym stanął na poprzednim miejscu i przymierzył się do kolejnego rzutu.
-Chciałam cię przeprosić.
Spudłował.
Jedno musiał jej przyznać – wiedziała jak przyciągnąć uwagę.
-Za co?- zapytał. Nie przypominał sobie, że zrobiła mu coś za co wypadałoby przeprosić. Nie żeby był w tej dziedzinie ekspertem... Zazwyczaj, kiedy rozmawiali, nie zrywała kontaktu wzrokowego nawet jeśli na nią krzyczał. Teraz było inaczej, unikała jego wzroku jakby się czegoś wstydziła.
-Za wczoraj.- odparła.- Za ten policzek.- dodała, przechylając lekko głowę.
Jonathan uniósł brew. Serio? Tylko o to jej chodziło?
-Zdążyłem już zapomnieć.- powiedział zgodnie z prawdą i wrócił do ćwiczeń.
-Mimo to nie powinnam cię uderzać. Anioły tak nie robią.- stwierdziła, jakby zamyślona.
Prychnął sztucznym śmiechem, ponownie przerywając trening i spojrzał na nią kpiąco.
-Jak długo jeszcze zamierzasz to robić?- wyrzucił z siebie pozornie zwykłe pytanie.- Jak długo zamierzasz udawać, że ci zależy, żeby się do mnie zbliżyć?- powtórzył dosadniej, kiedy zobaczył, że poprzedniego pytania nie zrozumiała.
-Ja nie udaję.- powiedziała, uśmiechając się trochę nostalgicznie.- Nie mam po co.
W końcu, bliżej i tak już nie będę.
Dopiero po kilku sekundach zrozumiał dlaczego jej usta nie poruszyły się przy wypowiadaniu ostatniego zdania – usłyszał je bezpośrednio w swojej głowie. I wtedy zdał sobie sprawę, że faktycznie miała rację. Miała pełen dostęp do jego umysłu, do jego wspomnień, planów i przemyśleń. Mogła czytać z niego jak z otwartej księgi…
Na to nie odpowiedział, bo nie widział takiej potrzeby. Doszedł za to do wniosku, że jeśli wszystkie anioły są takie jak Zirael, to cieszy się, że ma z nimi niewiele wspólnego.
Chyba dostałby na głowę.
***
Był środek nocy. Reni, siedząc na dachu budynku przyglądała się jak Jace i Jonathan „włamują się” do domu Luka. W cudzysłowie, ponieważ nie dało się tego nazwać prawdziwym włamaniem. Po prostu sobie weszli, jak do siebie.
Reni pokręciła głową i podążyła za nimi, niewidzialna dla wszystkich, łącznie z Jonathanem. Trafiła do pokoju Clary w trakcie jej rozmowy z Jace’m. Sebastian póki co grzecznie czekał na korytarzu.
Ciekawe, ile uda mu się wytrzymać bez siania chaosu na lewo i prawo., westchnęła w myślach. Ostatnio zrobił się okropny pod tym względem. Nie żeby wcześniej było lepiej, ale przynajmniej starał się zachowywać pozory normalności. Powiedzenie „hulaj dusza, diabła nie ma” zaczęło przy nim nabierać zupełnie nowego – dość niepokojącego – znaczenia.
Westchnęła i już miała do niego wyjść, kiedy w uszy rzucił jej się fragment rozmowy.
-On zabił Maksa. Twojego brata.- powiedziała Clary, jej głos wahał się pomiędzy pełnym nadziei a zirytowanym.
-To był wypadek. Poza tym, Sebastian właściwie też jest moim bratem.
-Nie.- Clary pokręciła głową.- Nie jest twoim bratem, tylko moim. Chciałabym, żeby to nie była prawda. Powinien nigdy się nie urodzić…
Reni odruchowo skrzywiła się. Gdyby była w stanie kogokolwiek znielubić w swojej obecnej formie, to rudowłosa właśnie trafiłaby na czarną listę. Próbowała postawić się na jej miejscu, spojrzeć na to wszystko jej oczami – w końcu, też miała starszego brata, który do najgrzeczniejszych nie należał – i nawet jej się to udało, ale mimo to nie potrafiła zrozumieć jak można o kimkolwiek powiedzieć, że nie powinien się urodzić. Każde poczęte dziecko zasługuje na przyjście na świat, nawet jeśli jego przyszłe wybory poprowadzą je na nie odpowiednią ścieżkę. Zwłaszcza w przypadku Jonathana, który w tej jednej rzeczy nie zawinił ani trochę. Clary równie dobrze mogłaby mieć wąty do swojego ojca za a) nie użycie prezerwatywy; oraz b) trucie swojej żony krwią demona w trakcie ciąży.
-Jak możesz tak mówić?- Jace zwiesił nogi z łóżka.- Czy kiedyś brałaś pod uwagę, że rzeczy nie są tak czarno-białe, jak sądzisz?
-Chociaż jedna osoba mnie rozumie, na tym łez padole.- powiedziała Renata, sama do siebie.
Lubiła Jace’a, prawdopodobnie dlatego, że z charakteru bardzo przypominał jej Juna. Było jej go szkoda i gdyby tylko mogła, zerwałaby więź łączącą go z Jonathanem. Ot, jedno machnięcie mieczem i po sprawie. Niestety, zasady to zasady i nie byłaby w stanie ich złamać nawet gdyby bardzo chciała.
Właściwie, to po co nam miecze, skoro nie możemy ich używać? Chyba tylko dla ozdoby.
Nagle rozległ się krzyk, a po nim odgłos tłuczonego szkła. Jace i Clary od razu zerwali się na nogi i wybiegli.
-I tyle było spokoju.- westchnęła i podążyła za nimi, nie spiesząc się w ogóle.
W salonie, Jocelyn i Jonathan mierzyli się spojrzeniami. On – obojętnym i chłodnym, ona – pełnym niedowierzania i gniewu. Pod nogami kobiety leżały szklane skorupy po szklance, a wykładzina była w tym miejscu ciemniejsza przez wsiąkającą w nią wodę.
Starczyło jedno zerknięcie i Renata już wiedziała co się stanie. Beznadziejna sytuacja., skwitowała w myślach, ale na głos nie powiedziała nic. Stała tylko w rogu pomieszczenia, obserwując rozwój wydarzeń.
-Jonathan.- wyszeptała Jocelyn.
-Teraz jestem Sebastianem.- oświadczył chłopak.- Nie interesuje mnie zatrzymanie imienia, które daliście mi z ojcem, skoro oboje mnie zdradziliście. Wolę mieć z wami jak najmniej wspólnego.
Tym razem na nim spoczęło wrogie spojrzenie Reni, która w końcu zaczęła rozumieć dlaczego anioły były tak bardzo wyprane z gniewu i jemu podobnych uczuć. Gdyby mogła reagować na wszystko tak emocjonalnie, jak reaguje w swojej ludzkiej formie, to pewnie już dawno straciłaby cierpliwość i stała się upadłą.
-Myślałam, że nie żyjesz.- kontynuowała Jocelyn.- Nie żyjesz. Widziałam twoje spopielałe kości.
Na twarzy Jonathana malował się spokój pomieszany z beznamiętnością.
-Gdybyś była dobrą matką wiedziałabyś, że żyję. Pewien człowiek powiedział kiedyś, że matki przez całe życie noszą klucz do naszych dusz. Ale ty mój wyrzuciłaś.
Reakcja Jocelyn na to stwierdzenie sprawiła tylko, że Renatę jeszcze bardziej rozbolało serce. Zacisnęła dłonie w pięści.
-Nie brnij w to dalej. Proszę.- powiedziała, mając pewność, że tym razem Jonathan ją usłyszy.
I usłyszał. Nic sobie jednak nie zrobił z jej słów i kontynuował, a z każdym kolejnym słowem, które padło z ust jego i Jocelyn, Reni czuła coraz większą otchłań ziejącą w piersi.
W końcu, dziewczyna nie wytrzymała i wyszła.
Kilka machnięć skrzydłami i była w domu. Już w ludzkiej postaci skuliła się na łóżku, ze zdjęciem w ręce i zaczęła cicho płakać. Wiedziała, że nie powinna tak po prostu sobie pójść, ale nie zamierzała słuchać tych nonsensów. Nie, kiedy jej właśni rodzice przewracali się w grobie.
***
Renata nie była obecna, kiedy Jonathan wskrzeszał Lilith i z pomocą jej i drugiego Kielicha tworzył swoją armię. Zwyczajnie nie była w stanie.
-Jesteś pewna? Mogę cię zabrać do szpitala.- zadeklarował Jun, patrząc na siostrę z niepokojem i troską, o którą normalnie by go nie podejrzewała.
-Nie trzeba, to tylko migrena.- zapewniła po raz setny, wymuszając uśmiech.- Leć już do tego swojego studia.
Zmarszczył brwi, jeszcze raz lustrując wzrokiem jej drobną sylwetkę, zwiniętą w kłębek na łóżku. Wiedziała, co chce powiedzieć. Był gotów olać pracę i zostać z nią w domu.
-No, idź.- powtórzyła.- Bo później będziesz marudził, że przeze mnie dostałeś ochran od szefa.- powiedziała, a widząc, że wciąż nie wydaje się przekonany dodała.- I tak mi się tu nie przydasz.- I pokazała mu język.
Dopiero wtedy, z lekkim zażenowaniem dla jej jakże dorosłego zachowania, skinął głową. Podszedł jeszcze do niej i pocałował ją szybko w czubek głowy. Rzucił krótkie „Trzymaj się, dzieciaku” i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę Reni słyszała jeszcze jego kroki, kiedy krzątał się po mieszkaniu, zbierając potrzebne rzeczy.
Potem także one ucichły i dziewczyna została sama.
Ból rozrywał ją od środka i choć w ludzkiej postaci odczuwała go mniej intensywnie – bardziej jak tępe pulsowanie niż rozrywanie od środka -, to wciąż był nie do zniesienia. Zaczęło się, kiedy Jonathan próbował dobrać się do Clary…
A potem było już tylko gorzej.
I chociaż nie było jej przy nim, to miała wrażenie, że widzi wszystko jego oczyma. Czuła to samo, co on. Nienawiść i rządza władzy przytłaczały ją, dusiły i sprawiały, że nie mogła nabrać powietrza w płuca. Jednocześnie czuła też to, co tak usilnie próbował ukryć przed nią i resztą świata – zagubienie i pustkę.
***
Po bitwie Jonathan zatrzymał się w jednym z hoteli w świecie Przyziemnych. Clary zniszczyła dom jego ojca, ale wiedział, że da radę obejść się bez niego. Jednak póki co potrzebował odpoczynku. W zasadzie nie otrzymał żadnych obrażeń zewnętrznych, ale miał wrażenie, że jego ciało wręcz płonie po zerwaniu więzi z Jace’m.
Oparł się o ladę i pochylił głowę. Ból powoli znikał, pojawiło się za to inne uczucie.
Samotność uderzyła w niego tak gwałtownie, że musiał usiąść, bo miał problem z utrzymaniem się na nogach. Westchnął głęboko i pochyliwszy się ukrył twarz w dłoniach.
Na Anioła, co się ze mną dzieje?
Przez całe życie był sam. Zawsze miał jedynie ojca, który dbał tylko o to by potrafił dobrze zabijać. I nigdy mu to nie przeszkadzało.
Więc dlaczego teraz czuł się jakby cały świat zawalił mu się na głowę?
Niemożliwe, żeby strata Jace’a i Clary mogła wywołać taki efekt. Może przez chwilę łudził się nadzieją, że w końcu zyskał kompanów, którzy będą znaczyć dla niego więcej, niż podrzędne pionki… ale to nic nie znaczyło. Nie byli aż tak ważni.
Prawda?
Uścisk w jego klatce piersiowej tylko się nasilił, sprawiając mu wręcz fizyczny ból. Ciekawe, do tej pory sądził, że nie ma serca.
-Muszę się otrząsnąć.- powiedział sam do siebie, zaciskając dłonie na białych włosach.- To nic.- próbował się przekonać.- Mam cel i muszę go zrealizować. Sam. Na końcu zawsze zostaję sam.- powtarzał jak w transie, licząc, że to choć trochę pomoże.
Nie pomogło.
Jasna cho…
-Jonathan!
W jednej sekundzie zamarł, a jego źrenice rozszerzyły się w szoku. Obrócił głowę w stronę głosu, niemal od razu łapiąc kontakt wzrokowy z Zirael.
Te same jasne włosy i ubranie, co zwykle. A jednak teraz jej blask był mniej rażący, twarz poszarzała ze zmartwienia i strachu, a skrzydła opuszczone. Jej oczy nadal błyszczały, ale nie w ten sam sposób, co podczas ich ostatniego spotkania. Sprawiały wrażenie szklistych, jakby dziewczyna za chwilę miała się rozpłakać, ale nie mogła, bo anioły nie są do tego zdolne. Nie w ten sam sposób, co ludzie.
-Jonathanie.- powtórzyła, już spokojniej.- Nie jesteś sam i już nigdy nie będziesz. Kiedy to do ciebie dotrze?- zapytała zmęczonym tonem. Brzmiała jakby już dawno straciła wszelką nadzieję, że kiedyś zrozumie. Nie odezwała się więcej, nawet się nie poruszyła. Czekała na odpowiedź lub jakąkolwiek inną reakcję z jego strony, ale Jonathan zwiesił tylko głowę i zamknął się w swoim świecie kompletnie ignorując jej obecność.
A przynajmniej tak to wyglądało, lecz kilka minut później wstał i podszedł do niej powolnym krokiem, nadal unikając kontaktu wzrokowego. Zatrzymał się mniej niż pół metra od niej i podniósł na nią czarne jak sadza oczy. Ciężko było stwierdzić, co wyrażało jego spojrzenie, ale nie było to niemożliwe. Oczy są zwierciadłem każdej duszy, nawet tej należącej do człowieka, który po części jest demonem. Trzeba było tylko lepiej się przyjrzeć, żeby cokolwiek z nich wyczytać.
Reni widziała wszystko. Całe człowieczeństwo, którego się wypierał zakopane głęboko w jego podświadomości. Wiedziała, jakim człowiekiem mógłby być gdyby nie eksperymenty i wychowanie jego ojca. Wiedziała i tęskniła za tamtym Jonathanem całym sercem.
Niemal utonęła w jego czarnych tęczówkach, kiedy poczuła lekkie mrowienie na policzku. Jonathan podniósł dłoń do jej twarzy i delikatnie dotknął jej opuszkami palców. Niewiele to dało. Widział, że jej dotyka, jednak nie poczuł pod palcami skóry.
Zirael stała tuż przed nim, a czuł się tak jakby jej nie było.
-Nie wierzę, że tu jesteś.- powiedział zimnym tonem, ale gdy odezwał się ponownie jego głos wyrażał bardziej smutek niż oziębłość.- Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni? Kłamstwem, które sam wykreowałem, żeby nie czuć się samotnym? Jestem tak popieprzony, że nawet by mnie to nie zdziwiło.
Chciał dodać coś jeszcze, ale Zirael przyłożyła swoją dłoń do jego, bardziej przybliżając ją do swojej twarzy i nie pozwalając się odsunąć. Blask, który od niej bił zaczął stopniowo przygasać. Skóra i włosy nadal pozostawały jasne, ale teraz ich kolor był naturalny, bardziej przyziemny. Na koniec zniknęły również skrzydła, z cichym szelestem piór wnikając do wnętrza jej pleców, a jedynym dowodem, że dziewczyna faktycznie je posiada były dwa szerokie rozdarcia w jej białej bluzce.
-Aż tak szalony nie jesteś.- powiedziała miękkim głosem, nie tak dźwięcznym i czystym jak przedtem, ale wciąż przyjemnym dla ucha.
Teraz wyraźnie czuł ciepło jej policzka na swojej skórze.
Jonathan nawet nie zareagował na ten przejaw złośliwości z jej strony. Był zbyt zszokowany, żeby powiedzieć cokolwiek.
Była prawdziwa. Naprawdę istniała.
Wodził wzrokiem po delikatnych rysach jej twarzy, nosie, ustach, kilka razy wracał do bladoniebieskich oczu. Potem jego spojrzenie przesunęło się na dłoń, którą wciąż przyciskała do jego. Przesunął wzrok odrobinę niżej… i zamarł.
Zdjął rękę z jej policzka i zaciskając ją na nadgarstku Renaty, obrócił jej ramię, żeby upewnić się, że to co widział na pewno było prawdziwe.
Ciemne sińce pokrywały niemal całą jej rękę. Zaczynały się za nadgarstkiem i znikały pod rękawem bluzki. Druga ręka wyglądała podobnie, jeden z większych siniaków na szyi wystawał również spod dekoltu.
-Co to jest?- zapytał, choć doskonale wiedział, co to jest. Bardziej chodziło mu o dowiedzenie się dlaczego jest ich tak wiele i skąd się w ogóle wzięły.
Zirael posłała mu smutny uśmiech, którego nie potrafił zinterpretować. Nie miał nawet czasu się nad nim zastanowić, bo wyplątała rękę z jego uścisku i skrzyżowała ją z drugą na jego karku. Potem zrobiła coś czego zupełnie się nie spodziewał - nie po niej, nie w takiej sytuacji i nie po tym, co ledwie kilka godzin temu próbował zrobić Clary.
Pocałowała go.
Sprytny sposób na zmianę tematu., pomyślał, ale bynajmniej nie zamierzał jej tego wypominać. Oddał pocałunek, kładąc dłonie na jej biodrach i pomagając jej usadowić się na parapecie, żeby nie musiała stać na palcach.
Pocałunek był inny niż wszystkie te, których doświadczył. Nie próbował dominować, nie robił nic, żeby go pogłębić lub w jakikolwiek inny sposób zasugerować, że liczy na więcej. Jonathan pozwolił jej wargom sunąć po swoich powoli i uspokajająco, a kiedy w końcu się odsunęła na jej twarzy nie było śladu po wcześniejszym strachu.
Mimo to, nie puścił jej. Dalej obejmował ją ramionami, jakby bał się że zaraz zniknie, zostawi go znowu samego.
-Mam zostać?- zapytała cicho, widząc ten skrzywdzony wyraz twarzy, od którego krajało jej się serce. Cała reszta świata uważała go za potwora i mordercę. I faktycznie nim był.
Ale ona nie potrafiła tak o nim myśleć.
Po prostu, nie potrafiła.
Jonathan chciał potwierdzić. Chciał powiedzieć, żeby została na zawsze, nigdzie nie szła i była z nim do końca świata i jeszcze dłużej… Ale jakiś mechanizm obronny w jego umyśle zatrzymał te słowa zanim zdążyły zostać wypowiedziane. Walczył ze sobą, żeby się nie odsunąć.
Coś go odpychało, kazało mu ją odtrącić.
Nie zrobił tego.
Przełknął gulę w gardle, zamknął oczy i oparł czoło o jej ramię, a ona ponownie położyła ręce na jego karku przytulając go mocniej do siebie.
-Zostań.
***
Od kiedy Clary zniszczyła mu mieszkanie, Jonathan dość często przebywał na Jasnym Dworze w prywatnych komnatach królowej. Jej to nie przeszkadzało, wręcz lubiła mieć go przy sobie. W odróżnieniu od Zirael, która nie pokazywała się teraz prawie wcale. Nadal czuł jej obecność i wiedział, że doskonale go słyszy, ale nie widywał jej już nawet w anielskiej postaci. Nie wspominając o ludzkiej, którą pokazała mu tylko raz.
Jonathan pewnego razu zapytał ją o powód tej zmiany. Nie to, że mu zależało, po prostu był ciekawy.
-Wbrew temu, co myślisz nie jesteś centrum mojego świata, Jonathanie.- powiedziała.- Jak pewnie zauważyłeś, jestem aniołem na pół etatu, jeśli można to tak nazwać. Mam swoje ludzkie życie, którego nie mogę zaniedbywać, a to właśnie robiłam od dłuższego czasu.- westchnęła.-Poza tym… są miejsca, w które nie mogę za tobą podążyć.
Burknął coś, nawet nie zainteresowany udzieleniem odpowiedzi, a ona nie nalegała. Niedługo potem znowu zniknęła.
Minęło sporo czasu zanim dotarło do niego dlaczego czuje się tak pusty, że nawet pogrywanie z uczuciami królowej nie szło mu tak dobrze tak jak dawniej – zwyczajnie tęsknił. Jonathan Christopher Morgenstern tęsknił za naiwniutką dziewczynką, która od początku ich dziwnej relacji doprowadzała go do białej gorączki.
Cuda i dziwy, proszę państwa.
Cuda i dziwy.
***
Grube żaluzje na oknach nie przepuszczały wiele światła z zewnątrz, toteż w pomieszczeniu panował półmrok. Sam pokój był niczym więcej jak jednym z apartamentów hotelowych wynajętym przez Jonathana, żeby choć na chwilę wyrwać się ze szponów królowej. No i… potrzebował dobrego miejsca na rozmowę, a Jasny Dwór zdecydowanie się nie nadawał.
Duże, dwuosobowe łóżko było równiutko pościelone, Fosforos leżał na kanapie, rzucony tam przez swojego właściciela, a na samym środku pomieszczenia stały dwie postacie.
-Co?- wykrztusiła anielica, przerywając ciszę, która zalegała do tej pory. Chociaż skrzydła nadal wyrastały z jej pleców jej głos wydawał się bardziej piskliwy niż zwykle. Bardziej ludzki.
Jonathan nie zamierzał się powtarzać. Powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia i najchętniej by już sobie poszedł, ale chciał mieć pewność.
-To…- Zirael poświęciła równo trzy sekundy, na przemyślenie swoich następnych słów, a potem dała sobie spokój. Przecież to i tak nie miało większego znaczenia.- To nie jest takie proste jak sobie wyobrażasz.- powiedziała, marszcząc brwi.- Myślisz, że jak teraz każesz mi spadać to po prostu sobie pójdę, wrócę so swojej codzienności i wszystko będzie jak dawniej? A w życiu! Tego nie da się cofnąć, a nawet gdyby się dało to ty nie miałbyś żadnego prawa do wypowiadania się na ten temat, tak jak nie miałeś wcześniej.
Jonathan zmrużył oczy. Czyli ta dziewczyna jednak miała jakiś charakter. Dobrze wiedzieć. Mimo to, nadal nie wyglądała na złą czy wściekłą. Na jej twarzy było widać smutek. Tylko i wyłącznie smutek.
-Nie obchodzi mnie to wasze śmieszne prawo.- odparował twardo.- Moim celem jest spalić ten świat. Jeszcze dzisiaj wyruszam do Edomu, a jak mniemam to jest jedno z tych miejsc, do których nie możesz za mną pójść. Więc dlaczego, na Anioła, uparłaś się, żeby to dalej ciągnąć?!
-A co innego twoim zdaniem mam zrobić?- Nie krzyknęła, chociaż miała taką ochotę.- Chcę ci pomóc, idioto. Nie widzisz tego, prawda?- zapytała retorycznie, rozkładając ręce.- Otaczasz się chmarą trupów, w ogóle nie dostrzegając, że i tobie Śmierć dyszy w kark. Raz już umarłeś, chcesz to powtórzyć?
-Nie umrę. Nie tym razem.
Zirael pokręciła bezradnie głową.
-Proszę, pomyśl choć raz o sobie. O prawdziwym sobie, o swojej duszy i swoim dobru.- Spróbowała podejść go z innej strony.- Choć na chwilę przestań patrzeć na świat z perspektywy swojego ojca i Lilith, a od razu zobaczysz, że to co robisz nie jest twoim celem. To są ich cele, ich marzenia. Jakie są twoje?
-Przestań mieszać mi w głowie!- wrzasnął z wściekłością uderzając pięścią w ścianę.
Tynk pęknął i posypał się na ziemię razem z farbą, mało brakowało, a przebiłby ją na wylot. I nawet nie poczuł tego uderzenia. Wiedział, że wraz z wiekiem coraz bardziej zmieniał się w potwora pokroju Lilith. Miewał nawet momenty, kiedy go to niepokoiło, ale teraz był w stanie myśleć o tym jedynie jak o potędze, którą wykorzysta do spełnienia swojego celu.
-Wynoś się.- rzucił w stronę anielicy głosem bezbarwnym i wręcz przesiąkniętym obojętnością.- Nie chcę cię więcej widzieć.
-I nie zobaczysz.- potwierdziła.- Nie będziesz miał okazji. Koniec nastąpi szybciej niż myślisz i tym razem Lilith nie będzie w stanie cię uratować.
A potem zniknęła.
Nie czuł jej obecności, nie słyszał głosu w głowie.
Odeszła.
Jonathan spodziewał się, że odczuje ulgę. Zamiast tego poczuł się jakby ktoś żywcem wyrwał mu serce gruchocąc po drodze wszystkie kości, jakie napotkał na swojej drodze. Ból podobny do tego, po zerwaniu więzi z Jace’m, ale dziesięć razy silniejszy.
Zacisnął zęby aż zabolały, ale nie udało mu się powstrzymać krzyku.
***
-Czasu past perfect używamy zazwyczaj razem z innym czasem przeszłym, gdy chcemy opisać sytuację za przeszłą. Kto mi powie jak tworzy się zdania w tym czasie?
Jedna z dziewczyn zgłosiła się do odpowiedzi. Renata nie widziała która. I tak niezbyt ją to interesowało.
Siedziała tylko z wzrokiem wpatrzonym w park naprzeciwko jej szkoły i liczyła płatki śniegu, leniwie sypiące się z góry. Chciała już wrócić do domu, gdzie mogła zamknąć się w swoim pokoju i przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Nic nie było w porządku. Nie tyle z nią, co z Jonathanem.
Nagle przy wejściu do parku pojawiła się postać o kruczych skrzydłach odziana w szarość i czerń, tak skrajnie odróżniające się od zimowej scenerii. Reni ożywiła się, gdy mężczyzna skinął jej głową i ponownie zniknął, tym razem pojawiając się o wiele bliżej, na dachu hali sportowej. Uniosła się nieznacznie na krześle i obrzuciła klasę nerwowym spojrzeniem. Nikt niczego nie zauważył. Nauczycielka skończyła tłumaczyć zasady działania czasu i po angielsku poleciła uczniom otworzyć ćwiczenia. Reni wykorzystała moment, gdy jej uwaga była skupiona na książce i przybrała postać astralną. Dwa machnięcia skrzydeł później była już na dachu.
-Zirael.- Mężczyzna powitał ją jej anielskim imieniem.
-Malfasie.- wyszczerzyła się, podchodząc bliżej.- Dobrze cię znowu widzieć.
-Nie wątpię.- Demon odwzajemnił gest, unosząc kącik ust w górę.- Widzę, że sporo się ostatnio u ciebie wydarzyło. Nie było mnie niecałe trzy miesiące, a ty już wpakowałaś się w jakieś bagno, mam rację?- W jego głębokim głosie zabrzmiała protekcjonalność.
Renata westchnęła.- To aż takie oczywiste?- zapytała, a jej uśmiech odrobinę przygasł.
-Twoja aura się zmieniła.- powiedział.- Kiedy ostatnio cię widziałem, była czysta jak łza. Teraz wydaje się… zbrukana.- Niedodane „co się stało?” zawisło między nimi w powietrzu.
-…Zostałam czymś stróżem.- powiedziała po chwili milczenia.
-Tyle się domyśliłem.
-Kojarzysz może Jonathana Morgensterna? Albo Sebastiana?- zapytała, licząc, że w ten sposób oszczędzi im obu wyjaśnień.
-Morgenstern, hm.- zastanowił się.- Obiło mi się o uszy. To ten bękart Lilith?
Renata przytaknęła.- To on.
-To znaczy?
-Miałam wizję, wczoraj w nocy.- przyznała cicho, podciągając kolana do siebie i obejmując nogi ramionami.- To się kończy dzisiaj. Wojna, Jonathan, wszystko zakończy się dzisiaj w Edomie. Jonathan jest zbyt chory, aby przeżyć. Jest w nim zbyt mało dobra, aby przeżyć kontakt z Niebiańskim Ogniem. Udało mi się zdobyć jego zaufanie, ale nie zdążyłam wykorzystać relacji, którą zbudowaliśmy, aby sprowadzić go na dobrą drogę. Zawiodłam.- wyszeptała, ukrywając twarz w kolanach.
-Reni.- powiedział Sebastian z zaskakującą delikatnością i pochylił się, chcąc położyć rękę na jej ramieniu. Zawahał się jednak i zrezygnował. Dotykanie się, nawet przez materiał, nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem ani dla niego ani dla niej, zwłaszcza gdy była w swojej anielskiej postaci.- To nie jest twoja wina.
Renata mówiła dalej, jakby w ogóle go nie usłyszała.- W dodatku nie mogę przy nim być w jego ostatnich chwilach, bo to pieprzony Edom i nawet gdybym wiedziała jak się tam dostać, to nie przeżyłabym pięciu minut-
-Mogę cię zabrać do Edomu.- zaproponował zaskakując tym nie tylko ją, ale i samego siebie.
Nastolatka uniosła głowę i spojrzała na niego spod uniesionych brwi.- Serio?
Sebastian przytaknął.- Nie będzie zbyt przyjemnie i pewnie zadziałasz jak magnes na wszystkie demony z okolicy, ale jeśli nie zabawisz tam długo, to może się udać.
-Dziękuję!
Ledwie skończył mówić, a Reni poderwała się na nogi. Zaskoczony uniósł ręce i skrzydła, gdy sześćdziesiąt kilo czystego Niebiańskiego Ognia rzuciło się aby go przytulić. Spojrzał w górę, jakby wołając o pomstę do nieba i delikatnie, jakby dotykał jeża, poklepał ją po plecach, ciesząc się, że była zima i ludzka etykieta nakazywała się grubiej ubierać.
-Cała przyjemność po mojej stronie.- odparł.- A teraz odsuń się proszę, zanim oboje staniemy w płomieniach.
***
Nawet anielska odporność nie zdołała w pełni ochronić jej przed przytłaczającą falą ciepła, która uderzyła w nią gdy tylko znaleźli się na jednym z edomskich (tak, wiem, że nie ma takiego słowa xd) wzniesień. Zaraz po niej przyszedł pulsujący ból głowy i skuliła się w sobie zaciskając palce na skroniach. W powietrzu było tak wiele biegunowej energii, że czuła jakby mózg miał zaraz wyciec jej uszami.
-Ostrzegałem, że będzie bolało.- Usłyszała obok głos Sebastiana, przytłumiony przez nieznośny szum w uszach.
Machnęła ręką, co miało być niemą prośbą, aby dał jej chwilę na przyzwyczajenie się. Najlepszym wyjściem byłby powrót do ludzkiej postaci, ale wtedy nie mogłaby ukrywać się w postaci astralnej. Dla demonów może i nie miałoby zbyt wielkiego znaczenia to czy jest materialna czy nie, ale dla przebywających tu Mrocznych i ekipy Clary już tak. Poza tym, nawet z Sebastianem pod ręką nie chciałaby pozostawać kompletnie bezbronna w świecie demonów. Ostatecznie tylko odrobinę stłumiła swoją energię. Minęła minuta, może dwie, kiedy Reni powoli odsunęła dłonie od twarzy i odetchnęła głęboko. Płuca i przełyk zapiekły, ale ból przypominał bardziej zapalenie oskrzeli niż piekielny ogień palący ją od środka.
-Lepiej już?
Skinęła głową, wciąż z zaciśniętymi powiekami.
-To dobrze, bo mamy towarzystwo.
Reni natychmiast otrzeźwiała i podążyła za wzrokiem Sebastiana. Jakieś sto metrów od nich w powietrzu unosił się demon. Krążył niespokojnie i chociaż Renata nie potrafiła dostrzec w nim ani cząstki ludzkiej sylwetki czuła na sobie jego wzrok. Już miała przysunąć się bliżej Sebastiana, kiedy oboje wyczuli nagły skok energii tuż za swoimi plecami. Odwrócili się i ujrzeli jak z kłębów czarnego dymu wyłania się wysoki, blady mężczyzna w eleganckim białym garniturze i koronie z drutu kolczastego na głowie.
-Nie przejmujcie się, to tylko mój zwiadowca.- powiedział mężczyzna. Jego kocie, złotozielone oczy od razu odszukały wzrokiem Renatę i na ustach demona wykwitł szeroki uśmiech – rozbawiony i jednocześnie nonszalancki, jakby nakrył dzieci na podjadaniu ciastek przed obiadem.
-Asmodeusz.- odezwał się Sebastian. Odciągnął uwagę demona od niej, za co Reni była mu dozgonnie wdzięczna i ledwo powstrzymała się przed westchnieniem ulgi.- Chciałbym powiedzieć, że dobrze cię widzieć, ale nie skłamałem od stu pięćdziesięciu lat, więc pewnie trochę wyszedłem z wprawy.- Uśmiechnął się złośliwie. Na pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie rozluźnionego, jego postawa była wręcz lekceważąca, ale po jego czujnym spojrzeniu i napiętej sylwetce Reni domyśliła się, że nie jest jedyną osobą, która nie chce tu być.
-Jesteś za to równie bezczelny co dawniej.- odparł Asmodeusz.- Co robisz w moim Edomie? Czyżby służenie ludziom już ci się znudziło i postanowiłeś wrócić do domu?
-Znudziło? Owszem, ale nigdzie nie wracam.- Zerknął ukradkiem na Renatę.- Nie planuję zabawić tu długo.
-Szkoda.- Asmodeusz wykrzywił twarz w geście, który miał chyba obrazować smutek i zawód, ale nawet nie starał się aby te emocje wyglądały na prawdziwe.- Lucyfer przyjął by cię z otwartymi ramionami, jak syna marnotrawnego.
Malfas skrzywił się.- Nie wątpię.
-A ta młoda dama to kto?- Uwaga demona ponownie skupiła się na Renacie i dziewczyna poczuła przemożną chęć spalenia go żywcem. Od tak, po prostu źle mu z oczu patrzyło.
-Nie twój interes.- odparł Sebastian.
Asmodeusz się roześmiał.
-Macie szczęście, że trafiliście na mnie, a nie na Lilith lub Azazela. Wiesz, że on niezbyt cię lubi.
-Azazel nie lubi nikogo.- skwitował, przewracając oczami.- Dasz nam w końcu iść, czy będziemy tak stali do usranej śmierci, a to może trochę potrwać.
-Uch, niemiły jak zawsze.- westchnął z ubolewaniem.- Doceniłbyś lepiej, że trzymam cię na dystans, kiedy dzieciaki w twierdzy bawią się skeptronem.
Sebastian zmarszczył brwi i już uchylał wargi aby odpowiedzieć, gdy z wnętrza twierdzy w niebo wystrzelił olbrzymi słup Niebiańskiego Ognia.
-Jonathan!- zawołała Reni, wzbijając się do lotu.
Malfas rzucił jeszcze ostatnie ostrzegawcze spojrzenie Asmodeuszowi i podążył za nią.
***
Jonathan nagle pożałował tak wielu rzeczy, że potrzebowałby co najmniej dnia, aby je wszystkie spisać. Gorycz w oczach Clary, gdy powiedział jej, że nie ma dla nich drogi powrotnej na Ziemię była jak kolejny kolec z oplatających jego serce cierni. Nawet w swoich ostatnich chwilach nie potrafił przydać się jej do czegokolwiek.
-Dobrze, nienawidź mnie, Clary.- powiedział.- Ciesz się, kiedy umrę. Ostatnie czego bym teraz chciał to przysporzyć ci jeszcze więcej smutku.
Leżał z głową na kolanach Jocelyn i słyszał jej cichy szloch. Chciał złapać ją za rękę, ale ciało nie chciało go słuchać. Wszystko bolało, oddychał z trudem, a jednocześnie było mu jakoś… lżej.
-Nie nienawidzę cię.- odezwała się w końcu jego siostra.- Nienawidzę Sebastiana. Ciebie nie znam.
To chyba mamy podobny problem., pomyślał. Bo ja sam siebie nie znam. Nikt nie wiedział co kryło się pod zasłoną z nienawiści, którą otaczał się całe życie. Nikt, łącznie z nim samym. Nikt poza…
-Śniło mi się jakieś zielone miejsce.- przypomniał sobie nagle.- Wiejska rezydencja, mała dziewczynka o rudych włosach i przygotowania do wesela. Jeśli istnieją inne światy, może to jest taki, w którym byłem dobrym bratem i dobrym synem.- Do tej pory myślał, że to tylko sen podrzucony mu przez Renatę w ramach zemsty po tym jak ją odtrącił. Co prawda nie miał okazji jej o to zapytać, ale teraz to i tak nie miał znaczenia.
-Nie sądziłam, że potrafisz marzyć.- Clary wzięła głęboki oddech.- Valentine napełnił twoje żyły trucizną, a potem wychowywał cię do nienawiści. Nigdy nie miałeś wyboru, ale miecz wszystko wypalił. Może taki jesteś naprawdę.
-To byłoby piękne kłamstwo.
-Jonathan!
Nie miał siły się nawet zdziwić, kiedy widok na Clary nagle przysłoniła mu Zirael. Co anioł robił w Edomie? Jak się tu dostała? Po co aż tak zaryzykowała? Dlaczego do niego wróciła? Gdyby miał więcej czasu chętnie poznałby odpowiedzi na te pytania, ale teraz mógł tylko zatonąć w jej szklistych bladoniebieskich oczach i cieszyć się, że mógł po raz ostatni ją zobaczyć.
Ciało wciąż odmawiało mu posłuszeństwa, ale udało mu się wymusić dla niej gorzko-słodki uśmiech.- Ogień Gloriousa wypalił krew demona. Przez cały życie ona parzyła moje żyły, cięła serce jak ostrze, przygniatała jak ołów, przez całe życie, a ja o tym nie wiedziałem. Nie znałem różnicy.- Nie wiedział czy mówi do Clary czy Zirael, może do nich obu, ale nie robił tego, żeby się usprawiedliwić. Po prostu czuł, że musi to powiedzieć. Chciał aby wiedziały, ile dla niego zrobiły.- Nigdy nie czułem się taki… lekki.
Kiedy zamykał oczy, nie spodziewał się, że ledwie tydzień później przyjdzie mu otworzyć je ponownie.
***
Renata mocniej zacisnęła dłonie na kubku z gorącą czekoladą i okryła się kocem. W mieszkaniu jej i Juna nie było zimno, ale w takich warunkach lepiej jej się myślało. Laptop spoczywał na kolanach otwarty na programie do pisania, a tam widniały kolejne linijki wiersza. Dopisywała kolejne, co chwilę je kasując i zmieniając budowę zdania, żeby brzmiała lepiej. Chociaż, w gruncie rzeczy, zapisywała po prostu swoje przemyślenia. Nic więcej.
-Ren, za chwilę wychodzę.- powiedział Jun. Spojrzał na siostrę z nutą bezradności, rozłożył ręce i zapytał:- I jak?
Reni zmierzyła go wzrokiem - od eleganckich, sznurowanych butów; przez ciemne spodnie i marynarkę od garnituru narzuconą na czarny podkoszulek z szarym nadrukiem; aż po czerwono-pomarańczową chustę zawiązaną na nadgarstku i przydługie, czarne włosy zgarnięte na prawy bok i wymodelowane tak aby ładnie się układały, jednocześnie odsłaniając wygolony pas czarnej szczeciny nad lewym uchem. Przechyliła głowę na bok, udając, że się zastanawia.
-Po co ci ta chusta?- zapytała w końcu, jakby to była w tej chwili najważniejsza kwestia.
-Idę na Sylwestra, nie na pogrzeb, chciałem dodać jakiś element kolorystyczny.- wzruszył ramionami.
-W takim razie jest idealnie.- uśmiechnęła się.
-Jesteś pewna, że nie chcesz iść?- zapytał, po raz n-ty.- Wiem, że to impreza dla pracowników, ale Papa Smerf na pewno nie miałby nic przeciwko gdybyś przyszła. Wiesz, że on cię uwielbia, podobnie jak reszta wytwórni.
-Nie mam ochoty na balowanie.- zapewniła.- Wolę posiedzieć w domu i pooglądać jakieś filmy albo poczytać.
Jun spojrzał na nią sceptycznie, wydając z siebie długie „mmmhhmmm”.
-Mówię prawdę!
-Jasne, jasne.
-Jun! Przysięgam, jeszcze jedno słowo i nie pożyczę ci więcej żadnych moich kolczyków!- zagroziła, a Jun w lot pojął, że dziewczyna nie żartuje i przestał się wykłócać.
Pokręcił się jeszcze trochę po domu, zabrał telefon i kluczyki, zapowiedział, że wróci jutro koło południa i wyszedł, zostawiając Renatę samą.
Dziewczyna westchnęła. Odłożyła laptopa i czekoladę na bok, mocniej szarpnęła za kocyk i położyła się na kanapie, wbijając pusty wzrok w ścianę.
-Już Sylwester.- szepnęła sama do siebie.- Prawie rok.
Dokładnie tyle minęło od chwili kiedy ostatnio widziała Jonathana.
Na początku było jej ciężko. Tak jak powiedział jej Netaron – więź wcale nie zniknęła, kiedy się od siebie oddalili. Mimo, że Jonathan nie czuł z nią już żadnego połączenia –przecież właśnie tego chciał, co nie? – to ze strony Reni więź nie zniknęła ani trochę. Nadal czuła jego obecność, słyszała jego myśli i bicie serca. Czuła jak Niebiański Ogień wypala całą demoniczną krew, która płynęła w jego żyłach i jak chwilę potem jego serce zatrzymuje się. Tym razem nie zemdlała, jak ostatnio. Ani na chwilę nie puściła jego ręki, kiedy Asmodeusz odesłał go wraz z Jocelyn i Lukiem do Alicante. Była obecna, kiedy jego ciało było palone na stosie oraz gdy Clary wrzucała prochy do jeziora Lyn.
Zadaniem anioła stróża po śmierci podopiecznego jest towarzyszenie jego duszy na Sądzie Ostatecznym.
Ale duszy Jonathana nigdzie nie było.
-Pewnie nie nadszedł jeszcze jego czas.- odpowiedział Netaron, kiedy Reni się go o to zapytała.
I faktycznie, tydzień później obudziła się z dziwnym uczuciem, jakby ktoś podłączył ją pod defibrylator, ale to nie jej serce było pobudzane do życia, tylko Jonathana.
Nie obchodziło ją kto go wskrzesił i po co, chociaż może powinno. Liczyło się tylko to, że żył. Jeszcze tej samej nocy zablokowała dostęp do jego umysłu. Nie tylko sobie – wszystkim. Od demonicy, która zwała się jego matką począwszy.
Tak minęło jej jedenaście długich miesięcy.
Westchnęła.
-Ciekawe, czy w Sylwestra dowożą pizzę do domu?- burknęła, zbierając się w kanapy i ponownie zasiadając przed laptopem z zamiarem znalezienia odpowiedzi na to jakże ważne pytanie.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
Renata popatrzyła nieufnie na drzwi wejściowe. Wszystkim swoim znajomym już dawno wbiła do głowy, że Sylwestra planuje spędzić na kanapie, więc kogo, do licha ciężkiego, przywiało?! Chcąc nie chcąc podniosła się z kanapy, zrzuciła z ramion kocyk, a po drodze do drzwi ogarnęła trochę włosy, żeby nie wyglądały jakby wstała ze stogu siana. Nacisnęła klamkę i… na chwilę odebrało jej mowę.
Osoba stojąca za drzwiami miała proste, białe włosy i bladą cerę. Był odrobinę chudszy niż go zapamiętała, a jego oczy nie były już czarne. Teraz były jasne i przejrzyste, a ich kolor przywodził na myśl pierwsze liście, które pojawiały się na drzewach po zimie. Zielone, tak jak w chwili jego śmierci.
Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w jej stronę, po czym ostrożnie położył ją na jej policzku, jakby bał się, że ją spłoszy.- Cześć.
-Jonathan- szepnęła, trochę niepewnie, po czym powtórzyła z większym uczuciem.- Jonathan!
Rzuciła mu się na szyję, złączając ich usta w pocałunku. Chwyciła go za kurtkę i wciągnęła do mieszkania, a on zatrzasnął drzwi wolną ręką, drugą trzymając na jej plecach, trochę powyżej talii. Odsunęli się od siebie dopiero wtedy, gdy zaczęło brakować im tchu.
-Wow,- szepnął Jonathan, przełamując ciszę.- Takiego powitania się nie spodziewałem.- stwierdził, uśmiechając się trochę nieśmiało, a Reni na to zamrugała kilkakrotnie ze zdziwienia. Morgenstern uśmiechający się w ten sposób był czymś całkowicie abstrakcyjnym nawet dla niej.
Trzeba się będzie przyzwyczaić.
-A czym cię miałam przywitać? Chlebem i solą?- fuknęła Renata, odzyskując rezon.
-Spodziewałem się raczej, że zatrzaśniesz mi drzwi przed nosem i wezwiesz policję.- westchnął, całkowicie szczerze.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Tak, jasne.- Odsunęła się od niego, choć najchętniej zostałaby gdzie była i dalej cieszyła się widokiem jego zielonych tęczówek. Czarne też mu pasowały, ale z zielonymi jego oblicze łagodniało.- Ściągaj buty i wchodź.
-Nie.- padła odpowiedź.
-Hm?
-Nie chcę wejść.- powtórzył.- Chcę wyjść. Z tobą, gwoli ścisłości.- sprostował.
-Gdzie?- Renata uniosła brew.
-Do Hanolulu.- prychnął Jonathan.- Do restauracji, a gdzie indziej. No, chyba, że masz inne plany…
Wytrzeszczyła na niego oczy. Pojawił się znikąd po roku czasu zapraszał ją na randkę? Świat stanął na głowie, a ona to przegapiła, czy jak?
-Zirael?- ponaglił ją, a Reni dopiero teraz zdała sobie sprawę, że on nie zna jej ludzkiego imienia. W sumie to logiczne, bo nigdy mu go nie zdradziła, ale wciąż po tak długim czasie…
-Nie, nie mam.- odpowiedziała, na jego wcześniejsze pytanie i uśmiechnęła się, przelotnie zerkając na zegarek.- Daj mi piętnaście minut, przecież nie pójdę w piżamie.- Ruszyła w stronę swojego pokoju, ale odwróciła się jeszcze zanim zniknęła za drzwiami.- A na przyszłość, mów mi Reni.
***
Isao podniósł do ust kieliszek z czerwonym winem i upił odrobinę, nie odwracając wzroku od pary siedzącej na drugim końcu pomieszczenia. Nie słyszał stąd przebiegu ich rozmowy, nie zamierzał również rzucać żadnego zaklęcia, żeby sobie to umożliwić. W odróżnieniu od siedzącego naprzeciwko niego Magnusa.
-Jesteś zupełnie bezczelny.- wytknął prześmiewczo.
Wysoki Czarownik Brooklynu spiorunował go wzrokiem, a jego kocie oczy błysnęły groźnie.
-To Jonathan Morgenstern, nie możesz ode mnie oczekiwać, że z marszu zaufam mu po tym wszystkim co zrobił mnie i mojej rodzinie.- odparł ostrzegawczym tonem.
Uśmiech Isao powoli zniknął.- Nie oczekuję.- powiedział, na powrót poważnym tonem.- Dlatego cię tutaj przyprowadziłem i pozwalam ci ich obserwować.- Wskazał głową na dwójkę nastolatków. Blond włosa dziewczyna – Renata, z tego co zapamiętał z jej akt – śmiała się w najlepsze podczas gdy ostatni dziedzic Morgensternów wyglądał jakby miał zaraz stracić resztki cierpliwości. I faktycznie, niedługo później sam się zaśmiał. Może nie tak ostentacyjnie jak jego towarzyszka, ale wciąż był to szczery uśmiech.- Chcę, żebyś na własne oczy zobaczył, że się zmienił.- zwrócił się z powrotem do czarownika.- To nie jest ta sama osoba.
Magnus nie odpowiedział. Jego oczy błysnęły gdy ponownie skupił się na ich rozmowie. Chwilę potem westchnął, oparł się na stole i wbił wzrok w zamówione przez siebie danie. W sumie, nie było głodny, ale chciał zachować pozory.
-Przeprasza ją.- powiedział, jakby sam w to nie wierzył.- Ze wszystkich ludzi, którym zrobił krzywdę, których zranił, oszukał i którym odebrał wszystko to, co było dla nich najcenniejsze… przeprasza akurat ją. Dlaczego? Kim ona w ogóle jest?
Isao jeszcze raz spojrzał na szesnastoletnią dziewczynę siedzącą naprzeciwko Jonathana. Chuda, blada, o gładkiej cerze i naprawdę cudownym uśmiechu. Z blond włosami spływającymi na plecy. W kremowym swetrze i dżinsach. Nic specjalnego. Gdyby Jonathan nie powiedział mu kim jest naprawdę, wziąłby ją za zwykłą przyziemną.
-Jego aniołem stróżem.- odpowiedział, niezbyt przejmując się czy Magnus mu uwierzy. Właściwie, to dopóki Isao nie zobaczył ich razem, sam wątpił. No bo… czy to nie byłoby trochę zbyt ironiczne? Pół-demon-pół-nefilim zakochany po uszy pół-anielicy-pół-przyziemnej? I to jeszcze z wzajemnością? Nie, to było aż zbyt niemożliwe.
Teraz, kiedy widział jak na siebie patrzą i jak ze sobą rozmawiają, trzymając na stoliku złączone ręce, miał wrażenie, że nie ma czegoś takiego jak „niemożliwie”.
Magnus w odpowiedzi obdarzył go sceptycznym spojrzeniem, ale po kolejnych minutach rozmowy zaczął zmieniać zdanie.
„Wciąż nie mogę sobie wybaczyć, że tak po prostu cię zostawiłam.”
„O czym ty mówisz?”
„Powinnam być przy tobie gdy umierałeś. Powinnam przeprowadzić cię na drugą stronę. Szukałam cię później, wiesz? Ale twojej duszy nigdzie nie było…”
„Zi… Reni, niczemu nie zawiniłaś. To ja cię przepędziłem, pamiętasz? Ja. Nawet, gdybym miał przez resztę wieczności błąkać się wśród cieni, to nie byłoby twoją winą.”
-Jak długo się znają?- zapytał Magnus.
-Nie jestem pewien.- Isao skrzyżował ręce.- Chyba jakoś od momentu, w którym Jonathan wcielił się w rolę Sebastiana Verlac’a.
-Czyli wystarczająco długo, aby zdążyła poznać jego okrutną stronę.- wymamrotał Magnus, sięgając po swojego drinka. Wiedziała o wszystkim. Jeśli faktycznie była jego aniołem stróżem, to pewnie doświadczyła z jego strony o wiele więcej bólu niż Clary, Jace czy ktokolwiek inny. A mimo to śmiała się do niego, dotykała go bez krzty urazy i… troszczyła się o niego. Szczerze.
Magnus czuł na sobie wyczekujące spojrzenie Isao. Nadal nie wiedział dlaczego czarownik zdecydował się powiedzieć mu o Jonathanie – znając Isao pewnie nigdy się nie dowie – ale skoro już został wtajemniczony, to mógł spojrzeć na to trzeźwym okiem.
-Nadal nie wiem dlaczego go wskrzesiłeś w pierwszej kolejności.- zaczął.- Ale skoro już żyje, i nie jest pół-demonem… to nie będę paplą i nie doniosę Clave.
-Dzięki, przyjacielu.
-Nie przyjacieluj mnie.- przystopował go, po czym westchnął. Nie miał siły dzisiaj wypytywać Isao jaki był charakter rytuału, który przeprowadził, ale to na pewno był temat, do którego zamierzał w niedalekiej przyszłości wrócić. W końcu przywrócenie kogoś do świata żywych burzyło wszelkie prawa życia i śmierci w dodatku wiązało się z wielkim ryzykiem. Gdyby Isao użył czarnej magii Jonathan pewnie ze świrowałby po kilku dniach, tygodniu maksymalnie, a tymczasem minął prawie rok i miał się świetnie…
Magnus ponownie westchnął. Cóż, skoro wrota Piekieł nie stanęły otworem i nie wciągnęły ich wszystkich do środkach, to chyba nie było aż tak źle.
Magnus dopił swojego drinka i powoli zaczął wracać do dawnego, optymistycznego siebie.
-Wiesz co ci powiem?- odezwał się Isao, jeszcze raz spoglądając w stronę stolika nastolatków.
-Hym?
-Może to trochę naciągane, ale wydaje mi się, że ta dziewczyna dokonała czegoś, w czym lata temu zawiodła Jocelyn Fairchild.
-Mianowicie?- Magnus przechylił głowę w zaciekawieniu.
-Nie tylko rozkochała w sobie potwora, ale także udało jej się go zmienić.
Magnus parsknął śmiechem.- To jest naciągane.- stwierdził.
-Ale prawdziwe.- powiedział.- Przez ostatnie kilka miesięcy mówił tylko o niej, jakby była jedynym, co na tym świecie zachowało dla niego jakąkolwiek wartość. Dlatego zgodziłem się pomóc mu w odszukaniu jej. Nawet nie wiesz jak długo próbowałem rozgryźć gdzie może mieszkać, a w końcu okazało się, że miałem ją pod samym nosem w moim własnym mieście.
Posiedzieli jeszcze chwilę w ciszy, po czym Magnus poprosił o rachunek za siebie i zaczął zbierać się do wyjścia.
-Cóż, miło się gadało, ale muszę wracać do USA.- powiedział.- Alec będzie zazdrosny, gdy się dowie, że poszedłem do drogiej restauracji innym facetem. Wymówki typu „To tylko stary znajomy” już dawno przestały na niego działać.
-Nie dziwię się.- zachichotał Isao, płacąc przy okazji swój rachunek i idąc w jego ślady.- Możesz dodać, że jestem jednym z niewielu „starych znajomych”, który z tobą nie sypiał.
-Ta, nie żebym nie próbował.- Magnus wywrócił oczami na wspomnienie dziewiętnastowiecznej Anglii.- Tyle lat, a ty nadal trzymasz się tej swojej heteroseksualności, jakby życie od tego zależało. Nie nudzi cię to?
-Obawiam się, że seksualność nie jest czymś, co ewoluuje wraz z wiekiem.- Isao spojrzał na niego spod uniesionej brwi.- Jeżeli kiedyś będę szukał urozmaicenia, dam ci znać.
-----------------------------------------
Jeżeli komuś postać Sebastiana/Malfasa skojarzyła się z Kuroshitsuji, to jest to bardzo poprawne skojarzenie xd
*martwa cisza*
Will: No... tak... ech, po co ja się w ogóle staram -,-
-------------------------------------------
Telefon zawibrował. Renata wyciągnęła go z kieszeni i odczytała wiadomość od Juna.
„Gdzie jesteś?”
Odpisała szybko:
„Wyszłam się przewietrzyć. Zaraz będę z powrotem.”
Stała, trzymając się barierki na samym szczycie Tokio Tower. Poziom dla zwiedzających był o wiele niżej, toteż nikt jej nie p rzeszkadzał. Była sama, mogła rozkoszować się ciszą. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy wiatr rozwiał jej włosy, ale zaraz ten uśmiech przygasł.
Ciekawe, czy się zgodzi?, zastanawiała się.
-Zgodzę na co?- Usłyszała za plecami dźwięczny głos.
Spojrzała za siebie i skinęła głową Netaronowi, żeby podszedł bliżej. Cieszyła się, że może go zobaczyć. Od kiedy sama otrzymała skrzydła, anioł stróż przestał być jej potrzebny i Netaron został przydzielony do innej osoby. Rzadko się widywali, ale co w tym dziwnego? W końcu to praca, w której nie przewiduje się przerw i urlopów.
-Ty mi powiedz.- westchnęła, przechodząc do sedna sprawy. Chciała posłuchać, jak ten pomysł brzmi w czyichś ustach. Nie zdecydowała się jeszcze na sto procent czy go zrealizuje. Chciała tylko pomóc.
-Chcesz przejąć jednego z podopiecznych Raziela. I to nie pierwszego z brzegu, a Jonathana Morgensterna.
Skinęła głową.
-Sam mi kiedyś mówiłeś, że Nocni Łowcy nie mają osobnych stróżów i wszyscy podlegają pod Raziela.- przypomniała mu.
-Bo są bliżej nas niż zwykli Przyziemni. Owszem.
Kiedy Reni usłyszała to za pierwszym razem, zdała sobie sprawę, że nefilim, którzy uważają się za mieszankę ludzi i aniołów są przez nich odsunięci na drugi plan, na rzecz tych, których uważają za słabych.
Światem rządzi ironia.
-Więc Raziel się chyba nie pogniewa, skoro jego zainteresowanie jest… ograniczone.- Gdyby była swoim bratem, powiedziałaby, że zwyczajnie ma ich w czterech literach, ale na szczęście Junem nie była i dzięki za to niebiosom.
-Tu nie chodzi o Raziela, tylko o ciebie.- powiedział Netaron.- Do tej pory tylko pomagałaś innym aniołom. Jeśli Jonathan zostanie twoim podopiecznym, będziesz musiała radzić sobie sama. Nie wspominając o tym, że on nie jest zwykłym Nocnym Łowcą. Już teraz sprawia problemy, a za jakiś czas-
-I właśnie dlatego, chcę to zrobić.- przerwała mu.- Chcę pomóc. Wiem, że jestem dzieckiem, ale...- Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć dalej.- Rozumiem, że wątpisz czy dam radę.
-Miałbym wątpić w ciebie? Nigdy.- Uśmiechnął się.- Po prostu chcę ci uświadomić, że to nie będzie łatwe i przyjemne, a dodatkowo – nieodwracalne. Kiedy się z nim połączysz, nie będziesz mogła się odciąć. Nigdy, nawet jeśli staniesz się upadłą, nawet jeśli, któreś z was zginie. Musisz mieć pewność, że wiesz, w co się pakujesz.
Zastanawiała się nad tym od kilku dni. Wiedziała, że będzie ciężko, wręcz potwornie ciężko, a mimo to chciała to zrobić.
-Mam.- Nie mogła być bardziej pewna.
Następny tydzień spędziła w swoim pokoju. Symulowała chorobę, żeby mieć jakieś wytłumaczenie w szkole. Chociaż… czy aż tak bardzo minęła się z prawdą? Czuła się okropnie, najchętniej w ogóle nie wychodziłaby z łóżka. Ale to nie ciało było chore, cierpiał jej umysł i dusza, kiedy po połączeniu zaczęły napływać do niej wszystkie myśli i wspomnienia Jonathana. Nie mogła tego pojąć – jak jedna osoba może nosić w sobie tyle nienawiści i nie zwariować?
Każdy jego grzech z osobna odbił się na niej. Mimo wszystko, nie było aż tak źle. Przynajmniej do śmierci Sebastiana Verlaca.
***
Minął tydzień od kiedy Jonathan zamieszkał z rodziną Penhallow. Ci żałośni głupcy o nic go nie podejrzewali. Nie mieli ani chwili zwątpienia czy na pewno jest tym za kogo się podaje. Zadali tylko kilka pytań o podróż i przyjęli jako prawdę każdy kit, który im wcisnął.
Godne pożałowania.
Skończył kolacje, podziękował, jak na grzecznego chłopca przystało i poszedł do (nie)swojego pokoju, żeby odpocząć po długim dniu udawaniu Sebastiana Verlaca.
Kiedy zamykał drzwi, usłyszał za sobą głos – cichy i dźwięczny jednocześnie.
-Nie męczy cię czasem sumienie?
To było ich pierwsze spotkanie. Siedziała na parapecie przy otwartym oknie, ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywała się niego zniecierpliwionym wzrokiem. Zupełnie, jakby na niego czekała. Jej długie, jasne włosy skrzyły się nienaturalnie, podobnie jak blade oczy i reszta jej osoby. Była ubrana w biały sweter i jasne jeansy.
-Nie mam sumienia.- odparł automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad pytaniem.
Dziewczyna roześmiała się. Zauważył już, że jej głos był bardziej melodyjny niż u jakiejkolwiek innej kobiety, którą znał. Jednak jej śmiech w ogóle nie brzmiał jak ludzki. Przypominał bardziej utwór muzyczny – doskonale znany i grany wiele razy, ale wciąż zachwycający.
Dlaczego się śmiała?
-No tak.- westchnęła.- Zapomniałam, że to ja jestem tu, żeby robić za twoje sumienie. Wybacz, mogłam od razu przejść do rzeczy, ale jestem z natury nieśmiała.- Przez moment, ułamek sekundy, wydawało mu się, że widzi na jej twarzy zmęczenie. Ale potem uśmiechnęła się do niego zawadiacko i stwierdził, że tylko mu się przywidziało.
-Mogę wiedzieć kim jesteś?
I z którego psychiatryka się urwałaś?, dodał w myślach.
-Jestem twoim aniołem stróżem, Jonathanie. Możesz mi mówić Zirael.- odsunęła się od parapetu i zrobiła dwa kroki w jego stronę. Dopiero kiedy się poruszyła zobaczył olbrzymie, białe skrzydła wyrastające z jej pleców. Mimo to nie dał po sobie poznać ani szoku ani zdziwienia, jego twarz pozostała maską.
-Sebastian.- powiedział, krzyżując ramiona.- Mam na imię Sebastian.
-No, chyba jednak nie bardzo.
***
-Ładnie wystryknęli cię na dudka.
Śmiech dziewczyny grał mu w uszach i choć nie mógł zaprzeczyć, że był piękny, to w tej chwili kojarzył mu się tylko z natrętnym bzyczeniem muchy – doprowadzał do szału i nie można było zrobić nic, żeby się go pozbyć. Najchętniej wrzasnąłby na nią, żeby się zamknęła, ale nie mógł – nie, kiedy jechał konno z Clary i był jedynym, któremu dane było ją usłyszeć.
-Dokąd mnie zabierasz?- zapytała rudowłosa.
-Nie udało nam się z Ragnorem Fellem, ale jest jedna rzecz, którą chciałbym ci pokazać.- dał się wciągnąć w rozmowę.
Dobrze, że Clary tu była. Gdyby nie jej obecność, już dawno przestałby się powstrzymywać i w szale rozwalił połowę lasu. Anielica działa mu na nerwy nawet bardziej niż Jace i Lightwood’owie. Teoretycznie, nie robiła nic złego, ale wytykała mu jego błędy, a to zawsze doprowadzało go do białej gorączki.
Zwłaszcza, że miała rację.
Na szczęście, nauczył się ją ignorować. Było to dość trudne zadanie, ale do zrobienia, zwłaszcza, jeśli jej nie widział.
Jonathan pokazał Clary ruiny starej rezydencji Fairchild’ów, a następnie pocałował ją kiedy stali razem wśród zgliszczy. Jej zaskoczona mina była bezcenna. Clary wewnętrznie była w rozsypce - załamana po zerwaniu z Jace’m i zmęczona ciągłym martwieniem się o matkę – więc oddała pocałunek nawet się nad tym nie zastanawiając. Dopiero po chwili odskoczyła od niego jak oparzona z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Zirael przyglądała się z pewnej odległości ich rozmowie, która później przerodziła się w kłótnię.
-Poczułem, że jesteś kimś, na kogo zawsze czekałem. Zauważyłem, że ty też to czujesz. Nie mów mi, że nie.
-Nie.
Dokładnie widziała jak oczy Jonathana – teraz bardziej Sebastiana – ciemnieją, jak traci nad sobą kontrolę i zaciska dłonie na nadgarstkach dziewczyny.
Swojej siostry., przemknęło jej przez myśl. Nie da się słowami opisać, jak bardzo chciała podejść i przerwać to szaleństwo. Nie mogła. Po prostu nie mogła. Dopiero teraz zrozumiała słowa Netarona i tę durną zasadę o nie-interwencji. Wolno jej było patrzeć i nic więcej. Ale beznadzieja.
-Powinniśmy wracać.- stwierdziła Clary, kiedy Jonathanowi udało się opanować.- Zaraz będzie ciemno.- dodała i odeszła w stronę Wędrowca.
Jonathan skinął głową, ale głos anielicy zatrzymał go, kiedy chciał pójść za nią.
-Z własną matką też byś romansował, gdybyś miał ku temu okazję? Albo z ojcem, bo to chyba on jest ci bliższy?
Zamknij się., warknął w myślach i zacisnął pięści.
-Zdajesz sobie sprawę, że to jest kazirodztwo?- kontynuowała, jakby w ogóle nie zauważyła jego zdenerwowania.- Siostry nie kocha się w ten sposób. Ona nie jest twoją kochanką, powinna być za to przyjaciółką - taką, której możesz powiedzieć wszystko i mieć pewność, że cię nie zdradzi. To jest rodzina, Jonathanie.
Nie wytrzymał, odwrócił się do niej gwałtownie i przeszył ją spojrzeniem czarnych jak smoła oczu.
Nie będziesz mnie pouczać! Nie będziesz mi mówić, kogo mam kochać i jak! Nikt nie będzie!, Szczęka zabolała go od zaciskania zębów, ale musiał to zrobić, żeby nie wykrzyczeć jej tego prosto w twarz. Dopóki Clary była obok nie mógł sobie na to pozwolić. Miotał się więc wewnątrz własnego umysłu, podczas gdy ona patrzyła na niego intensywnie, z zaciśniętymi ustami i wyrazem twarzy, którego nie potrafił jednoznacznie określić. W końcu westchnęła i rozpłynęła się w powietrzu.
Clary podeszła do niego ostrożnie i zapytała czy wszystko w porządku. Wyraźnie bała się podchodzić bliżej, więc musiał być bardzo blisko granicy. Jeszcze nigdy uspokojenie się nie kosztowało go tyle wysiłku. Udało mu się dopiero, kiedy całkowicie odciął się od jej słów, wyrzucił je z głowy, jakby nigdy nie zostały powiedziane. Czy raczej – jakby nigdy ich nie usłyszał.
-Jedziemy.- rzucił krótko do Clary, nie odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie.
Wrócili do domu Penhallow’ów i zajęli się swoimi sprawami. Dopiero późnym wieczorem, kiedy przed oczami stanęła mu półprzezroczysta twarz dziewczyny, zorientował się jaka emocja na niej przeważała.
Smutek.
Smutek i coś na kształt rozczarowania.
***
Nie da się opisać zdziwienia Reni, kiedy zamiast we własnym łóżku obudziła się w szpitalu. Miała wrażenie, że spała bardzo długo, a kiedy udało jej się rozbudzić, wyczuła igłę od kroplówki nad nadgarstkiem i maskę tlenową na twarzy.
Zamrugała zdziwiona. O co chodziło? Nie pamiętała, żeby coś jej się stało. Zwyczajnie poszła do szkoły, a potem nagle… film jej się urywał.
Dopiero, kiedy usiadła poczuła silny ból z okolic serca, a może nawet z niego samego.
Miałam zawał czy co?
-Coś w tym stylu.
Reni obróciła głowę w stronę okna i jej spojrzenie niemal od razu skrzyżowało się ze spojrzeniem Netarona.
-Co się stało?- zapytała, ostrożnie zdejmując maskę z twarzy. Może nie była pewna, co jej jest, ale tego na pewno nie potrzebowała.
Zanim Netaron odpowiedział skinął głową w stronę drugiej strony łóżka, gdzie na szpitalnym, niezbyt wygodnym krześle drzemał Jun. Renata w lot pojęła, że musi być cicho, żeby go nie obudzić. Oczywiście, planowała to zrobić, ale jeszcze nie teraz.
-Jonathan zginął.- powiedział po prostu, bez owijania w bawełnę.
Renata zrobiła skonfundowaną minę. Przecież… -Ach… no, tak… ale…
-Tak?
-Ja go słyszę.- powiedziała tonem leżącym na granicy szczęścia i zdumienia.- Dlaczego?
-Został wskrzeszony przez Lilith, ale to sprawa na inną rozmowę.
-Rozumiem.- Renata położyła się, nagle kompletnie wyczerpana.- Wy… przechodzicie to za każdym razem, gdy wasz podopieczny umiera? To zawsze tak boli?- zapytała, łamiącym się szeptem.
-Boli. Słabiej lub mocniej, to zależy od rodzaju śmierci.- potwierdził Netaron, po czym dodał.- Ale na pewno nie powoduje utraty świadomości i śpiączki. Rzadko zdarzają się takie osoby jak ty, więc nie mam pewności, ale sądzę, że stało się tak dlatego, że przebywałaś wtedy w ludzkiej postaci. W dodatku jesteś jeszcze młoda i wszystko odczuwasz bardziej intensywnie. Nie byłem nawet pewien czy w ogóle byś się obudziła, gdyby twój podopieczny nie wrócił do życia. Nie martw się, powinnaś zobojętnieć za kilkaset lat.
-To żeś mnie pocieszył.- fuknęła z oburzeniem.
Śpiączka. Leżałam w śpiączce przez cały czas, kiedy Jonathan była martwy. No, po prostu super.
-Mógłbyś mnie teraz zostawić, żebym mogła porozmawiać z Junem?- poprosiła cicho. Jej brat mógł w każdej chwili się obudzić.
Netaron skinął głową i odwrócił się w stronę okna.
-Przychodził tu codziennie.- powiedział na odchodnym.- Raz sam, raz z przyjaciółmi. Ale zawsze zostawał do późnej nocy.- Potem rozłożył skrzydła i odleciał.
Renata patrzyła na niego, aż nie zniknął z jej pola widzenia. Dopiero wtedy westchnęła i szepnęła pod nosem:- Yhym, to było do przewidzenia.
Następnie pochyliła się do brata, uważając, żeby nie ciągnąć za wenflon i potrząsnęła jego ramieniem.
-Ej, Jun! Jun, wstawaj!
Jun jęknął cicho i po mamrotał trochę pod nosem, rozprostowując zdrętwiałe kości. Krzesła szpitalne nie należały do najwygodniejszych miejsc do spania. Dopiero potarł oczy i obrzucił Reni zaspanym wzrokiem, jeszcze nie do końca kontaktując.
Nie minęła sekunda, a znalazła się w jego ramionach z twarzą wciśniętą w jego bluzę.
-Nie masz pojęcia jak bardzo się martwiłem.- szepnął z twarzą w jej włosach, mocniej przygarniając ją do siebie.
Reni jednak jakieś pojęcie miała. Sama odchodziłaby od zmysłów, gdyby to on nagle zapadł w śpiączkę. Nie bardzo wiedziała co mu na to odpowiedzieć, więc powiedziała tylko:- Skoro tak bardzo chciało ci się spać, mogłeś położyć się ze mną, a nie męczyć się na tym krześle.
-Chciałem, ale pielęgniarki mi nie pozwoliły.- Jun prychnął cicho. To była słaba wymówka, ale nie chciał przyznać, że bał się spać obok niej, kiedy była nieprzytomna i podłączona do tych wszystkich urządzeń. Wyglądała tak krucho, jakby miała rozsypać się pod najlżejszym naciskiem.
-Od kiedy przejmujesz się czyimiś rozkazami?- zapytała, robiąc mu miejsce ze swojej prawej strony.
Jun momentalnie przyznał jej rację i nie widząc już żadnych przeciwwskazań skorzystał z zaproszenia. Już po chwili leżeli obok siebie na szpitalnym łóżku. Chłopak zasnął zaraz po tym, jak jego głowa zetknęła się z poduszką. Renatę zakuło poczucie winy, kiedy pomyślała, że to ona – nieumyślnie, ale jednak – doprowadziła go do takiego wyczerpania. Jednocześnie miała ogromną ochotę wymknąć się na kilka minut, skoczyć do Jonathana, gdziekolwiek teraz jest i uderzyć go w twarz tak mocno, aż wybije mu z głowy robienie jej takich numerów. Jednak starczyło jedno spojrzenie na worki pod oczami Juna i odechciało jej się wychodzić.
Przysunęła się bliżej, oparła głowę na jego ramieniu i zasnęła, odkładając spotkanie z Jonathanem na jutro, albo pojutrze.
***
I faktycznie spełniła swoje zamierzenie, a widok czerwonego śladu wyraźnie odcinającego się na bladej cerze Jonathana sprawił jej wręcz zbyt wiele satysfakcji, biorąc pod uwagę, że jest jego aniołem stróżem. Spoliczkowała go i wyszła, nie wdając się w dalsze dyskusje.
***
Pojawiła się następnego dnia, kiedy rzucał sztyletami do tarczy na sali treningowej.
-Hej- powiedziała cicho.
Jonathan nie zareagował. Podszedł do tarczy i wyciągnął z niej ostrza, po czym stanął na poprzednim miejscu i przymierzył się do kolejnego rzutu.
-Chciałam cię przeprosić.
Spudłował.
Jedno musiał jej przyznać – wiedziała jak przyciągnąć uwagę.
-Za co?- zapytał. Nie przypominał sobie, że zrobiła mu coś za co wypadałoby przeprosić. Nie żeby był w tej dziedzinie ekspertem... Zazwyczaj, kiedy rozmawiali, nie zrywała kontaktu wzrokowego nawet jeśli na nią krzyczał. Teraz było inaczej, unikała jego wzroku jakby się czegoś wstydziła.
-Za wczoraj.- odparła.- Za ten policzek.- dodała, przechylając lekko głowę.
Jonathan uniósł brew. Serio? Tylko o to jej chodziło?
-Zdążyłem już zapomnieć.- powiedział zgodnie z prawdą i wrócił do ćwiczeń.
-Mimo to nie powinnam cię uderzać. Anioły tak nie robią.- stwierdziła, jakby zamyślona.
Prychnął sztucznym śmiechem, ponownie przerywając trening i spojrzał na nią kpiąco.
-Jak długo jeszcze zamierzasz to robić?- wyrzucił z siebie pozornie zwykłe pytanie.- Jak długo zamierzasz udawać, że ci zależy, żeby się do mnie zbliżyć?- powtórzył dosadniej, kiedy zobaczył, że poprzedniego pytania nie zrozumiała.
-Ja nie udaję.- powiedziała, uśmiechając się trochę nostalgicznie.- Nie mam po co.
W końcu, bliżej i tak już nie będę.
Dopiero po kilku sekundach zrozumiał dlaczego jej usta nie poruszyły się przy wypowiadaniu ostatniego zdania – usłyszał je bezpośrednio w swojej głowie. I wtedy zdał sobie sprawę, że faktycznie miała rację. Miała pełen dostęp do jego umysłu, do jego wspomnień, planów i przemyśleń. Mogła czytać z niego jak z otwartej księgi…
Na to nie odpowiedział, bo nie widział takiej potrzeby. Doszedł za to do wniosku, że jeśli wszystkie anioły są takie jak Zirael, to cieszy się, że ma z nimi niewiele wspólnego.
Chyba dostałby na głowę.
***
Był środek nocy. Reni, siedząc na dachu budynku przyglądała się jak Jace i Jonathan „włamują się” do domu Luka. W cudzysłowie, ponieważ nie dało się tego nazwać prawdziwym włamaniem. Po prostu sobie weszli, jak do siebie.
Reni pokręciła głową i podążyła za nimi, niewidzialna dla wszystkich, łącznie z Jonathanem. Trafiła do pokoju Clary w trakcie jej rozmowy z Jace’m. Sebastian póki co grzecznie czekał na korytarzu.
Ciekawe, ile uda mu się wytrzymać bez siania chaosu na lewo i prawo., westchnęła w myślach. Ostatnio zrobił się okropny pod tym względem. Nie żeby wcześniej było lepiej, ale przynajmniej starał się zachowywać pozory normalności. Powiedzenie „hulaj dusza, diabła nie ma” zaczęło przy nim nabierać zupełnie nowego – dość niepokojącego – znaczenia.
Westchnęła i już miała do niego wyjść, kiedy w uszy rzucił jej się fragment rozmowy.
-On zabił Maksa. Twojego brata.- powiedziała Clary, jej głos wahał się pomiędzy pełnym nadziei a zirytowanym.
-To był wypadek. Poza tym, Sebastian właściwie też jest moim bratem.
-Nie.- Clary pokręciła głową.- Nie jest twoim bratem, tylko moim. Chciałabym, żeby to nie była prawda. Powinien nigdy się nie urodzić…
Reni odruchowo skrzywiła się. Gdyby była w stanie kogokolwiek znielubić w swojej obecnej formie, to rudowłosa właśnie trafiłaby na czarną listę. Próbowała postawić się na jej miejscu, spojrzeć na to wszystko jej oczami – w końcu, też miała starszego brata, który do najgrzeczniejszych nie należał – i nawet jej się to udało, ale mimo to nie potrafiła zrozumieć jak można o kimkolwiek powiedzieć, że nie powinien się urodzić. Każde poczęte dziecko zasługuje na przyjście na świat, nawet jeśli jego przyszłe wybory poprowadzą je na nie odpowiednią ścieżkę. Zwłaszcza w przypadku Jonathana, który w tej jednej rzeczy nie zawinił ani trochę. Clary równie dobrze mogłaby mieć wąty do swojego ojca za a) nie użycie prezerwatywy; oraz b) trucie swojej żony krwią demona w trakcie ciąży.
-Jak możesz tak mówić?- Jace zwiesił nogi z łóżka.- Czy kiedyś brałaś pod uwagę, że rzeczy nie są tak czarno-białe, jak sądzisz?
-Chociaż jedna osoba mnie rozumie, na tym łez padole.- powiedziała Renata, sama do siebie.
Lubiła Jace’a, prawdopodobnie dlatego, że z charakteru bardzo przypominał jej Juna. Było jej go szkoda i gdyby tylko mogła, zerwałaby więź łączącą go z Jonathanem. Ot, jedno machnięcie mieczem i po sprawie. Niestety, zasady to zasady i nie byłaby w stanie ich złamać nawet gdyby bardzo chciała.
Właściwie, to po co nam miecze, skoro nie możemy ich używać? Chyba tylko dla ozdoby.
Nagle rozległ się krzyk, a po nim odgłos tłuczonego szkła. Jace i Clary od razu zerwali się na nogi i wybiegli.
-I tyle było spokoju.- westchnęła i podążyła za nimi, nie spiesząc się w ogóle.
W salonie, Jocelyn i Jonathan mierzyli się spojrzeniami. On – obojętnym i chłodnym, ona – pełnym niedowierzania i gniewu. Pod nogami kobiety leżały szklane skorupy po szklance, a wykładzina była w tym miejscu ciemniejsza przez wsiąkającą w nią wodę.
Starczyło jedno zerknięcie i Renata już wiedziała co się stanie. Beznadziejna sytuacja., skwitowała w myślach, ale na głos nie powiedziała nic. Stała tylko w rogu pomieszczenia, obserwując rozwój wydarzeń.
-Jonathan.- wyszeptała Jocelyn.
-Teraz jestem Sebastianem.- oświadczył chłopak.- Nie interesuje mnie zatrzymanie imienia, które daliście mi z ojcem, skoro oboje mnie zdradziliście. Wolę mieć z wami jak najmniej wspólnego.
Tym razem na nim spoczęło wrogie spojrzenie Reni, która w końcu zaczęła rozumieć dlaczego anioły były tak bardzo wyprane z gniewu i jemu podobnych uczuć. Gdyby mogła reagować na wszystko tak emocjonalnie, jak reaguje w swojej ludzkiej formie, to pewnie już dawno straciłaby cierpliwość i stała się upadłą.
-Myślałam, że nie żyjesz.- kontynuowała Jocelyn.- Nie żyjesz. Widziałam twoje spopielałe kości.
Na twarzy Jonathana malował się spokój pomieszany z beznamiętnością.
-Gdybyś była dobrą matką wiedziałabyś, że żyję. Pewien człowiek powiedział kiedyś, że matki przez całe życie noszą klucz do naszych dusz. Ale ty mój wyrzuciłaś.
Reakcja Jocelyn na to stwierdzenie sprawiła tylko, że Renatę jeszcze bardziej rozbolało serce. Zacisnęła dłonie w pięści.
-Nie brnij w to dalej. Proszę.- powiedziała, mając pewność, że tym razem Jonathan ją usłyszy.
I usłyszał. Nic sobie jednak nie zrobił z jej słów i kontynuował, a z każdym kolejnym słowem, które padło z ust jego i Jocelyn, Reni czuła coraz większą otchłań ziejącą w piersi.
W końcu, dziewczyna nie wytrzymała i wyszła.
Kilka machnięć skrzydłami i była w domu. Już w ludzkiej postaci skuliła się na łóżku, ze zdjęciem w ręce i zaczęła cicho płakać. Wiedziała, że nie powinna tak po prostu sobie pójść, ale nie zamierzała słuchać tych nonsensów. Nie, kiedy jej właśni rodzice przewracali się w grobie.
***
Renata nie była obecna, kiedy Jonathan wskrzeszał Lilith i z pomocą jej i drugiego Kielicha tworzył swoją armię. Zwyczajnie nie była w stanie.
-Jesteś pewna? Mogę cię zabrać do szpitala.- zadeklarował Jun, patrząc na siostrę z niepokojem i troską, o którą normalnie by go nie podejrzewała.
-Nie trzeba, to tylko migrena.- zapewniła po raz setny, wymuszając uśmiech.- Leć już do tego swojego studia.
Zmarszczył brwi, jeszcze raz lustrując wzrokiem jej drobną sylwetkę, zwiniętą w kłębek na łóżku. Wiedziała, co chce powiedzieć. Był gotów olać pracę i zostać z nią w domu.
-No, idź.- powtórzyła.- Bo później będziesz marudził, że przeze mnie dostałeś ochran od szefa.- powiedziała, a widząc, że wciąż nie wydaje się przekonany dodała.- I tak mi się tu nie przydasz.- I pokazała mu język.
Dopiero wtedy, z lekkim zażenowaniem dla jej jakże dorosłego zachowania, skinął głową. Podszedł jeszcze do niej i pocałował ją szybko w czubek głowy. Rzucił krótkie „Trzymaj się, dzieciaku” i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę Reni słyszała jeszcze jego kroki, kiedy krzątał się po mieszkaniu, zbierając potrzebne rzeczy.
Potem także one ucichły i dziewczyna została sama.
Ból rozrywał ją od środka i choć w ludzkiej postaci odczuwała go mniej intensywnie – bardziej jak tępe pulsowanie niż rozrywanie od środka -, to wciąż był nie do zniesienia. Zaczęło się, kiedy Jonathan próbował dobrać się do Clary…
A potem było już tylko gorzej.
I chociaż nie było jej przy nim, to miała wrażenie, że widzi wszystko jego oczyma. Czuła to samo, co on. Nienawiść i rządza władzy przytłaczały ją, dusiły i sprawiały, że nie mogła nabrać powietrza w płuca. Jednocześnie czuła też to, co tak usilnie próbował ukryć przed nią i resztą świata – zagubienie i pustkę.
***
Po bitwie Jonathan zatrzymał się w jednym z hoteli w świecie Przyziemnych. Clary zniszczyła dom jego ojca, ale wiedział, że da radę obejść się bez niego. Jednak póki co potrzebował odpoczynku. W zasadzie nie otrzymał żadnych obrażeń zewnętrznych, ale miał wrażenie, że jego ciało wręcz płonie po zerwaniu więzi z Jace’m.
Oparł się o ladę i pochylił głowę. Ból powoli znikał, pojawiło się za to inne uczucie.
Samotność uderzyła w niego tak gwałtownie, że musiał usiąść, bo miał problem z utrzymaniem się na nogach. Westchnął głęboko i pochyliwszy się ukrył twarz w dłoniach.
Na Anioła, co się ze mną dzieje?
Przez całe życie był sam. Zawsze miał jedynie ojca, który dbał tylko o to by potrafił dobrze zabijać. I nigdy mu to nie przeszkadzało.
Więc dlaczego teraz czuł się jakby cały świat zawalił mu się na głowę?
Niemożliwe, żeby strata Jace’a i Clary mogła wywołać taki efekt. Może przez chwilę łudził się nadzieją, że w końcu zyskał kompanów, którzy będą znaczyć dla niego więcej, niż podrzędne pionki… ale to nic nie znaczyło. Nie byli aż tak ważni.
Prawda?
Uścisk w jego klatce piersiowej tylko się nasilił, sprawiając mu wręcz fizyczny ból. Ciekawe, do tej pory sądził, że nie ma serca.
-Muszę się otrząsnąć.- powiedział sam do siebie, zaciskając dłonie na białych włosach.- To nic.- próbował się przekonać.- Mam cel i muszę go zrealizować. Sam. Na końcu zawsze zostaję sam.- powtarzał jak w transie, licząc, że to choć trochę pomoże.
Nie pomogło.
Jasna cho…
-Jonathan!
W jednej sekundzie zamarł, a jego źrenice rozszerzyły się w szoku. Obrócił głowę w stronę głosu, niemal od razu łapiąc kontakt wzrokowy z Zirael.
Te same jasne włosy i ubranie, co zwykle. A jednak teraz jej blask był mniej rażący, twarz poszarzała ze zmartwienia i strachu, a skrzydła opuszczone. Jej oczy nadal błyszczały, ale nie w ten sam sposób, co podczas ich ostatniego spotkania. Sprawiały wrażenie szklistych, jakby dziewczyna za chwilę miała się rozpłakać, ale nie mogła, bo anioły nie są do tego zdolne. Nie w ten sam sposób, co ludzie.
-Jonathanie.- powtórzyła, już spokojniej.- Nie jesteś sam i już nigdy nie będziesz. Kiedy to do ciebie dotrze?- zapytała zmęczonym tonem. Brzmiała jakby już dawno straciła wszelką nadzieję, że kiedyś zrozumie. Nie odezwała się więcej, nawet się nie poruszyła. Czekała na odpowiedź lub jakąkolwiek inną reakcję z jego strony, ale Jonathan zwiesił tylko głowę i zamknął się w swoim świecie kompletnie ignorując jej obecność.
A przynajmniej tak to wyglądało, lecz kilka minut później wstał i podszedł do niej powolnym krokiem, nadal unikając kontaktu wzrokowego. Zatrzymał się mniej niż pół metra od niej i podniósł na nią czarne jak sadza oczy. Ciężko było stwierdzić, co wyrażało jego spojrzenie, ale nie było to niemożliwe. Oczy są zwierciadłem każdej duszy, nawet tej należącej do człowieka, który po części jest demonem. Trzeba było tylko lepiej się przyjrzeć, żeby cokolwiek z nich wyczytać.
Reni widziała wszystko. Całe człowieczeństwo, którego się wypierał zakopane głęboko w jego podświadomości. Wiedziała, jakim człowiekiem mógłby być gdyby nie eksperymenty i wychowanie jego ojca. Wiedziała i tęskniła za tamtym Jonathanem całym sercem.
Niemal utonęła w jego czarnych tęczówkach, kiedy poczuła lekkie mrowienie na policzku. Jonathan podniósł dłoń do jej twarzy i delikatnie dotknął jej opuszkami palców. Niewiele to dało. Widział, że jej dotyka, jednak nie poczuł pod palcami skóry.
Zirael stała tuż przed nim, a czuł się tak jakby jej nie było.
-Nie wierzę, że tu jesteś.- powiedział zimnym tonem, ale gdy odezwał się ponownie jego głos wyrażał bardziej smutek niż oziębłość.- Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni? Kłamstwem, które sam wykreowałem, żeby nie czuć się samotnym? Jestem tak popieprzony, że nawet by mnie to nie zdziwiło.
Chciał dodać coś jeszcze, ale Zirael przyłożyła swoją dłoń do jego, bardziej przybliżając ją do swojej twarzy i nie pozwalając się odsunąć. Blask, który od niej bił zaczął stopniowo przygasać. Skóra i włosy nadal pozostawały jasne, ale teraz ich kolor był naturalny, bardziej przyziemny. Na koniec zniknęły również skrzydła, z cichym szelestem piór wnikając do wnętrza jej pleców, a jedynym dowodem, że dziewczyna faktycznie je posiada były dwa szerokie rozdarcia w jej białej bluzce.
-Aż tak szalony nie jesteś.- powiedziała miękkim głosem, nie tak dźwięcznym i czystym jak przedtem, ale wciąż przyjemnym dla ucha.
Teraz wyraźnie czuł ciepło jej policzka na swojej skórze.
Jonathan nawet nie zareagował na ten przejaw złośliwości z jej strony. Był zbyt zszokowany, żeby powiedzieć cokolwiek.
Była prawdziwa. Naprawdę istniała.
Wodził wzrokiem po delikatnych rysach jej twarzy, nosie, ustach, kilka razy wracał do bladoniebieskich oczu. Potem jego spojrzenie przesunęło się na dłoń, którą wciąż przyciskała do jego. Przesunął wzrok odrobinę niżej… i zamarł.
Zdjął rękę z jej policzka i zaciskając ją na nadgarstku Renaty, obrócił jej ramię, żeby upewnić się, że to co widział na pewno było prawdziwe.
Ciemne sińce pokrywały niemal całą jej rękę. Zaczynały się za nadgarstkiem i znikały pod rękawem bluzki. Druga ręka wyglądała podobnie, jeden z większych siniaków na szyi wystawał również spod dekoltu.
-Co to jest?- zapytał, choć doskonale wiedział, co to jest. Bardziej chodziło mu o dowiedzenie się dlaczego jest ich tak wiele i skąd się w ogóle wzięły.
Zirael posłała mu smutny uśmiech, którego nie potrafił zinterpretować. Nie miał nawet czasu się nad nim zastanowić, bo wyplątała rękę z jego uścisku i skrzyżowała ją z drugą na jego karku. Potem zrobiła coś czego zupełnie się nie spodziewał - nie po niej, nie w takiej sytuacji i nie po tym, co ledwie kilka godzin temu próbował zrobić Clary.
Pocałowała go.
Sprytny sposób na zmianę tematu., pomyślał, ale bynajmniej nie zamierzał jej tego wypominać. Oddał pocałunek, kładąc dłonie na jej biodrach i pomagając jej usadowić się na parapecie, żeby nie musiała stać na palcach.
Pocałunek był inny niż wszystkie te, których doświadczył. Nie próbował dominować, nie robił nic, żeby go pogłębić lub w jakikolwiek inny sposób zasugerować, że liczy na więcej. Jonathan pozwolił jej wargom sunąć po swoich powoli i uspokajająco, a kiedy w końcu się odsunęła na jej twarzy nie było śladu po wcześniejszym strachu.
Mimo to, nie puścił jej. Dalej obejmował ją ramionami, jakby bał się że zaraz zniknie, zostawi go znowu samego.
-Mam zostać?- zapytała cicho, widząc ten skrzywdzony wyraz twarzy, od którego krajało jej się serce. Cała reszta świata uważała go za potwora i mordercę. I faktycznie nim był.
Ale ona nie potrafiła tak o nim myśleć.
Po prostu, nie potrafiła.
Jonathan chciał potwierdzić. Chciał powiedzieć, żeby została na zawsze, nigdzie nie szła i była z nim do końca świata i jeszcze dłużej… Ale jakiś mechanizm obronny w jego umyśle zatrzymał te słowa zanim zdążyły zostać wypowiedziane. Walczył ze sobą, żeby się nie odsunąć.
Coś go odpychało, kazało mu ją odtrącić.
Nie zrobił tego.
Przełknął gulę w gardle, zamknął oczy i oparł czoło o jej ramię, a ona ponownie położyła ręce na jego karku przytulając go mocniej do siebie.
-Zostań.
***
Od kiedy Clary zniszczyła mu mieszkanie, Jonathan dość często przebywał na Jasnym Dworze w prywatnych komnatach królowej. Jej to nie przeszkadzało, wręcz lubiła mieć go przy sobie. W odróżnieniu od Zirael, która nie pokazywała się teraz prawie wcale. Nadal czuł jej obecność i wiedział, że doskonale go słyszy, ale nie widywał jej już nawet w anielskiej postaci. Nie wspominając o ludzkiej, którą pokazała mu tylko raz.
Jonathan pewnego razu zapytał ją o powód tej zmiany. Nie to, że mu zależało, po prostu był ciekawy.
-Wbrew temu, co myślisz nie jesteś centrum mojego świata, Jonathanie.- powiedziała.- Jak pewnie zauważyłeś, jestem aniołem na pół etatu, jeśli można to tak nazwać. Mam swoje ludzkie życie, którego nie mogę zaniedbywać, a to właśnie robiłam od dłuższego czasu.- westchnęła.-Poza tym… są miejsca, w które nie mogę za tobą podążyć.
Burknął coś, nawet nie zainteresowany udzieleniem odpowiedzi, a ona nie nalegała. Niedługo potem znowu zniknęła.
Minęło sporo czasu zanim dotarło do niego dlaczego czuje się tak pusty, że nawet pogrywanie z uczuciami królowej nie szło mu tak dobrze tak jak dawniej – zwyczajnie tęsknił. Jonathan Christopher Morgenstern tęsknił za naiwniutką dziewczynką, która od początku ich dziwnej relacji doprowadzała go do białej gorączki.
Cuda i dziwy, proszę państwa.
Cuda i dziwy.
***
Grube żaluzje na oknach nie przepuszczały wiele światła z zewnątrz, toteż w pomieszczeniu panował półmrok. Sam pokój był niczym więcej jak jednym z apartamentów hotelowych wynajętym przez Jonathana, żeby choć na chwilę wyrwać się ze szponów królowej. No i… potrzebował dobrego miejsca na rozmowę, a Jasny Dwór zdecydowanie się nie nadawał.
Duże, dwuosobowe łóżko było równiutko pościelone, Fosforos leżał na kanapie, rzucony tam przez swojego właściciela, a na samym środku pomieszczenia stały dwie postacie.
-Co?- wykrztusiła anielica, przerywając ciszę, która zalegała do tej pory. Chociaż skrzydła nadal wyrastały z jej pleców jej głos wydawał się bardziej piskliwy niż zwykle. Bardziej ludzki.
Jonathan nie zamierzał się powtarzać. Powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia i najchętniej by już sobie poszedł, ale chciał mieć pewność.
-To…- Zirael poświęciła równo trzy sekundy, na przemyślenie swoich następnych słów, a potem dała sobie spokój. Przecież to i tak nie miało większego znaczenia.- To nie jest takie proste jak sobie wyobrażasz.- powiedziała, marszcząc brwi.- Myślisz, że jak teraz każesz mi spadać to po prostu sobie pójdę, wrócę so swojej codzienności i wszystko będzie jak dawniej? A w życiu! Tego nie da się cofnąć, a nawet gdyby się dało to ty nie miałbyś żadnego prawa do wypowiadania się na ten temat, tak jak nie miałeś wcześniej.
Jonathan zmrużył oczy. Czyli ta dziewczyna jednak miała jakiś charakter. Dobrze wiedzieć. Mimo to, nadal nie wyglądała na złą czy wściekłą. Na jej twarzy było widać smutek. Tylko i wyłącznie smutek.
-Nie obchodzi mnie to wasze śmieszne prawo.- odparował twardo.- Moim celem jest spalić ten świat. Jeszcze dzisiaj wyruszam do Edomu, a jak mniemam to jest jedno z tych miejsc, do których nie możesz za mną pójść. Więc dlaczego, na Anioła, uparłaś się, żeby to dalej ciągnąć?!
-A co innego twoim zdaniem mam zrobić?- Nie krzyknęła, chociaż miała taką ochotę.- Chcę ci pomóc, idioto. Nie widzisz tego, prawda?- zapytała retorycznie, rozkładając ręce.- Otaczasz się chmarą trupów, w ogóle nie dostrzegając, że i tobie Śmierć dyszy w kark. Raz już umarłeś, chcesz to powtórzyć?
-Nie umrę. Nie tym razem.
Zirael pokręciła bezradnie głową.
-Proszę, pomyśl choć raz o sobie. O prawdziwym sobie, o swojej duszy i swoim dobru.- Spróbowała podejść go z innej strony.- Choć na chwilę przestań patrzeć na świat z perspektywy swojego ojca i Lilith, a od razu zobaczysz, że to co robisz nie jest twoim celem. To są ich cele, ich marzenia. Jakie są twoje?
-Przestań mieszać mi w głowie!- wrzasnął z wściekłością uderzając pięścią w ścianę.
Tynk pęknął i posypał się na ziemię razem z farbą, mało brakowało, a przebiłby ją na wylot. I nawet nie poczuł tego uderzenia. Wiedział, że wraz z wiekiem coraz bardziej zmieniał się w potwora pokroju Lilith. Miewał nawet momenty, kiedy go to niepokoiło, ale teraz był w stanie myśleć o tym jedynie jak o potędze, którą wykorzysta do spełnienia swojego celu.
-Wynoś się.- rzucił w stronę anielicy głosem bezbarwnym i wręcz przesiąkniętym obojętnością.- Nie chcę cię więcej widzieć.
-I nie zobaczysz.- potwierdziła.- Nie będziesz miał okazji. Koniec nastąpi szybciej niż myślisz i tym razem Lilith nie będzie w stanie cię uratować.
A potem zniknęła.
Nie czuł jej obecności, nie słyszał głosu w głowie.
Odeszła.
Jonathan spodziewał się, że odczuje ulgę. Zamiast tego poczuł się jakby ktoś żywcem wyrwał mu serce gruchocąc po drodze wszystkie kości, jakie napotkał na swojej drodze. Ból podobny do tego, po zerwaniu więzi z Jace’m, ale dziesięć razy silniejszy.
Zacisnął zęby aż zabolały, ale nie udało mu się powstrzymać krzyku.
***
-Czasu past perfect używamy zazwyczaj razem z innym czasem przeszłym, gdy chcemy opisać sytuację za przeszłą. Kto mi powie jak tworzy się zdania w tym czasie?
Jedna z dziewczyn zgłosiła się do odpowiedzi. Renata nie widziała która. I tak niezbyt ją to interesowało.
Siedziała tylko z wzrokiem wpatrzonym w park naprzeciwko jej szkoły i liczyła płatki śniegu, leniwie sypiące się z góry. Chciała już wrócić do domu, gdzie mogła zamknąć się w swoim pokoju i przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Nic nie było w porządku. Nie tyle z nią, co z Jonathanem.
Nagle przy wejściu do parku pojawiła się postać o kruczych skrzydłach odziana w szarość i czerń, tak skrajnie odróżniające się od zimowej scenerii. Reni ożywiła się, gdy mężczyzna skinął jej głową i ponownie zniknął, tym razem pojawiając się o wiele bliżej, na dachu hali sportowej. Uniosła się nieznacznie na krześle i obrzuciła klasę nerwowym spojrzeniem. Nikt niczego nie zauważył. Nauczycielka skończyła tłumaczyć zasady działania czasu i po angielsku poleciła uczniom otworzyć ćwiczenia. Reni wykorzystała moment, gdy jej uwaga była skupiona na książce i przybrała postać astralną. Dwa machnięcia skrzydeł później była już na dachu.
-Zirael.- Mężczyzna powitał ją jej anielskim imieniem.
-Malfasie.- wyszczerzyła się, podchodząc bliżej.- Dobrze cię znowu widzieć.
-Nie wątpię.- Demon odwzajemnił gest, unosząc kącik ust w górę.- Widzę, że sporo się ostatnio u ciebie wydarzyło. Nie było mnie niecałe trzy miesiące, a ty już wpakowałaś się w jakieś bagno, mam rację?- W jego głębokim głosie zabrzmiała protekcjonalność.
Renata westchnęła.- To aż takie oczywiste?- zapytała, a jej uśmiech odrobinę przygasł.
-Twoja aura się zmieniła.- powiedział.- Kiedy ostatnio cię widziałem, była czysta jak łza. Teraz wydaje się… zbrukana.- Niedodane „co się stało?” zawisło między nimi w powietrzu.
-…Zostałam czymś stróżem.- powiedziała po chwili milczenia.
-Tyle się domyśliłem.
-Kojarzysz może Jonathana Morgensterna? Albo Sebastiana?- zapytała, licząc, że w ten sposób oszczędzi im obu wyjaśnień.
-Morgenstern, hm.- zastanowił się.- Obiło mi się o uszy. To ten bękart Lilith?
Renata przytaknęła.- To on.
Sebastian aż się pochylił, przykładając rękę do twarzy. Reni chyba po raz pierwszy widziała jak Wielki Demon strzela face palm’a, intuicja podpowiadała jej jednak, że nie jest to ostatni raz.
-Panie dopomóż, czyj to był pomysł? Myślałem, że Raziel użera się z Nocnymi Łowcami.
-Cóż, dla mnie zrobił wyjątek.- Renata usiadła na dachu. Dzwonek musiał zadzwonić na przerwę, bo ze szkoły zaczęli wysypywać się uczniowie.- On i Netaron zgodnie uznali, że skoro udało mi się dogadać z tobą to z nim również sobie poradzę.
Brunet fuknął, ale nie ciągnął tematu ich znajomości.- Musisz przechodzić z nim przez piekło.- wymamrotał pod nosem.
Z jakiegoś powodu rozbawił ją tym stwierdzeniem do łez. Z tym, co obecnie wyprawiał Jonathan powiedzenie „przejść przez piekło” nabierało zupełnie nowego, dosłownego, znaczenia.
-Jak ci idzie?- zapytał.
-Myślę, że udało mi się z nim „dogadać”.- powiedziała, ocierając wilgoć w kącików oczu i pociągnęła nosem.- Szkoda tylko, że nie miałam więcej czasu aby spróbować mu pomóc.- dodała, odrobinę płaczliwie.-To znaczy?
-Miałam wizję, wczoraj w nocy.- przyznała cicho, podciągając kolana do siebie i obejmując nogi ramionami.- To się kończy dzisiaj. Wojna, Jonathan, wszystko zakończy się dzisiaj w Edomie. Jonathan jest zbyt chory, aby przeżyć. Jest w nim zbyt mało dobra, aby przeżyć kontakt z Niebiańskim Ogniem. Udało mi się zdobyć jego zaufanie, ale nie zdążyłam wykorzystać relacji, którą zbudowaliśmy, aby sprowadzić go na dobrą drogę. Zawiodłam.- wyszeptała, ukrywając twarz w kolanach.
-Reni.- powiedział Sebastian z zaskakującą delikatnością i pochylił się, chcąc położyć rękę na jej ramieniu. Zawahał się jednak i zrezygnował. Dotykanie się, nawet przez materiał, nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem ani dla niego ani dla niej, zwłaszcza gdy była w swojej anielskiej postaci.- To nie jest twoja wina.
Renata mówiła dalej, jakby w ogóle go nie usłyszała.- W dodatku nie mogę przy nim być w jego ostatnich chwilach, bo to pieprzony Edom i nawet gdybym wiedziała jak się tam dostać, to nie przeżyłabym pięciu minut-
-Mogę cię zabrać do Edomu.- zaproponował zaskakując tym nie tylko ją, ale i samego siebie.
Nastolatka uniosła głowę i spojrzała na niego spod uniesionych brwi.- Serio?
Sebastian przytaknął.- Nie będzie zbyt przyjemnie i pewnie zadziałasz jak magnes na wszystkie demony z okolicy, ale jeśli nie zabawisz tam długo, to może się udać.
-Dziękuję!
Ledwie skończył mówić, a Reni poderwała się na nogi. Zaskoczony uniósł ręce i skrzydła, gdy sześćdziesiąt kilo czystego Niebiańskiego Ognia rzuciło się aby go przytulić. Spojrzał w górę, jakby wołając o pomstę do nieba i delikatnie, jakby dotykał jeża, poklepał ją po plecach, ciesząc się, że była zima i ludzka etykieta nakazywała się grubiej ubierać.
-Cała przyjemność po mojej stronie.- odparł.- A teraz odsuń się proszę, zanim oboje staniemy w płomieniach.
***
Nawet anielska odporność nie zdołała w pełni ochronić jej przed przytłaczającą falą ciepła, która uderzyła w nią gdy tylko znaleźli się na jednym z edomskich (tak, wiem, że nie ma takiego słowa xd) wzniesień. Zaraz po niej przyszedł pulsujący ból głowy i skuliła się w sobie zaciskając palce na skroniach. W powietrzu było tak wiele biegunowej energii, że czuła jakby mózg miał zaraz wyciec jej uszami.
-Ostrzegałem, że będzie bolało.- Usłyszała obok głos Sebastiana, przytłumiony przez nieznośny szum w uszach.
Machnęła ręką, co miało być niemą prośbą, aby dał jej chwilę na przyzwyczajenie się. Najlepszym wyjściem byłby powrót do ludzkiej postaci, ale wtedy nie mogłaby ukrywać się w postaci astralnej. Dla demonów może i nie miałoby zbyt wielkiego znaczenia to czy jest materialna czy nie, ale dla przebywających tu Mrocznych i ekipy Clary już tak. Poza tym, nawet z Sebastianem pod ręką nie chciałaby pozostawać kompletnie bezbronna w świecie demonów. Ostatecznie tylko odrobinę stłumiła swoją energię. Minęła minuta, może dwie, kiedy Reni powoli odsunęła dłonie od twarzy i odetchnęła głęboko. Płuca i przełyk zapiekły, ale ból przypominał bardziej zapalenie oskrzeli niż piekielny ogień palący ją od środka.
-Lepiej już?
Skinęła głową, wciąż z zaciśniętymi powiekami.
-To dobrze, bo mamy towarzystwo.
Reni natychmiast otrzeźwiała i podążyła za wzrokiem Sebastiana. Jakieś sto metrów od nich w powietrzu unosił się demon. Krążył niespokojnie i chociaż Renata nie potrafiła dostrzec w nim ani cząstki ludzkiej sylwetki czuła na sobie jego wzrok. Już miała przysunąć się bliżej Sebastiana, kiedy oboje wyczuli nagły skok energii tuż za swoimi plecami. Odwrócili się i ujrzeli jak z kłębów czarnego dymu wyłania się wysoki, blady mężczyzna w eleganckim białym garniturze i koronie z drutu kolczastego na głowie.
-Nie przejmujcie się, to tylko mój zwiadowca.- powiedział mężczyzna. Jego kocie, złotozielone oczy od razu odszukały wzrokiem Renatę i na ustach demona wykwitł szeroki uśmiech – rozbawiony i jednocześnie nonszalancki, jakby nakrył dzieci na podjadaniu ciastek przed obiadem.
-Asmodeusz.- odezwał się Sebastian. Odciągnął uwagę demona od niej, za co Reni była mu dozgonnie wdzięczna i ledwo powstrzymała się przed westchnieniem ulgi.- Chciałbym powiedzieć, że dobrze cię widzieć, ale nie skłamałem od stu pięćdziesięciu lat, więc pewnie trochę wyszedłem z wprawy.- Uśmiechnął się złośliwie. Na pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie rozluźnionego, jego postawa była wręcz lekceważąca, ale po jego czujnym spojrzeniu i napiętej sylwetce Reni domyśliła się, że nie jest jedyną osobą, która nie chce tu być.
-Jesteś za to równie bezczelny co dawniej.- odparł Asmodeusz.- Co robisz w moim Edomie? Czyżby służenie ludziom już ci się znudziło i postanowiłeś wrócić do domu?
-Znudziło? Owszem, ale nigdzie nie wracam.- Zerknął ukradkiem na Renatę.- Nie planuję zabawić tu długo.
-Szkoda.- Asmodeusz wykrzywił twarz w geście, który miał chyba obrazować smutek i zawód, ale nawet nie starał się aby te emocje wyglądały na prawdziwe.- Lucyfer przyjął by cię z otwartymi ramionami, jak syna marnotrawnego.
Malfas skrzywił się.- Nie wątpię.
-A ta młoda dama to kto?- Uwaga demona ponownie skupiła się na Renacie i dziewczyna poczuła przemożną chęć spalenia go żywcem. Od tak, po prostu źle mu z oczu patrzyło.
-Nie twój interes.- odparł Sebastian.
Asmodeusz się roześmiał.
-Macie szczęście, że trafiliście na mnie, a nie na Lilith lub Azazela. Wiesz, że on niezbyt cię lubi.
-Azazel nie lubi nikogo.- skwitował, przewracając oczami.- Dasz nam w końcu iść, czy będziemy tak stali do usranej śmierci, a to może trochę potrwać.
-Uch, niemiły jak zawsze.- westchnął z ubolewaniem.- Doceniłbyś lepiej, że trzymam cię na dystans, kiedy dzieciaki w twierdzy bawią się skeptronem.
Sebastian zmarszczył brwi i już uchylał wargi aby odpowiedzieć, gdy z wnętrza twierdzy w niebo wystrzelił olbrzymi słup Niebiańskiego Ognia.
-Jonathan!- zawołała Reni, wzbijając się do lotu.
Malfas rzucił jeszcze ostatnie ostrzegawcze spojrzenie Asmodeuszowi i podążył za nią.
***
Jonathan nagle pożałował tak wielu rzeczy, że potrzebowałby co najmniej dnia, aby je wszystkie spisać. Gorycz w oczach Clary, gdy powiedział jej, że nie ma dla nich drogi powrotnej na Ziemię była jak kolejny kolec z oplatających jego serce cierni. Nawet w swoich ostatnich chwilach nie potrafił przydać się jej do czegokolwiek.
-Dobrze, nienawidź mnie, Clary.- powiedział.- Ciesz się, kiedy umrę. Ostatnie czego bym teraz chciał to przysporzyć ci jeszcze więcej smutku.
Leżał z głową na kolanach Jocelyn i słyszał jej cichy szloch. Chciał złapać ją za rękę, ale ciało nie chciało go słuchać. Wszystko bolało, oddychał z trudem, a jednocześnie było mu jakoś… lżej.
-Nie nienawidzę cię.- odezwała się w końcu jego siostra.- Nienawidzę Sebastiana. Ciebie nie znam.
To chyba mamy podobny problem., pomyślał. Bo ja sam siebie nie znam. Nikt nie wiedział co kryło się pod zasłoną z nienawiści, którą otaczał się całe życie. Nikt, łącznie z nim samym. Nikt poza…
-Śniło mi się jakieś zielone miejsce.- przypomniał sobie nagle.- Wiejska rezydencja, mała dziewczynka o rudych włosach i przygotowania do wesela. Jeśli istnieją inne światy, może to jest taki, w którym byłem dobrym bratem i dobrym synem.- Do tej pory myślał, że to tylko sen podrzucony mu przez Renatę w ramach zemsty po tym jak ją odtrącił. Co prawda nie miał okazji jej o to zapytać, ale teraz to i tak nie miał znaczenia.
-Nie sądziłam, że potrafisz marzyć.- Clary wzięła głęboki oddech.- Valentine napełnił twoje żyły trucizną, a potem wychowywał cię do nienawiści. Nigdy nie miałeś wyboru, ale miecz wszystko wypalił. Może taki jesteś naprawdę.
-To byłoby piękne kłamstwo.
-Jonathan!
Nie miał siły się nawet zdziwić, kiedy widok na Clary nagle przysłoniła mu Zirael. Co anioł robił w Edomie? Jak się tu dostała? Po co aż tak zaryzykowała? Dlaczego do niego wróciła? Gdyby miał więcej czasu chętnie poznałby odpowiedzi na te pytania, ale teraz mógł tylko zatonąć w jej szklistych bladoniebieskich oczach i cieszyć się, że mógł po raz ostatni ją zobaczyć.
Ciało wciąż odmawiało mu posłuszeństwa, ale udało mu się wymusić dla niej gorzko-słodki uśmiech.- Ogień Gloriousa wypalił krew demona. Przez cały życie ona parzyła moje żyły, cięła serce jak ostrze, przygniatała jak ołów, przez całe życie, a ja o tym nie wiedziałem. Nie znałem różnicy.- Nie wiedział czy mówi do Clary czy Zirael, może do nich obu, ale nie robił tego, żeby się usprawiedliwić. Po prostu czuł, że musi to powiedzieć. Chciał aby wiedziały, ile dla niego zrobiły.- Nigdy nie czułem się taki… lekki.
Kiedy zamykał oczy, nie spodziewał się, że ledwie tydzień później przyjdzie mu otworzyć je ponownie.
***
Renata mocniej zacisnęła dłonie na kubku z gorącą czekoladą i okryła się kocem. W mieszkaniu jej i Juna nie było zimno, ale w takich warunkach lepiej jej się myślało. Laptop spoczywał na kolanach otwarty na programie do pisania, a tam widniały kolejne linijki wiersza. Dopisywała kolejne, co chwilę je kasując i zmieniając budowę zdania, żeby brzmiała lepiej. Chociaż, w gruncie rzeczy, zapisywała po prostu swoje przemyślenia. Nic więcej.
-Ren, za chwilę wychodzę.- powiedział Jun. Spojrzał na siostrę z nutą bezradności, rozłożył ręce i zapytał:- I jak?
Reni zmierzyła go wzrokiem - od eleganckich, sznurowanych butów; przez ciemne spodnie i marynarkę od garnituru narzuconą na czarny podkoszulek z szarym nadrukiem; aż po czerwono-pomarańczową chustę zawiązaną na nadgarstku i przydługie, czarne włosy zgarnięte na prawy bok i wymodelowane tak aby ładnie się układały, jednocześnie odsłaniając wygolony pas czarnej szczeciny nad lewym uchem. Przechyliła głowę na bok, udając, że się zastanawia.
-Po co ci ta chusta?- zapytała w końcu, jakby to była w tej chwili najważniejsza kwestia.
-Idę na Sylwestra, nie na pogrzeb, chciałem dodać jakiś element kolorystyczny.- wzruszył ramionami.
-W takim razie jest idealnie.- uśmiechnęła się.
-Jesteś pewna, że nie chcesz iść?- zapytał, po raz n-ty.- Wiem, że to impreza dla pracowników, ale Papa Smerf na pewno nie miałby nic przeciwko gdybyś przyszła. Wiesz, że on cię uwielbia, podobnie jak reszta wytwórni.
-Nie mam ochoty na balowanie.- zapewniła.- Wolę posiedzieć w domu i pooglądać jakieś filmy albo poczytać.
Jun spojrzał na nią sceptycznie, wydając z siebie długie „mmmhhmmm”.
-Mówię prawdę!
-Jasne, jasne.
-Jun! Przysięgam, jeszcze jedno słowo i nie pożyczę ci więcej żadnych moich kolczyków!- zagroziła, a Jun w lot pojął, że dziewczyna nie żartuje i przestał się wykłócać.
Pokręcił się jeszcze trochę po domu, zabrał telefon i kluczyki, zapowiedział, że wróci jutro koło południa i wyszedł, zostawiając Renatę samą.
Dziewczyna westchnęła. Odłożyła laptopa i czekoladę na bok, mocniej szarpnęła za kocyk i położyła się na kanapie, wbijając pusty wzrok w ścianę.
-Już Sylwester.- szepnęła sama do siebie.- Prawie rok.
Dokładnie tyle minęło od chwili kiedy ostatnio widziała Jonathana.
Na początku było jej ciężko. Tak jak powiedział jej Netaron – więź wcale nie zniknęła, kiedy się od siebie oddalili. Mimo, że Jonathan nie czuł z nią już żadnego połączenia –przecież właśnie tego chciał, co nie? – to ze strony Reni więź nie zniknęła ani trochę. Nadal czuła jego obecność, słyszała jego myśli i bicie serca. Czuła jak Niebiański Ogień wypala całą demoniczną krew, która płynęła w jego żyłach i jak chwilę potem jego serce zatrzymuje się. Tym razem nie zemdlała, jak ostatnio. Ani na chwilę nie puściła jego ręki, kiedy Asmodeusz odesłał go wraz z Jocelyn i Lukiem do Alicante. Była obecna, kiedy jego ciało było palone na stosie oraz gdy Clary wrzucała prochy do jeziora Lyn.
Zadaniem anioła stróża po śmierci podopiecznego jest towarzyszenie jego duszy na Sądzie Ostatecznym.
Ale duszy Jonathana nigdzie nie było.
-Pewnie nie nadszedł jeszcze jego czas.- odpowiedział Netaron, kiedy Reni się go o to zapytała.
I faktycznie, tydzień później obudziła się z dziwnym uczuciem, jakby ktoś podłączył ją pod defibrylator, ale to nie jej serce było pobudzane do życia, tylko Jonathana.
Nie obchodziło ją kto go wskrzesił i po co, chociaż może powinno. Liczyło się tylko to, że żył. Jeszcze tej samej nocy zablokowała dostęp do jego umysłu. Nie tylko sobie – wszystkim. Od demonicy, która zwała się jego matką począwszy.
Tak minęło jej jedenaście długich miesięcy.
Westchnęła.
-Ciekawe, czy w Sylwestra dowożą pizzę do domu?- burknęła, zbierając się w kanapy i ponownie zasiadając przed laptopem z zamiarem znalezienia odpowiedzi na to jakże ważne pytanie.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
Renata popatrzyła nieufnie na drzwi wejściowe. Wszystkim swoim znajomym już dawno wbiła do głowy, że Sylwestra planuje spędzić na kanapie, więc kogo, do licha ciężkiego, przywiało?! Chcąc nie chcąc podniosła się z kanapy, zrzuciła z ramion kocyk, a po drodze do drzwi ogarnęła trochę włosy, żeby nie wyglądały jakby wstała ze stogu siana. Nacisnęła klamkę i… na chwilę odebrało jej mowę.
Osoba stojąca za drzwiami miała proste, białe włosy i bladą cerę. Był odrobinę chudszy niż go zapamiętała, a jego oczy nie były już czarne. Teraz były jasne i przejrzyste, a ich kolor przywodził na myśl pierwsze liście, które pojawiały się na drzewach po zimie. Zielone, tak jak w chwili jego śmierci.
Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w jej stronę, po czym ostrożnie położył ją na jej policzku, jakby bał się, że ją spłoszy.- Cześć.
-Jonathan- szepnęła, trochę niepewnie, po czym powtórzyła z większym uczuciem.- Jonathan!
Rzuciła mu się na szyję, złączając ich usta w pocałunku. Chwyciła go za kurtkę i wciągnęła do mieszkania, a on zatrzasnął drzwi wolną ręką, drugą trzymając na jej plecach, trochę powyżej talii. Odsunęli się od siebie dopiero wtedy, gdy zaczęło brakować im tchu.
-Wow,- szepnął Jonathan, przełamując ciszę.- Takiego powitania się nie spodziewałem.- stwierdził, uśmiechając się trochę nieśmiało, a Reni na to zamrugała kilkakrotnie ze zdziwienia. Morgenstern uśmiechający się w ten sposób był czymś całkowicie abstrakcyjnym nawet dla niej.
Trzeba się będzie przyzwyczaić.
-A czym cię miałam przywitać? Chlebem i solą?- fuknęła Renata, odzyskując rezon.
-Spodziewałem się raczej, że zatrzaśniesz mi drzwi przed nosem i wezwiesz policję.- westchnął, całkowicie szczerze.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Tak, jasne.- Odsunęła się od niego, choć najchętniej zostałaby gdzie była i dalej cieszyła się widokiem jego zielonych tęczówek. Czarne też mu pasowały, ale z zielonymi jego oblicze łagodniało.- Ściągaj buty i wchodź.
-Nie.- padła odpowiedź.
-Hm?
-Nie chcę wejść.- powtórzył.- Chcę wyjść. Z tobą, gwoli ścisłości.- sprostował.
-Gdzie?- Renata uniosła brew.
-Do Hanolulu.- prychnął Jonathan.- Do restauracji, a gdzie indziej. No, chyba, że masz inne plany…
Wytrzeszczyła na niego oczy. Pojawił się znikąd po roku czasu zapraszał ją na randkę? Świat stanął na głowie, a ona to przegapiła, czy jak?
-Zirael?- ponaglił ją, a Reni dopiero teraz zdała sobie sprawę, że on nie zna jej ludzkiego imienia. W sumie to logiczne, bo nigdy mu go nie zdradziła, ale wciąż po tak długim czasie…
-Nie, nie mam.- odpowiedziała, na jego wcześniejsze pytanie i uśmiechnęła się, przelotnie zerkając na zegarek.- Daj mi piętnaście minut, przecież nie pójdę w piżamie.- Ruszyła w stronę swojego pokoju, ale odwróciła się jeszcze zanim zniknęła za drzwiami.- A na przyszłość, mów mi Reni.
***
Isao podniósł do ust kieliszek z czerwonym winem i upił odrobinę, nie odwracając wzroku od pary siedzącej na drugim końcu pomieszczenia. Nie słyszał stąd przebiegu ich rozmowy, nie zamierzał również rzucać żadnego zaklęcia, żeby sobie to umożliwić. W odróżnieniu od siedzącego naprzeciwko niego Magnusa.
-Jesteś zupełnie bezczelny.- wytknął prześmiewczo.
Wysoki Czarownik Brooklynu spiorunował go wzrokiem, a jego kocie oczy błysnęły groźnie.
-To Jonathan Morgenstern, nie możesz ode mnie oczekiwać, że z marszu zaufam mu po tym wszystkim co zrobił mnie i mojej rodzinie.- odparł ostrzegawczym tonem.
Uśmiech Isao powoli zniknął.- Nie oczekuję.- powiedział, na powrót poważnym tonem.- Dlatego cię tutaj przyprowadziłem i pozwalam ci ich obserwować.- Wskazał głową na dwójkę nastolatków. Blond włosa dziewczyna – Renata, z tego co zapamiętał z jej akt – śmiała się w najlepsze podczas gdy ostatni dziedzic Morgensternów wyglądał jakby miał zaraz stracić resztki cierpliwości. I faktycznie, niedługo później sam się zaśmiał. Może nie tak ostentacyjnie jak jego towarzyszka, ale wciąż był to szczery uśmiech.- Chcę, żebyś na własne oczy zobaczył, że się zmienił.- zwrócił się z powrotem do czarownika.- To nie jest ta sama osoba.
Magnus nie odpowiedział. Jego oczy błysnęły gdy ponownie skupił się na ich rozmowie. Chwilę potem westchnął, oparł się na stole i wbił wzrok w zamówione przez siebie danie. W sumie, nie było głodny, ale chciał zachować pozory.
-Przeprasza ją.- powiedział, jakby sam w to nie wierzył.- Ze wszystkich ludzi, którym zrobił krzywdę, których zranił, oszukał i którym odebrał wszystko to, co było dla nich najcenniejsze… przeprasza akurat ją. Dlaczego? Kim ona w ogóle jest?
Isao jeszcze raz spojrzał na szesnastoletnią dziewczynę siedzącą naprzeciwko Jonathana. Chuda, blada, o gładkiej cerze i naprawdę cudownym uśmiechu. Z blond włosami spływającymi na plecy. W kremowym swetrze i dżinsach. Nic specjalnego. Gdyby Jonathan nie powiedział mu kim jest naprawdę, wziąłby ją za zwykłą przyziemną.
-Jego aniołem stróżem.- odpowiedział, niezbyt przejmując się czy Magnus mu uwierzy. Właściwie, to dopóki Isao nie zobaczył ich razem, sam wątpił. No bo… czy to nie byłoby trochę zbyt ironiczne? Pół-demon-pół-nefilim zakochany po uszy pół-anielicy-pół-przyziemnej? I to jeszcze z wzajemnością? Nie, to było aż zbyt niemożliwe.
Teraz, kiedy widział jak na siebie patrzą i jak ze sobą rozmawiają, trzymając na stoliku złączone ręce, miał wrażenie, że nie ma czegoś takiego jak „niemożliwie”.
Magnus w odpowiedzi obdarzył go sceptycznym spojrzeniem, ale po kolejnych minutach rozmowy zaczął zmieniać zdanie.
„Wciąż nie mogę sobie wybaczyć, że tak po prostu cię zostawiłam.”
„O czym ty mówisz?”
„Powinnam być przy tobie gdy umierałeś. Powinnam przeprowadzić cię na drugą stronę. Szukałam cię później, wiesz? Ale twojej duszy nigdzie nie było…”
„Zi… Reni, niczemu nie zawiniłaś. To ja cię przepędziłem, pamiętasz? Ja. Nawet, gdybym miał przez resztę wieczności błąkać się wśród cieni, to nie byłoby twoją winą.”
-Jak długo się znają?- zapytał Magnus.
-Nie jestem pewien.- Isao skrzyżował ręce.- Chyba jakoś od momentu, w którym Jonathan wcielił się w rolę Sebastiana Verlac’a.
-Czyli wystarczająco długo, aby zdążyła poznać jego okrutną stronę.- wymamrotał Magnus, sięgając po swojego drinka. Wiedziała o wszystkim. Jeśli faktycznie była jego aniołem stróżem, to pewnie doświadczyła z jego strony o wiele więcej bólu niż Clary, Jace czy ktokolwiek inny. A mimo to śmiała się do niego, dotykała go bez krzty urazy i… troszczyła się o niego. Szczerze.
Magnus czuł na sobie wyczekujące spojrzenie Isao. Nadal nie wiedział dlaczego czarownik zdecydował się powiedzieć mu o Jonathanie – znając Isao pewnie nigdy się nie dowie – ale skoro już został wtajemniczony, to mógł spojrzeć na to trzeźwym okiem.
-Nadal nie wiem dlaczego go wskrzesiłeś w pierwszej kolejności.- zaczął.- Ale skoro już żyje, i nie jest pół-demonem… to nie będę paplą i nie doniosę Clave.
-Dzięki, przyjacielu.
-Nie przyjacieluj mnie.- przystopował go, po czym westchnął. Nie miał siły dzisiaj wypytywać Isao jaki był charakter rytuału, który przeprowadził, ale to na pewno był temat, do którego zamierzał w niedalekiej przyszłości wrócić. W końcu przywrócenie kogoś do świata żywych burzyło wszelkie prawa życia i śmierci w dodatku wiązało się z wielkim ryzykiem. Gdyby Isao użył czarnej magii Jonathan pewnie ze świrowałby po kilku dniach, tygodniu maksymalnie, a tymczasem minął prawie rok i miał się świetnie…
Magnus ponownie westchnął. Cóż, skoro wrota Piekieł nie stanęły otworem i nie wciągnęły ich wszystkich do środkach, to chyba nie było aż tak źle.
Magnus dopił swojego drinka i powoli zaczął wracać do dawnego, optymistycznego siebie.
-Wiesz co ci powiem?- odezwał się Isao, jeszcze raz spoglądając w stronę stolika nastolatków.
-Hym?
-Może to trochę naciągane, ale wydaje mi się, że ta dziewczyna dokonała czegoś, w czym lata temu zawiodła Jocelyn Fairchild.
-Mianowicie?- Magnus przechylił głowę w zaciekawieniu.
-Nie tylko rozkochała w sobie potwora, ale także udało jej się go zmienić.
Magnus parsknął śmiechem.- To jest naciągane.- stwierdził.
-Ale prawdziwe.- powiedział.- Przez ostatnie kilka miesięcy mówił tylko o niej, jakby była jedynym, co na tym świecie zachowało dla niego jakąkolwiek wartość. Dlatego zgodziłem się pomóc mu w odszukaniu jej. Nawet nie wiesz jak długo próbowałem rozgryźć gdzie może mieszkać, a w końcu okazało się, że miałem ją pod samym nosem w moim własnym mieście.
Posiedzieli jeszcze chwilę w ciszy, po czym Magnus poprosił o rachunek za siebie i zaczął zbierać się do wyjścia.
-Cóż, miło się gadało, ale muszę wracać do USA.- powiedział.- Alec będzie zazdrosny, gdy się dowie, że poszedłem do drogiej restauracji innym facetem. Wymówki typu „To tylko stary znajomy” już dawno przestały na niego działać.
-Nie dziwię się.- zachichotał Isao, płacąc przy okazji swój rachunek i idąc w jego ślady.- Możesz dodać, że jestem jednym z niewielu „starych znajomych”, który z tobą nie sypiał.
-Ta, nie żebym nie próbował.- Magnus wywrócił oczami na wspomnienie dziewiętnastowiecznej Anglii.- Tyle lat, a ty nadal trzymasz się tej swojej heteroseksualności, jakby życie od tego zależało. Nie nudzi cię to?
-Obawiam się, że seksualność nie jest czymś, co ewoluuje wraz z wiekiem.- Isao spojrzał na niego spod uniesionej brwi.- Jeżeli kiedyś będę szukał urozmaicenia, dam ci znać.
-----------------------------------------
Jeżeli komuś postać Sebastiana/Malfasa skojarzyła się z Kuroshitsuji, to jest to bardzo poprawne skojarzenie xd
środa, 28 czerwca 2017
Rozdział 25 - Fire in my bones [cz.1]
Clary cieszyła się, że rozdzielając pokoje w Instytucie Akemi wzięła pod uwagę to, że ona i Jace pomimo młodego wieku byli już prawnie małżeństwem i dała im wspólny pokój z podwójnym łóżkiem. Jaki był sens trzymania ich osobno, skoro i tak już sypiali razem?
Po - dosłownej - ucieczce z łazienki, Clary z prędkością maratończyka przebrała się w piżamę i wskoczyła do łóżka, od razu podciągając kołdrę pod sam nos i zamykając oczy. Chwilę później usłyszała ciche skrzypienie drzwi, ale nawet nie drgnęła. Zmuszała się do miarowego oddychania, słysząc jak Jace krząta się po pokoju. Odetchnęła dopiero, gdy zamknęły się za nim drzwi do łazienki. Wolała nie ryzykować, że Jace'a najdzie ochota na rozmowę.
Czy powinna w ogóle powiedzieć prawdę? Jace będzie wiedział, jeśli skłamie. A jeśli nie powie niczego, będzie jeszcze bardziej zawzięty, żeby się dowiedzieć. Za bardzo się o nią troszczył, żeby pozwolić temu incydentowi przejść bez echa.
Nie chciała wydawać Jonathana. Czuła, że jest mu winna chociaż tyle. Jemu i tej jego... narzeczonej. Jace nie przepadał za Clave i nie był kapusiem, ale... tu chodziło o człowieka, który trzymał go na krótkim sznurku jak jakiegoś niewolnika, zabił Maxa i wywołał wojnę, na której zginęły setki Nefilim. Clary chciała wierzyć, że nie poleciałby prosto do Roberta, ale jednocześnie nie byłaby zdziwiona, gdyby to zrobił.
Z drugiej strony... kto miałby stanąć po mojej stronie, jak nie Jace?
Była tak pochłonięta własnymi myślami, że nie usłyszała, kiedy blondyn wrócił do pokoju. Zorientowała się, gdy materac ugiął się lekko pod jego ciężarem, a ręka dotknęła jej odsłoniętego ramienia.
Mimowolnie drgnęła.
To byłoby na tyle z udawania, że śpię.
-Clary?- powiedział, a nie otrzymawszy odpowiedzi zabrał dłoń i odwrócił się do niej plecami.- Dobranoc, Clary.
-B-branoc.- pisnęła.
Jace wyłączył lampkę nocną. Leżeli tak po ciemku ładnych parę minut, oboje zmęczeni, ale żadne nie mogło zmusić się do zaśnięcia.
Nie może tak być., Clary zagryzła wargę. Prędzej czy później musi się dowiedzieć. Czy nie lepiej będzie, jeśli dowie się ode mnie?
-Jonathan żyje.- wyrzuciła z siebie w końcu, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
Jace na początku zupełnie znieruchomiał, po czym poderwał się z łóżka - mało nie zabijając się po drodze o zaplątane wokół nóg przykrycie - i zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Clary odruchowo zapaliła lampkę, po swojej stronie łóżka i usiadła.
-Wiedziałem! Heh, oczywiście, że żyje, przecież byłoby zbyt pięknie gdyby był martwy.- Kopnął stolik, nie na tyle mocno, żeby zrobić sobie krzywdę, ale mebel i tak przesunął się kawałek.- Zaczynam serio myśleć, że ten dupek jest nieśmiertelny. Ile razy mamy go zabijać, żeby w końcu pozostał tam, gdzie jego miejsce?!
-Jace.- uciszyła go Clary, zerkając ukradkiem na drzwi. Im dłużej mówił tym bardziej podnosił głos, a naprawdę nie trzeba im teraz więcej problemów.- To nie tak.
-A jak?- Jace ściszył głos, ale wciąż było po nim widać, że nie jest z tych rewelacji zadowolony. Dostać pierścień Morgensternów w fan mailu to jedno. Dowiedzieć się, że Morgenstern naprawdę zmartwychwstał to drugie. Jace vmiał ochotę wyjść na dwór i coś rozwalić. Albo wytropić tego, który był odpowiedzialny za całą tą operę mydlaną i mu nakopać. Nieważne czy to Jonathan, Mickel czy ktokolwiek inny.
Ale Clary patrzyła na niego z takim błaganiem w oczach... Musiał się ogarnąć i posłuchać do końca tego, co chciała mu powiedzieć. Nawet jeśli ani trochę mu się to nie podobało.
-Gdzie on teraz jest?- westchnął.
Clary potrząsnęła głową.- Nie mam pojęcia. Ostatnio widziałam go jakieś pół doby temu w tej starej fabryce. Może trochę więcej, bycie zamkniętym zaburza poczucie czasu.
-Współpracuje z Mickelem?- zapytał, mając już własne podejrzenia.
-Nie.- Pewność w jej głosie zdziwiła nawet ją samą.
Za to Jace nie sprawiał wrażenia jakby jej wierzył.
-Skarbie...- westchnął.
-Nie skarbuj, tylko mnie posłuchaj.- poprosiła.- Kiedy się ocknęłam byłam sama. Potem przyszedł Mickel z kilkoma wampirami i z...
-Jonathanem?- podrzucił z rezygnacją, siadając w nogach łóżka.
Clary przytaknęła.- Był tam też Akira i jakaś dziewczyna.
To trochę zbiło Jace'a z tropu.
-Co robił tam Akira?
-Nie przerywaj proszę.- uciszyła go. Po części dlatego, że chciała dokończyć; po części, ponieważ nie była pewna odpowiedzi.- Mickel pociągnął mnie za włosy, a potem zaczął bluzgać na wampira, który mnie tam przyprowadził, że jestem lichym rudzielcem i do niczego mu się nie przydam.
-Czyli porwanie cię nie było częścią planu.- podsumował Jace.- Po prostu znalazłaś się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie, jak zwykle.
Clary postanowiła go zignorować.
-Kazał mnie zabić.- kontynuowała.- Gdyby Jonathan się wtedy nie odezwał nie siedziałabym tutaj teraz.
-Co powiedział?
-Niewiele. Tylko tyle, że jestem Clarissą Morgenstern.- Bezwiednie zetknęła kosmyk włosów za ucho i zaczęła bawić się palcami.- Mickel uznał, że w takim razie lepiej będzie zostawić mnie przy życiu, żebym stanowiła jego kartę przetargową, gdy będzie negocjował z Królową Fearie.
Czyli skubaniec jednak planuje połączyć siły z Jasnym Dworem., pomyślał Jace, a na głos powiedział:
-Dobra, przyznaję. Sebastian...
-Jonathan.
-Jonathan ci pomógł.- poprawił.- Ale to wcale nie znaczy, że zrobił to z dobroci serca. Może potrzebował cię żywej, może obudził się w nim sentyment. Może szkoda mu przelania krwi Morgensternów w tak trywialny sposób. Wiesz, bez wielkiego zbiegowiska i tak dalej.
-To nie jest już ta sama osoba, Jace. Nie jest już Sebastianem.- Odetchnęła i bardzo ostrożnie dobrała kolejne słowa.- Jest tym samym dzieciakiem, który prawie dwa lata temu powiedział ci jak pokonać Mrocznych, a potem umarł.
Chwilę siedzieli w ciszy, złote oczy zatopione w zielonych, oboje zdeterminowani i pewni swoich racji. W końcu Jace westchnął.
-Naprawdę w to wierzysz?- zapytał zmęczonym głosem. Doskonale go rozumiała - sama miała już dosyć tego wszystkiego.
-Chcę w to wierzyć.
-W porządku.- powiedział tylko i posłał jej delikatny uśmiech.- Co stało się potem?
-Wyszli, a ja zasnęłam. Rankiem obudziła mnie ta dziewczyna, którą widziałam wcześniej z Jonathanem i Akirą. Miała ze sobą moją stelę i Hesperosa. Nadal nie wiem jak udało jej się przejść przez zamknięte drzwi.- Clary zmarszczyła brwi.- Narysowałam runy i otworzyłam drzwi, a ona wyprowadziła mnie na zewnątrz. Kiedy zapytałam dlaczego mi pomaga powiedziała, że - uwaga - głupio byłoby nie pomóc przyszłej szwagierce.
Jace zrobił minę jakby właśnie usłyszał, że ziemia wcale nie jest okrągła, a Raziel dorabia pracując na pół etatu w Starbucks'ie.
-Że niby... to była jego... narzeczona?- zaryzykował pytanie.
-Niby tak.
-Mówiła jak się nazywa?
-Renata Ju-coś-tam. Japońskie nazwisko, nie pamiętam.
-Nocna Łowczyni?
-Powiedziałabym, że Przyziemna, gdyby nie ta sprawa z drzwiami. Na pewno nie jest ani Nefilim, ani Podziemną.
Jace gwizdnął i wplótł dłoń w złote włosy. Się porobiło.
-Dlaczego nie było jej z tobą?
-Po tym jak odprowadziła mnie do wyjścia, wróciła do środka. Mówiła, że robi za zakładnika i Jonathan i Akira mogą mieć kłopoty, gdy nagle zniknie. Trochę to głupie, ale w sumie ją rozumiem.- Clary sięgnęła po rękę Jace'a i ścisnęła ją delikatnie.- Ja też nie cierpię zostawiać tych, na których mi zależy na pastwę losu.
Jace od razu odwzajemnił uścisk i zastanowił się nad jej słowami.
-To by znaczyło, że Jonathan i Akira włamali się do Grad, bo Mickel postawił im ultimatum. Dziewczyna za Kielich.
Clary przytaknęła.- Nie wyglądali jakby znaleźli się tam, ponieważ tego chcieli.
-Ludzie Mickela nigdy w życiu nie dostaliby się do Alicante, a nawet jeśli, to nie udałoby im się ukraść Kielicha.- ciągnął Jace. Wszystko składało się w miarę logiczną całość.- Potrzebował Nefilim i wiedział, że każdy porządny Nocny Łowca prędzej zginie niż pójdzie na układ z mącicielem, który wywołał wojnę. Dlatego uznał, że lepiej będzie znaleźć takiego, który dał sobie spokój i próbował udawać Przyziemnego jak Akira... i Jonathan, jak się okazuje.- Zacisnął kciuk i palec wskazujący wolnej ręki u nasady nosa.- Jak...? Jak to w ogóle możliwe, że on żyje? Osobiście widzieliśmy jak umiera i zostaje skremowany, byłem przy tobie, gdy wsypałaś prochy do jeziora Lyn razem z tym cholernym pierścieniem. Jak?
Clary wzruszyła ramionami.- Wcześniej też udało mu się jakoś wrócić.
-Wcześniej - zaznaczył Jace.- pomogła mu Lilith. I o ile pamiętam, udało jej się tylko dlatego, że ty wcześniej wskrzesiłaś mnie. Nie przypominam sobie, żeby ktoś ostatnio wzywał Raziela, więc opcja "Jeden dla zła, Jeden dla dobra" odpada.
-Najwyraźniej znalazł się ktoś wystarczająco sprytny aby to obejść. Może jakiś czarownik?- zasugerowała. Przypomniało jej się ostatnie spotkanie z tutejszym Wysokim Czarownikiem, jego czerwone, smocze oczy i wyniosły ton. Akira mówił, że jest potężny, ale czy wystarczająco, aby wskrzesić jej brata?- W ogóle to skąd wiedziałeś?
-Słucham?- Jace przechylił głowę, nie zrozumiawszy pytania.
-Kiedy powiedziałam, że Jonathan żyje, ty krzyknąłeś "wiedziałem". Skąd wiedziałeś?
-Aaa.- Blondyn podniósł się z łóżka i ruszył w stronę biurka.- Po tym jak zniknęłaś do Instytutu przyszedł jakiś facet i zostawił to.- Wyciągnął z górnej szuflady płócienny woreczek i podał go Clary.- Zdaniem Akemi wyglądał jakby był pod wpływem czaru, rozkojarzony i zamulony, nie wiedział nawet jak się nazywał.
Clary obróciła przedmiot w dłoniach, po czym rozluźniła sznurek aby go otworzyć i wysypała zawartość na kołdrę. Widok pierścienia rodowego Morgensternów nie zdziwił jej aż tak bardzo.
-Wewnątrz zapisane są również współrzędne fabryki.- wyjaśnił Jace, podczas gdy Clary przyglądała się bliżej sczerniałemu sygnetowi.- Tak cię znaleźliśmy.
-To nie jest zbieg okoliczności, to musiał być czarownik. Pewnie ten sam, który przywrócił Jonathana.
-Nie znam lokalnych czarowników.- westchnął Jace.
-Ja znam jednego.- powiedziała Clary.
Jun był w trakcie wymyślania tekstu piosenki, kiedy głośne ujadanie Keo wybiło go z rytmu i całkowicie zapomniał, co chciał właśnie napisać. Złamał rysik na kartce i spiorunował mopsa wzrokiem tak srogim, że pies jakimś cudem zrozumiał, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia, zaskamlał cicho i ukrył się za nogami Renaty.
Dziewczyna spojrzała na brata z naganą.
-On tylko domaga się wyjścia na spacer, Jun. To nic anormalnego, że pies potrzebuje ruchu.- powiedziała rozjuszonym tonem, a idol natychmiast spuścił z tonu. Renata denerwowała się tak rzadko, że oglądanie na jej twarzy tej emocji wydawało się dziwne i nienaturalne.
Jun westchnął.
-Nie mam teraz czasu.- powiedział takim tonem jakby cały świat nagle runął mu na głowę, dziewczyna złamała serce, a zespół miał się za chwilę rozpaść.- Terminy nas gonią, lada moment comeback i jeszcze to wasze zniknięcie, które totalnie rozstroiło mnie emocjonalnie...
-Nie było nas jeden dzień, Jun.- przypomniała Reni, spuszczając z tonu.
-I wciąż nie wyjaśniliście mi dlaczego.- przypomniał jej.- Nie wmówisz mi, że to "nic" po tym jak Akira odstawił cię do domu całą zapłakaną i to bez Jonathana, nie jestem głupi, wiesz?
-Przecież tego nie sugeruję.- Uniosła ręce w geście pojednania.- Ja wyjdę z Keo i tak właśnie chciałam się przejść.- powiedziała.
Narzuciła na ramiona dżinsową kurtkę i sięgnęła po smycz. Jun wyjrzał przez okno - był wieczór i słońce powoli chowało się za horyzontem. Nie było jeszcze całkiem ciemno, ale...
-Nigdzie nie idziesz.- zabronił.
-Idę.- odparowała.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Reni od zawsze była mistrzynią we wzrokowych potyczkach, więc kapitulacja Juna była tylko kwestią czasu.
Westchnął, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na psa próbującego wydostać się na zewnątrz przez szparę pod drzwiami i obiecał sobie, że przy najbliższej okazji odeśle go do swoich rodziców. Pies w apartamencie nigdy nie był dobrym pomysłem, zwłaszcza, że przez ostatni brak czasu strasznie go zaniedbywał.
-Jesteś pewna?
-Tak.
-Ale tak na sto procent?
-Tak.- powiedziała ostrzej, ale brat nie wydawał się przekonany, więc dodała.- Tym razem wezmę ze sobą telefon, więc w razie czego będę dzwonić. Obiecuję.
Jun wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym skinął niemrawo głową i wrócił do swojego tekstu. Reni poczuła się jakby skrzywdziła szczeniaczka. Kiedy ona i chłopaki użerali się z bandą Podziemnych on odchodził od zmysłów ze zmartwienia, a teraz gdy teoretycznie wrócili, Ren i Akira nawet nie potrafili dokładnie wytłumaczyć mu dlaczego zniknęli i gdzie po drodze zapodział się Jonathan. Nie chciała wciągać go do świata, do którego nie należał. A Jun czuł, że nie mówi mu prawdy i przez to stresował się jeszcze bardziej. Z kolei Renata nie mogła się zdecydować czy jest bardziej zła, czy zmartwiona. Nie dość, że Jonathan nie wracał to jakby tego było mało Netaron zniknął. Miał jej wytłumaczyć co się z nią działo w siedzibie wampirów, a zamiast tego rozpłynął się w powietrzu. Praktycznie nie rozstawała się z smartfonem, czekając na telefon od Akiry, który miał wrócić zaraz po odstawieniu jej do domu, ale czuła, że dzisiaj już nie zadzwoni.
Reni podeszła bliżej do kanapy, wychyliła się zza jej oparcia i objęła Juna ramionami, opierając policzek na jego misternie ułożonej fryzurze.
-Nic mi nie będzie.- powiedziała cicho.- Wiesz, że potrafię o siebie zadbać.
-Wiem.- potwierdził.
-Więc...?
-Dobra, idź.- zgodził się w końcu.- Ale jak jutro rano zadzwoni do mnie policja i powie, że znaleźli cię w jakimś zaułku z-
Prychnęła przerywając mu.
-Powiedział ten, który chciał się rzucić z mostu!
Jun pobladł.
-Skąd ty...?
-Jonathan mi powiedział w jakich okolicznościach się poznaliście. Nie można odmówić wam oryginalności.
-...Idź już lepiej na ten spacer.- jęknął w końcu z rezygnacją.
Reni uśmiechnęła się, pocałowała go w policzek i wyszła razem z Keo. Jun pomyślał, że kiedy Morgenstern już wróci to zdecydowanie go zabije. Potem jego uwaga ponownie przeniosła się na notatnik i złamany ołówek. Sięgnął po długopis i westchnął.
Około godzinę później Reni w końcu zaczęła kierować się z powrotem do domu. Może trochę przeciągała ten spacer, ale przynajmniej miała czas, żeby przemyśleć sobie wszystko i znacznie się uspokoiła. Znowu była sobą, a Keo bynajmniej na narzekał na trochę większą aktywność ruchową.
Sprawdziła godzinę w telefonie, a następnie spróbowała przypomnieć sobie kiedy kursuje tramwaj, którym mogłaby dojechać do Shinjuku. W końcu zmarszczyła brwi i westchnęła.
Co mnie pokusiło, żeby jechać aż do Omori?, jęknęła w myślach. Było wiele parków, do których można było przejść się z psem o wiele bliżej centrum, a ona musiała wybrać akurat najbardziej wysuniętą strefę. Będę musiała wrócić się do przystanku i stamtąd szukać jakiegoś połączenia... ach, Jun mnie zabije.
Dalsze użalanie się nad sobą przerwało jej gwałtowne szarpnięcie za smycz.
-Keo!- krzyknęła na psa, ale ten ani myślał się uspokoić. Zacisnęła na uchwycie także drugą rękę, żeby nie mógł się wyrwać.- Nie wiem, jakie zwierzątko futerkowe zobaczyłeś tym razem, ale nie myśl, że pozwolę ci za nim popędzić.- powiedziała całkiem poważnie, w ogóle nie przejmując się tym, że są na środku ulicy. Co to ona pierwsza mówi do psa? Poza tym, w pobliżu nikogo nie było. Ulice były praktycznie puste, nie licząc przejeżdżających od czasu do czasu samochodów.
Obróciła się, żeby sprawdzić co przyciągnęło uwagę Keo, ale zamiast tego zobaczyła coś innego. Olbrzymi ceglany budynek. Przywodził na myśl fabrykę, w której była ostatnio - równie opuszczony i zniszczony przez czas. Wiele okien było powybijanych, a praktycznie każdą ścianę pokrywało graffiti. Obiekt był ogrodzony, ale nie wystarczająco dobrze, by zapobiec ewentualnym włamaniom. Zresztą, dlaczego ktoś miałby się tam włamywać? Budynek był stary, obskurny i w dzień zapewne odstraszał równie skutecznie co teraz, nocą. Reni nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek chciał tu wchodzić. Może poza podchmielonymi facetami szukającymi miejsca na wypicie kolejnej butelki.
Mimo to, w jednej chwili Reni poczuła wręcz fizyczną potrzebę podejścia bliżej i zajrzenia do środka. Coś ją tam ciągnęło i nie mogła tego zignorować nawet jeśli bardzo by chciała. Ledwo zarejestrowała moment, w którym zaczęła podchodzić bliżej do ogrodzenia. Płot był wysoki, ale równie zaniedbany, co reszta parceli, więc znalezienie dziury, która była wystarczająco duża, żeby się przez nią zmieścić nie stanowiło problemu. Przywiązała Keo, żeby gdzieś nie pobiegł i podeszła do pół otwartych drzwi wejściowych. Z wiszącej powyżej tabliczki nie dało się wiele przeczytać, ale jeden wyraz był całkiem wyraźny.
-Szpital.- szepnęła Reni.
Wychyliła się, żeby zajrzeć do środka i znów to poczuła. Potrzeba podejścia bliżej. Miała wrażenie, że słyszy wołanie o pomoc. Jakaś postać zamajaczyła jej na końcu korytarza.
Zrobiła krok do przodu i...
Zadzwoniła jej komórka.
Reni podskoczyła przerażona. Wymamrotała coś pod nosem i sięgnęła do kieszeni spodni, aby bez wcześniejszego sprawdzenia kto dzwoni odebrać połączenie.
-Halo?
-Gdzie jesteś?- Znajomy, lekko zirytowany głos Juna ostatecznie przywrócił ją do rzeczywistości.
-W drodze do domu.- odparła, po chwili wahania.- Daj mi pół godziny i będę na miejscu.
-No, mam nadzieję.- powiedział i zakończył połączenie.
Reni rzuciła ostatnie spojrzenie poobdzieranym ścianom i popękanej podłodze. Postaci, którą widziała wcześniej nie było. Odwróciła się i wolnym krokiem wróciła do miejsca, w którym zostawiła psa.
-Chodź, Keo.- powiedziała, odwiązując go od ogrodzenia.- Jeśli nie stawimy się w salonie za trzydzieści minut twój pan zamknie mnie w pokoju na następny rok, a z ciebie zrobi sobie dywan do łazienki.
Po - dosłownej - ucieczce z łazienki, Clary z prędkością maratończyka przebrała się w piżamę i wskoczyła do łóżka, od razu podciągając kołdrę pod sam nos i zamykając oczy. Chwilę później usłyszała ciche skrzypienie drzwi, ale nawet nie drgnęła. Zmuszała się do miarowego oddychania, słysząc jak Jace krząta się po pokoju. Odetchnęła dopiero, gdy zamknęły się za nim drzwi do łazienki. Wolała nie ryzykować, że Jace'a najdzie ochota na rozmowę.
Czy powinna w ogóle powiedzieć prawdę? Jace będzie wiedział, jeśli skłamie. A jeśli nie powie niczego, będzie jeszcze bardziej zawzięty, żeby się dowiedzieć. Za bardzo się o nią troszczył, żeby pozwolić temu incydentowi przejść bez echa.
Nie chciała wydawać Jonathana. Czuła, że jest mu winna chociaż tyle. Jemu i tej jego... narzeczonej. Jace nie przepadał za Clave i nie był kapusiem, ale... tu chodziło o człowieka, który trzymał go na krótkim sznurku jak jakiegoś niewolnika, zabił Maxa i wywołał wojnę, na której zginęły setki Nefilim. Clary chciała wierzyć, że nie poleciałby prosto do Roberta, ale jednocześnie nie byłaby zdziwiona, gdyby to zrobił.
Z drugiej strony... kto miałby stanąć po mojej stronie, jak nie Jace?
Była tak pochłonięta własnymi myślami, że nie usłyszała, kiedy blondyn wrócił do pokoju. Zorientowała się, gdy materac ugiął się lekko pod jego ciężarem, a ręka dotknęła jej odsłoniętego ramienia.
Mimowolnie drgnęła.
To byłoby na tyle z udawania, że śpię.
-Clary?- powiedział, a nie otrzymawszy odpowiedzi zabrał dłoń i odwrócił się do niej plecami.- Dobranoc, Clary.
-B-branoc.- pisnęła.
Jace wyłączył lampkę nocną. Leżeli tak po ciemku ładnych parę minut, oboje zmęczeni, ale żadne nie mogło zmusić się do zaśnięcia.
Nie może tak być., Clary zagryzła wargę. Prędzej czy później musi się dowiedzieć. Czy nie lepiej będzie, jeśli dowie się ode mnie?
-Jonathan żyje.- wyrzuciła z siebie w końcu, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
Jace na początku zupełnie znieruchomiał, po czym poderwał się z łóżka - mało nie zabijając się po drodze o zaplątane wokół nóg przykrycie - i zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Clary odruchowo zapaliła lampkę, po swojej stronie łóżka i usiadła.
-Wiedziałem! Heh, oczywiście, że żyje, przecież byłoby zbyt pięknie gdyby był martwy.- Kopnął stolik, nie na tyle mocno, żeby zrobić sobie krzywdę, ale mebel i tak przesunął się kawałek.- Zaczynam serio myśleć, że ten dupek jest nieśmiertelny. Ile razy mamy go zabijać, żeby w końcu pozostał tam, gdzie jego miejsce?!
-Jace.- uciszyła go Clary, zerkając ukradkiem na drzwi. Im dłużej mówił tym bardziej podnosił głos, a naprawdę nie trzeba im teraz więcej problemów.- To nie tak.
-A jak?- Jace ściszył głos, ale wciąż było po nim widać, że nie jest z tych rewelacji zadowolony. Dostać pierścień Morgensternów w fan mailu to jedno. Dowiedzieć się, że Morgenstern naprawdę zmartwychwstał to drugie. Jace vmiał ochotę wyjść na dwór i coś rozwalić. Albo wytropić tego, który był odpowiedzialny za całą tą operę mydlaną i mu nakopać. Nieważne czy to Jonathan, Mickel czy ktokolwiek inny.
Ale Clary patrzyła na niego z takim błaganiem w oczach... Musiał się ogarnąć i posłuchać do końca tego, co chciała mu powiedzieć. Nawet jeśli ani trochę mu się to nie podobało.
-Gdzie on teraz jest?- westchnął.
Clary potrząsnęła głową.- Nie mam pojęcia. Ostatnio widziałam go jakieś pół doby temu w tej starej fabryce. Może trochę więcej, bycie zamkniętym zaburza poczucie czasu.
-Współpracuje z Mickelem?- zapytał, mając już własne podejrzenia.
-Nie.- Pewność w jej głosie zdziwiła nawet ją samą.
Za to Jace nie sprawiał wrażenia jakby jej wierzył.
-Skarbie...- westchnął.
-Nie skarbuj, tylko mnie posłuchaj.- poprosiła.- Kiedy się ocknęłam byłam sama. Potem przyszedł Mickel z kilkoma wampirami i z...
-Jonathanem?- podrzucił z rezygnacją, siadając w nogach łóżka.
Clary przytaknęła.- Był tam też Akira i jakaś dziewczyna.
To trochę zbiło Jace'a z tropu.
-Co robił tam Akira?
-Nie przerywaj proszę.- uciszyła go. Po części dlatego, że chciała dokończyć; po części, ponieważ nie była pewna odpowiedzi.- Mickel pociągnął mnie za włosy, a potem zaczął bluzgać na wampira, który mnie tam przyprowadził, że jestem lichym rudzielcem i do niczego mu się nie przydam.
-Czyli porwanie cię nie było częścią planu.- podsumował Jace.- Po prostu znalazłaś się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie, jak zwykle.
Clary postanowiła go zignorować.
-Kazał mnie zabić.- kontynuowała.- Gdyby Jonathan się wtedy nie odezwał nie siedziałabym tutaj teraz.
-Co powiedział?
-Niewiele. Tylko tyle, że jestem Clarissą Morgenstern.- Bezwiednie zetknęła kosmyk włosów za ucho i zaczęła bawić się palcami.- Mickel uznał, że w takim razie lepiej będzie zostawić mnie przy życiu, żebym stanowiła jego kartę przetargową, gdy będzie negocjował z Królową Fearie.
Czyli skubaniec jednak planuje połączyć siły z Jasnym Dworem., pomyślał Jace, a na głos powiedział:
-Dobra, przyznaję. Sebastian...
-Jonathan.
-Jonathan ci pomógł.- poprawił.- Ale to wcale nie znaczy, że zrobił to z dobroci serca. Może potrzebował cię żywej, może obudził się w nim sentyment. Może szkoda mu przelania krwi Morgensternów w tak trywialny sposób. Wiesz, bez wielkiego zbiegowiska i tak dalej.
-To nie jest już ta sama osoba, Jace. Nie jest już Sebastianem.- Odetchnęła i bardzo ostrożnie dobrała kolejne słowa.- Jest tym samym dzieciakiem, który prawie dwa lata temu powiedział ci jak pokonać Mrocznych, a potem umarł.
Chwilę siedzieli w ciszy, złote oczy zatopione w zielonych, oboje zdeterminowani i pewni swoich racji. W końcu Jace westchnął.
-Naprawdę w to wierzysz?- zapytał zmęczonym głosem. Doskonale go rozumiała - sama miała już dosyć tego wszystkiego.
-Chcę w to wierzyć.
-W porządku.- powiedział tylko i posłał jej delikatny uśmiech.- Co stało się potem?
-Wyszli, a ja zasnęłam. Rankiem obudziła mnie ta dziewczyna, którą widziałam wcześniej z Jonathanem i Akirą. Miała ze sobą moją stelę i Hesperosa. Nadal nie wiem jak udało jej się przejść przez zamknięte drzwi.- Clary zmarszczyła brwi.- Narysowałam runy i otworzyłam drzwi, a ona wyprowadziła mnie na zewnątrz. Kiedy zapytałam dlaczego mi pomaga powiedziała, że - uwaga - głupio byłoby nie pomóc przyszłej szwagierce.
Jace zrobił minę jakby właśnie usłyszał, że ziemia wcale nie jest okrągła, a Raziel dorabia pracując na pół etatu w Starbucks'ie.
-Że niby... to była jego... narzeczona?- zaryzykował pytanie.
-Niby tak.
-Mówiła jak się nazywa?
-Renata Ju-coś-tam. Japońskie nazwisko, nie pamiętam.
-Nocna Łowczyni?
-Powiedziałabym, że Przyziemna, gdyby nie ta sprawa z drzwiami. Na pewno nie jest ani Nefilim, ani Podziemną.
Jace gwizdnął i wplótł dłoń w złote włosy. Się porobiło.
-Dlaczego nie było jej z tobą?
-Po tym jak odprowadziła mnie do wyjścia, wróciła do środka. Mówiła, że robi za zakładnika i Jonathan i Akira mogą mieć kłopoty, gdy nagle zniknie. Trochę to głupie, ale w sumie ją rozumiem.- Clary sięgnęła po rękę Jace'a i ścisnęła ją delikatnie.- Ja też nie cierpię zostawiać tych, na których mi zależy na pastwę losu.
Jace od razu odwzajemnił uścisk i zastanowił się nad jej słowami.
-To by znaczyło, że Jonathan i Akira włamali się do Grad, bo Mickel postawił im ultimatum. Dziewczyna za Kielich.
Clary przytaknęła.- Nie wyglądali jakby znaleźli się tam, ponieważ tego chcieli.
-Ludzie Mickela nigdy w życiu nie dostaliby się do Alicante, a nawet jeśli, to nie udałoby im się ukraść Kielicha.- ciągnął Jace. Wszystko składało się w miarę logiczną całość.- Potrzebował Nefilim i wiedział, że każdy porządny Nocny Łowca prędzej zginie niż pójdzie na układ z mącicielem, który wywołał wojnę. Dlatego uznał, że lepiej będzie znaleźć takiego, który dał sobie spokój i próbował udawać Przyziemnego jak Akira... i Jonathan, jak się okazuje.- Zacisnął kciuk i palec wskazujący wolnej ręki u nasady nosa.- Jak...? Jak to w ogóle możliwe, że on żyje? Osobiście widzieliśmy jak umiera i zostaje skremowany, byłem przy tobie, gdy wsypałaś prochy do jeziora Lyn razem z tym cholernym pierścieniem. Jak?
Clary wzruszyła ramionami.- Wcześniej też udało mu się jakoś wrócić.
-Wcześniej - zaznaczył Jace.- pomogła mu Lilith. I o ile pamiętam, udało jej się tylko dlatego, że ty wcześniej wskrzesiłaś mnie. Nie przypominam sobie, żeby ktoś ostatnio wzywał Raziela, więc opcja "Jeden dla zła, Jeden dla dobra" odpada.
-Najwyraźniej znalazł się ktoś wystarczająco sprytny aby to obejść. Może jakiś czarownik?- zasugerowała. Przypomniało jej się ostatnie spotkanie z tutejszym Wysokim Czarownikiem, jego czerwone, smocze oczy i wyniosły ton. Akira mówił, że jest potężny, ale czy wystarczająco, aby wskrzesić jej brata?- W ogóle to skąd wiedziałeś?
-Słucham?- Jace przechylił głowę, nie zrozumiawszy pytania.
-Kiedy powiedziałam, że Jonathan żyje, ty krzyknąłeś "wiedziałem". Skąd wiedziałeś?
-Aaa.- Blondyn podniósł się z łóżka i ruszył w stronę biurka.- Po tym jak zniknęłaś do Instytutu przyszedł jakiś facet i zostawił to.- Wyciągnął z górnej szuflady płócienny woreczek i podał go Clary.- Zdaniem Akemi wyglądał jakby był pod wpływem czaru, rozkojarzony i zamulony, nie wiedział nawet jak się nazywał.
Clary obróciła przedmiot w dłoniach, po czym rozluźniła sznurek aby go otworzyć i wysypała zawartość na kołdrę. Widok pierścienia rodowego Morgensternów nie zdziwił jej aż tak bardzo.
-Wewnątrz zapisane są również współrzędne fabryki.- wyjaśnił Jace, podczas gdy Clary przyglądała się bliżej sczerniałemu sygnetowi.- Tak cię znaleźliśmy.
-To nie jest zbieg okoliczności, to musiał być czarownik. Pewnie ten sam, który przywrócił Jonathana.
-Nie znam lokalnych czarowników.- westchnął Jace.
-Ja znam jednego.- powiedziała Clary.
~~~~~~~~
Jun był w trakcie wymyślania tekstu piosenki, kiedy głośne ujadanie Keo wybiło go z rytmu i całkowicie zapomniał, co chciał właśnie napisać. Złamał rysik na kartce i spiorunował mopsa wzrokiem tak srogim, że pies jakimś cudem zrozumiał, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia, zaskamlał cicho i ukrył się za nogami Renaty.
Dziewczyna spojrzała na brata z naganą.
-On tylko domaga się wyjścia na spacer, Jun. To nic anormalnego, że pies potrzebuje ruchu.- powiedziała rozjuszonym tonem, a idol natychmiast spuścił z tonu. Renata denerwowała się tak rzadko, że oglądanie na jej twarzy tej emocji wydawało się dziwne i nienaturalne.
Jun westchnął.
-Nie mam teraz czasu.- powiedział takim tonem jakby cały świat nagle runął mu na głowę, dziewczyna złamała serce, a zespół miał się za chwilę rozpaść.- Terminy nas gonią, lada moment comeback i jeszcze to wasze zniknięcie, które totalnie rozstroiło mnie emocjonalnie...
-Nie było nas jeden dzień, Jun.- przypomniała Reni, spuszczając z tonu.
-I wciąż nie wyjaśniliście mi dlaczego.- przypomniał jej.- Nie wmówisz mi, że to "nic" po tym jak Akira odstawił cię do domu całą zapłakaną i to bez Jonathana, nie jestem głupi, wiesz?
-Przecież tego nie sugeruję.- Uniosła ręce w geście pojednania.- Ja wyjdę z Keo i tak właśnie chciałam się przejść.- powiedziała.
Narzuciła na ramiona dżinsową kurtkę i sięgnęła po smycz. Jun wyjrzał przez okno - był wieczór i słońce powoli chowało się za horyzontem. Nie było jeszcze całkiem ciemno, ale...
-Nigdzie nie idziesz.- zabronił.
-Idę.- odparowała.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Reni od zawsze była mistrzynią we wzrokowych potyczkach, więc kapitulacja Juna była tylko kwestią czasu.
Westchnął, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na psa próbującego wydostać się na zewnątrz przez szparę pod drzwiami i obiecał sobie, że przy najbliższej okazji odeśle go do swoich rodziców. Pies w apartamencie nigdy nie był dobrym pomysłem, zwłaszcza, że przez ostatni brak czasu strasznie go zaniedbywał.
-Jesteś pewna?
-Tak.
-Ale tak na sto procent?
-Tak.- powiedziała ostrzej, ale brat nie wydawał się przekonany, więc dodała.- Tym razem wezmę ze sobą telefon, więc w razie czego będę dzwonić. Obiecuję.
Jun wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym skinął niemrawo głową i wrócił do swojego tekstu. Reni poczuła się jakby skrzywdziła szczeniaczka. Kiedy ona i chłopaki użerali się z bandą Podziemnych on odchodził od zmysłów ze zmartwienia, a teraz gdy teoretycznie wrócili, Ren i Akira nawet nie potrafili dokładnie wytłumaczyć mu dlaczego zniknęli i gdzie po drodze zapodział się Jonathan. Nie chciała wciągać go do świata, do którego nie należał. A Jun czuł, że nie mówi mu prawdy i przez to stresował się jeszcze bardziej. Z kolei Renata nie mogła się zdecydować czy jest bardziej zła, czy zmartwiona. Nie dość, że Jonathan nie wracał to jakby tego było mało Netaron zniknął. Miał jej wytłumaczyć co się z nią działo w siedzibie wampirów, a zamiast tego rozpłynął się w powietrzu. Praktycznie nie rozstawała się z smartfonem, czekając na telefon od Akiry, który miał wrócić zaraz po odstawieniu jej do domu, ale czuła, że dzisiaj już nie zadzwoni.
Reni podeszła bliżej do kanapy, wychyliła się zza jej oparcia i objęła Juna ramionami, opierając policzek na jego misternie ułożonej fryzurze.
-Nic mi nie będzie.- powiedziała cicho.- Wiesz, że potrafię o siebie zadbać.
-Wiem.- potwierdził.
-Więc...?
-Dobra, idź.- zgodził się w końcu.- Ale jak jutro rano zadzwoni do mnie policja i powie, że znaleźli cię w jakimś zaułku z-
Prychnęła przerywając mu.
-Powiedział ten, który chciał się rzucić z mostu!
Jun pobladł.
-Skąd ty...?
-Jonathan mi powiedział w jakich okolicznościach się poznaliście. Nie można odmówić wam oryginalności.
-...Idź już lepiej na ten spacer.- jęknął w końcu z rezygnacją.
Reni uśmiechnęła się, pocałowała go w policzek i wyszła razem z Keo. Jun pomyślał, że kiedy Morgenstern już wróci to zdecydowanie go zabije. Potem jego uwaga ponownie przeniosła się na notatnik i złamany ołówek. Sięgnął po długopis i westchnął.
~~~~~~~~
Około godzinę później Reni w końcu zaczęła kierować się z powrotem do domu. Może trochę przeciągała ten spacer, ale przynajmniej miała czas, żeby przemyśleć sobie wszystko i znacznie się uspokoiła. Znowu była sobą, a Keo bynajmniej na narzekał na trochę większą aktywność ruchową.
Sprawdziła godzinę w telefonie, a następnie spróbowała przypomnieć sobie kiedy kursuje tramwaj, którym mogłaby dojechać do Shinjuku. W końcu zmarszczyła brwi i westchnęła.
Co mnie pokusiło, żeby jechać aż do Omori?, jęknęła w myślach. Było wiele parków, do których można było przejść się z psem o wiele bliżej centrum, a ona musiała wybrać akurat najbardziej wysuniętą strefę. Będę musiała wrócić się do przystanku i stamtąd szukać jakiegoś połączenia... ach, Jun mnie zabije.
Dalsze użalanie się nad sobą przerwało jej gwałtowne szarpnięcie za smycz.
-Keo!- krzyknęła na psa, ale ten ani myślał się uspokoić. Zacisnęła na uchwycie także drugą rękę, żeby nie mógł się wyrwać.- Nie wiem, jakie zwierzątko futerkowe zobaczyłeś tym razem, ale nie myśl, że pozwolę ci za nim popędzić.- powiedziała całkiem poważnie, w ogóle nie przejmując się tym, że są na środku ulicy. Co to ona pierwsza mówi do psa? Poza tym, w pobliżu nikogo nie było. Ulice były praktycznie puste, nie licząc przejeżdżających od czasu do czasu samochodów.
Obróciła się, żeby sprawdzić co przyciągnęło uwagę Keo, ale zamiast tego zobaczyła coś innego. Olbrzymi ceglany budynek. Przywodził na myśl fabrykę, w której była ostatnio - równie opuszczony i zniszczony przez czas. Wiele okien było powybijanych, a praktycznie każdą ścianę pokrywało graffiti. Obiekt był ogrodzony, ale nie wystarczająco dobrze, by zapobiec ewentualnym włamaniom. Zresztą, dlaczego ktoś miałby się tam włamywać? Budynek był stary, obskurny i w dzień zapewne odstraszał równie skutecznie co teraz, nocą. Reni nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek chciał tu wchodzić. Może poza podchmielonymi facetami szukającymi miejsca na wypicie kolejnej butelki.
Mimo to, w jednej chwili Reni poczuła wręcz fizyczną potrzebę podejścia bliżej i zajrzenia do środka. Coś ją tam ciągnęło i nie mogła tego zignorować nawet jeśli bardzo by chciała. Ledwo zarejestrowała moment, w którym zaczęła podchodzić bliżej do ogrodzenia. Płot był wysoki, ale równie zaniedbany, co reszta parceli, więc znalezienie dziury, która była wystarczająco duża, żeby się przez nią zmieścić nie stanowiło problemu. Przywiązała Keo, żeby gdzieś nie pobiegł i podeszła do pół otwartych drzwi wejściowych. Z wiszącej powyżej tabliczki nie dało się wiele przeczytać, ale jeden wyraz był całkiem wyraźny.
-Szpital.- szepnęła Reni.
Wychyliła się, żeby zajrzeć do środka i znów to poczuła. Potrzeba podejścia bliżej. Miała wrażenie, że słyszy wołanie o pomoc. Jakaś postać zamajaczyła jej na końcu korytarza.
Zrobiła krok do przodu i...
Zadzwoniła jej komórka.
Reni podskoczyła przerażona. Wymamrotała coś pod nosem i sięgnęła do kieszeni spodni, aby bez wcześniejszego sprawdzenia kto dzwoni odebrać połączenie.
-Halo?
-Gdzie jesteś?- Znajomy, lekko zirytowany głos Juna ostatecznie przywrócił ją do rzeczywistości.
-W drodze do domu.- odparła, po chwili wahania.- Daj mi pół godziny i będę na miejscu.
-No, mam nadzieję.- powiedział i zakończył połączenie.
Reni rzuciła ostatnie spojrzenie poobdzieranym ścianom i popękanej podłodze. Postaci, którą widziała wcześniej nie było. Odwróciła się i wolnym krokiem wróciła do miejsca, w którym zostawiła psa.
-Chodź, Keo.- powiedziała, odwiązując go od ogrodzenia.- Jeśli nie stawimy się w salonie za trzydzieści minut twój pan zamknie mnie w pokoju na następny rok, a z ciebie zrobi sobie dywan do łazienki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*podboje miłosne Belli*
Bella: Wiesz, powiedziałam im obu, że chce się tylko przyjaźnić.
Will: No co ty, obu kopnęłaś w dupę? xD
Bella: No xD Filip powiedział, że OK, a Andrzej się obraził xD
Will: No sorry, na jego miejscu też bym się obraziła >.>
Bella: Nie chce się z kimś umawiać z przymusu.
Will: No w sumie. Już nie jesteśmy w podstawówce, żeby umawiać się z każdym kto nam to zaproponuje >.>
Bella: Nom. Lubię ich, ale nie wystarczająco :(
Will: *imituje głos Belii* Ekchem, sorry guys. Jakbyście mieli na imię Sebastian...
Bella: xD
Will: ...to może mogłabym to rozważyć xD
Bella: Ale nie macie, więc wypad xD
Will: HAHAHA XD
Bella: Wiesz, powiedziałam im obu, że chce się tylko przyjaźnić.
Will: No co ty, obu kopnęłaś w dupę? xD
Bella: No xD Filip powiedział, że OK, a Andrzej się obraził xD
Will: No sorry, na jego miejscu też bym się obraziła >.>
Bella: Nie chce się z kimś umawiać z przymusu.
Will: No w sumie. Już nie jesteśmy w podstawówce, żeby umawiać się z każdym kto nam to zaproponuje >.>
Bella: Nom. Lubię ich, ale nie wystarczająco :(
Will: *imituje głos Belii* Ekchem, sorry guys. Jakbyście mieli na imię Sebastian...
Bella: xD
Will: ...to może mogłabym to rozważyć xD
Bella: Ale nie macie, więc wypad xD
Will: HAHAHA XD
sobota, 20 maja 2017
Rozdział 24 - Wytrwaj albo giń
Szukając jakiegokolwiek potwierdzenia swojej tezy - nie lubił wchodzić w wątki, których nie był stuprocentowo pewien - Mickel kazał przynieść do swojego gabinetu broń skonfiskowaną dwójce Nefilim. Uśmiechnął się zwycięsko zauważając wśród dwóch innych mieczy i przynajmniej sześciu mniejszych ostrzy miecz o złotej klindze cyzelowanej z obsydianem ze wzorem z czarnych gwiazd biegnących wzdłuż środkowej bruzdy.
-Zabierzcie stąd resztę tych śmieci.- Machnął ręką na pozostałą broń, biorąc do skrytych za skórzanymi rękawiczkami rąk jedynie miecz rodowy Morgensternów.
Mimo iż nie mógł nawet marzyć o dotknięciu go bez ochronnych rękawiczek, uczucie wciąż było niezmiernie satysfakcjonujące.
-I przyprowadźcie do mnie dzieciaka.- dodał.
Przedstawienie czas zacząć.
Kiedy dwójka wampirów wykręciła mu ręce na plecy i wyprowadziła na korytarz, z trzecim podążającym za nimi niczym cień, Jonathan był już mega znudzony siedzeniem w zamknięciu. Nawet się trochę ucieszył. Tak odrobinkę. Nie miał najmniejszej szansy na wydostanie się z tamtej celi, ale teraz miał większe pole do manewru. Wciąż był dzień - był co do tego pewien, bo niektóre okna nie były zbyt szczelnie zabite deskami - starczyło poczekać na odpowiedni moment i prysnąć.
Chwilę później zamknięto go od zewnątrz w pokoju przypominającym stary gabinet. Z Mieckelem uśmiechającym się do niego zza biurka. Ech, a już robiło się coraz lepiej.
-Pewnie zastanawiasz się czego od ciebie chcę.- zaczął przywódca wampirów, przechadzając się po pokoju.
-Co zrobiłeś Akirze i Renacie?- odparł, obracając się w miejscu wraz z Mickelem. Nie zamierzał dać zajść się od tyłu.
-Wypuściłem ich.- powiedział.- I tak byliby już nie przydatni.
Nie miał żadnego dowodu, że mówił prawdę, ale jego słowa brzmiały szczerze. Liczył, że rzeczywiście tak było.
-Jeśli zaś chodzi o ciebie- kontynuował.- Uznałem, że będziesz idealnym zastępstwem za to rude chuchro, które wzięło nogi za pas.
Mickel zatrzymał się plecami do drzwi, skrzyżował ręce na klacie i przyjrzał się swojemu więźniowi z rosnącym zadowoleniem na twarzy.
-Sebastian Morgenstern. No kto by pomyślał.- powiedział, rozkoszując się zdumieniem na twarzy chłopaka, tym i jak usta zaciskają się w wąską linię, a zielone oczy błyszczą ostrzegawczo. To będzie bardzo ciekawe.- Wybacz, że na początku cię nie poznałem, ale musisz przyznać, że te nowe kolory są dość... mylące.
-Skąd wiesz kim jestem?- zapytał Jonathan, patrząc na Mickela wrogo. Kiedy Mickel zaczął zbliżać się w jego stronę, Jonathan odruchowo przesunął się bliżej ciężkiego dębowego biurka, gdzie tuż po wejściu zauważył Fosforosa. Nie wiedział, co jego miecz robił w gabinecie Mickela, ale podejrzewał, że było to zwyczajne niedopatrzenie z jego strony. Niedopatrzenie, które zamierzał wykorzystać.
Jego ręka drgnęła wykonując niemal niezauważalny ruch w stronę Fosforosa. Wampir zmarszczył brwi jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miecz Morgensternów wciąż tam leży. Zupełnie o nim zapomniał... Czyżby właśnie popełnił poważny błąd? Nie chciał zabijać dzieciaka, co mogłoby się stać doszło do walki. Musiał bardzo ostrożnie to rozegrać.
-Zabierzcie stąd resztę tych śmieci.- Machnął ręką na pozostałą broń, biorąc do skrytych za skórzanymi rękawiczkami rąk jedynie miecz rodowy Morgensternów.
Mimo iż nie mógł nawet marzyć o dotknięciu go bez ochronnych rękawiczek, uczucie wciąż było niezmiernie satysfakcjonujące.
-I przyprowadźcie do mnie dzieciaka.- dodał.
Przedstawienie czas zacząć.
~~~~~~~
Kiedy dwójka wampirów wykręciła mu ręce na plecy i wyprowadziła na korytarz, z trzecim podążającym za nimi niczym cień, Jonathan był już mega znudzony siedzeniem w zamknięciu. Nawet się trochę ucieszył. Tak odrobinkę. Nie miał najmniejszej szansy na wydostanie się z tamtej celi, ale teraz miał większe pole do manewru. Wciąż był dzień - był co do tego pewien, bo niektóre okna nie były zbyt szczelnie zabite deskami - starczyło poczekać na odpowiedni moment i prysnąć.
Chwilę później zamknięto go od zewnątrz w pokoju przypominającym stary gabinet. Z Mieckelem uśmiechającym się do niego zza biurka. Ech, a już robiło się coraz lepiej.
-Pewnie zastanawiasz się czego od ciebie chcę.- zaczął przywódca wampirów, przechadzając się po pokoju.
-Co zrobiłeś Akirze i Renacie?- odparł, obracając się w miejscu wraz z Mickelem. Nie zamierzał dać zajść się od tyłu.
-Wypuściłem ich.- powiedział.- I tak byliby już nie przydatni.
Nie miał żadnego dowodu, że mówił prawdę, ale jego słowa brzmiały szczerze. Liczył, że rzeczywiście tak było.
-Jeśli zaś chodzi o ciebie- kontynuował.- Uznałem, że będziesz idealnym zastępstwem za to rude chuchro, które wzięło nogi za pas.
Mickel zatrzymał się plecami do drzwi, skrzyżował ręce na klacie i przyjrzał się swojemu więźniowi z rosnącym zadowoleniem na twarzy.
-Sebastian Morgenstern. No kto by pomyślał.- powiedział, rozkoszując się zdumieniem na twarzy chłopaka, tym i jak usta zaciskają się w wąską linię, a zielone oczy błyszczą ostrzegawczo. To będzie bardzo ciekawe.- Wybacz, że na początku cię nie poznałem, ale musisz przyznać, że te nowe kolory są dość... mylące.
-Skąd wiesz kim jestem?- zapytał Jonathan, patrząc na Mickela wrogo. Kiedy Mickel zaczął zbliżać się w jego stronę, Jonathan odruchowo przesunął się bliżej ciężkiego dębowego biurka, gdzie tuż po wejściu zauważył Fosforosa. Nie wiedział, co jego miecz robił w gabinecie Mickela, ale podejrzewał, że było to zwyczajne niedopatrzenie z jego strony. Niedopatrzenie, które zamierzał wykorzystać.
Jego ręka drgnęła wykonując niemal niezauważalny ruch w stronę Fosforosa. Wampir zmarszczył brwi jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miecz Morgensternów wciąż tam leży. Zupełnie o nim zapomniał... Czyżby właśnie popełnił poważny błąd? Nie chciał zabijać dzieciaka, co mogłoby się stać doszło do walki. Musiał bardzo ostrożnie to rozegrać.
Mickel parsknął śmiechem.- Chłopcze, jesteś sławny w całym Świecie Cieni! Gdybym nie myślał, że jesteś martwy wpadłbym na to o wiele szybciej. Chociaż...- Przekrzywił głowę jeszcze raz oceniając go wzrokiem.- Trzeba przyznać, że się zmieniłeś. Słyszałem, że farbowałeś włosy na czarno, ale nigdy nie posądziłbym cię o rudy. I jeszcze te oczy! Nagle stałeś się bardzo podobny do matki, wiesz? Pewnie Jocelyn jest przeszczęśliwa!
Jonathan tylko zacisnął zęby. Wciąganie w to Jocelyn było ciosem poniżej pasa, obaj o tym wiedzieli.
-Ach!- Kły wampira błysnęły w szerokim uśmiechu.- Ona nie wie, prawda?
Zmarszczył brwi i nie bawiąc się w dalsze podchody chwycił za rękojeść Fosforosa. W Grad nie miał okazji go użyć - wszystko udało im się zrobić po cichu, bez zadymy i niepotrzebnego rozlewu krwi, ale teraz sprawa wyglądała trochę inaczej. Był sam na sam z wampirem, bez żadnych run - których, w odróżnieniu od Akiry, nie narysował sobie przed wycieczką do Alicante. Dlaczego? Bo nie. Po prostu nie. Doskonale pamiętał sceptyczny wzrok Akiry i jego zmarszczone brwi, kiedy tłumaczył mu z przekąsem, że runy nie gryzą i że nie powinien odrzucać ich działania tylko przez wzgląd na swoją paranoję.
Był zbyt uparty, żeby przyznać mu rację.
Teraz odrobinę tego żałował.
Mickel kontynuował swoją słowną grę, najwyraźniej uznając denerwowanie Jonathana za zabawne, bo wciąż szczerzył się szeroko.
-Słyszałem mnóstwo plotek o twoim rzekomym romansie z Królową Ferie.- wyciągnął kolejny temat.- Na początku ciężko mi było w nie uwierzyć, ale kiedy Dwór opowiedział się po twojej stronie... cóż, to było wystarczającym dowodem. Myślisz, że jej wysokość ucieszy się na widok dawnego kochanka? A może będzie chciała odwetu za porzucenie jej dla jakieś lichej przyziemnej dziw-
Jeszcze zanim wampir skończył ubliżać Renacie, Jonathan rzucił się na niego z mieczem. Mickel jakby tylko na to czekał. Zrobiwszy unik roześmiał się szyderczo, po czym sam przeszedł do ofensywy. Poruszał się niezwykle szybko nawet jak na wampira. Jonathanowi udało się parę razy zablokować jego ataki, ale kiedy sam spróbował ponownie wyprowadzić swój mężczyzna nie tylko ominął łokieć, którym Jonathan planował przywalić mu w zęby, ale także zdołał chwycić go za przegub. Uśmiechając się parszywie Mickel wykręcił jego nadgarstek pod nienaturalnym kątem. Jonathan stęknął z bólu i zacisnął zęby, a Fosforos z brzdękiem upadł na podłogę i został odkopany na bok.
-A może powinienem pójść o krok dalej i wezwać twoją drugą matkę, hm?- droczył się dalej Mickel. Jednocześnie, korzystając z tego, że Morgenstern jest chwilowo unieruchomiony, podciął mu nogi.
Jonathan'owi aż zadzwoniło w uszach, kiedy jego głowa grzmotnęła o wyłożoną kafelkami podłogę. Niemal natychmiast poczuł ponowny ból w ręce i ucisk na klatce piersiowej, gdy Mickel przyszpilił go do ziemi.
-Lilith wie.- Jak przez mgłę usłyszał swój własny głos odpowiadający na poprzednią zaczepkę wampira.- Niezbyt ją już obchodzę.- dokończył z trudem.
-Och?- Michel wykrzywił wargi w asymetrycznym uśmiechu.- Szkoda.
Poczuł jak wampir wzmacnia uścisk na jego nadgarstku i pochyla twarz bliżej jego szyi.
-Ale nadal uważam, że Królowa może być całkiem zadowolona. Przydałoby się tylko zrobić coś, żebyś przestał się tak rzucać.
Krzyknął krótko, gdy zęby wampira wbiły się w jego szyję. Próbował się wyrwać, ale jedna ręka to zdecydowanie zbyt mało, żeby strącić z siebie wampira, a nadgarstek drugiej zamknięty był w żelaznym uścisku Mickela.
Jonathan na chwilę zapomniał, co się dzieje. Jego mięśnie rozluźniły się, nagle zrobił się strasznie senny. Przestał się szarpać. Miał wrażenie, że Mickel uśmiecha się z kłami wciąż zatopionymi głęboko w jego szyi, ale niezbyt go to obchodziło. Zamknął oczy...
Jonathan na chwilę zapomniał, co się dzieje. Jego mięśnie rozluźniły się, nagle zrobił się strasznie senny. Przestał się szarpać. Miał wrażenie, że Mickel uśmiecha się z kłami wciąż zatopionymi głęboko w jego szyi, ale niezbyt go to obchodziło. Zamknął oczy...
A potem Mickel jeszcze mocniej naparł na jego uszkodzony nadgarstek i promieniujący ból rozprzestrzenił się na całą rękę, aż do ramienia. To go ocuciło. Sprawił, że znów otworzył oczy i spojrzał odrobinę trzeźwiej na beznadziejną sytuację, w której się znalazł. Nie ma mowy, żeby mógł ruszyć tamtą ręką. W ogóle miał problem z poruszaniem czymkolwiek, w miarę upływu krwi czuł się coraz słabiej. Kręciło mu się w głowie i powoli zaczynały drętwieć mu palce.
Nie istotne, czy zabije mnie na miejscu, czy odstawi półżywego do Jasnego Dworu, tak czy inaczej zaraz będzie po mnie., to jedno zdanie przebiło się przez szum w jego umyśle i popchnęło go do działania, do zrobienia czegokolwiek. Resztę załatwiła adrenalina i budzący się pod jej wpływem instynkt Nocnego Łowcy, który sam nakierował jego lewą rękę na czubek rękojeści Fosforosa. Przyciągnął go bliżej do siebie i wbił ostrze prosto pod żebra napastnika. Poczuł silny ból w szyi, gdy Mickel wrzasnął i wyrwał zęby z jego ciała, pozostawiając po sobie otwartą do żywego mięsa ranę. Jonathan syknął, czując jak krew spływa mu po karku na podłogę, ale zignorował ból i wyrwał miecz z ciała wampira, po czym jednym mocnym kopnięciem zrzucił go z siebie.
Mickel upadł na plecy przyciskając dłoń do rany. Wcześniejsze rozbawienie zniknęło z jego twarzy, zastąpione teraz grymasem wściekłości. Warknął gardłowo, a spomiędzy jego pokrytych czerwoną cieczą ust wypłynęła stróżka krwi.
Widząc to Jonathan, pomimo całego zmęczenia, które go ogarnęło, na powrót poczuł irytację. W końcu to była jego krew w ustach tego plugastwa.
Widząc to Jonathan, pomimo całego zmęczenia, które go ogarnęło, na powrót poczuł irytację. W końcu to była jego krew w ustach tego plugastwa.
Mickel wyraźnie szykował się do ponownego ataku - tym razem z zamiarem odebrania mu miecza razem z ręką - ale Jonathan był szybszy. W sekundę znalazł się nad nim i jednym ruchem przeciął mu krtań, aż do kręgów szyjnych.
Oczy wampira pozostały szeroko otwarte, ale martwe.
Jonathan odsunął się od trupa i z cichym jękiem oparł się plecami o ścianę. Wiedział, że powinien uciekać z tego miejsca póki jeszcze nie przypałętał się tu żaden zwabiony zapachem krwi wampir, ale po prostu nie był w stanie. Prawy nadgarstek był albo zwichnięty, albo złamany - sądząc po bólu raczej to drugie -, a z rozoranej szyi wolno wypływała czerwona ciecz. Wciąż niemiłosiernie bolała go głowa.
Spróbował się podnieść.
Podpierając się o ścianę udało mu się lekko chwiejnie stanąć na nogach, ale już w chwili, gdy próbował zrobić krok do przodu mięśnie ponownie odmówiły mu posłuszeństwa. Ku jego zdziwieniu zamiast uderzyć w twardą podłogę, uderzył w innego człowieka. Czyjeś ramiona uchroniły go przed upadkiem, a Jonathana oblał zimny pot na myśl o tym, że może to być któryś w popleczników Mickela.
-Powoli, dzieciaku.- powiedział mężczyzna, a Jonathan prawie westchnął z ulgą.
Isao. To był Isao.
Oczy wampira pozostały szeroko otwarte, ale martwe.
Jonathan odsunął się od trupa i z cichym jękiem oparł się plecami o ścianę. Wiedział, że powinien uciekać z tego miejsca póki jeszcze nie przypałętał się tu żaden zwabiony zapachem krwi wampir, ale po prostu nie był w stanie. Prawy nadgarstek był albo zwichnięty, albo złamany - sądząc po bólu raczej to drugie -, a z rozoranej szyi wolno wypływała czerwona ciecz. Wciąż niemiłosiernie bolała go głowa.
Spróbował się podnieść.
Podpierając się o ścianę udało mu się lekko chwiejnie stanąć na nogach, ale już w chwili, gdy próbował zrobić krok do przodu mięśnie ponownie odmówiły mu posłuszeństwa. Ku jego zdziwieniu zamiast uderzyć w twardą podłogę, uderzył w innego człowieka. Czyjeś ramiona uchroniły go przed upadkiem, a Jonathana oblał zimny pot na myśl o tym, że może to być któryś w popleczników Mickela.
-Powoli, dzieciaku.- powiedział mężczyzna, a Jonathan prawie westchnął z ulgą.
Isao. To był Isao.
Oparł się o klatkę piersiową czarownika i rozluźnił minimalnie mięśnie, ale zacisnął palce na przedramionach jego marynarki, żeby zachować choć odrobinę równowagi. Skoro Isao tu był, to nie musiał się już niczym martwić.
Potem będzie czas na zastanawianie się, kiedy właściwie zaczął się czuć bezpiecznie w towarzystwie tego ekscentryka z zapędami do nekromancji.
-Zabiorę cię do siebie i tam poskładam cię do kupy.- Czy ta dziwna nuta w jego głosie to zmartwienie?- Jasna cholera, ty krwawisz.
No shit, Sherlock.
-Nic dziwnego, że masz problem z równowagą, skoro tak mocno uderzyłeś się w głowę.
-Zabiorę cię do siebie i tam poskładam cię do kupy.- Czy ta dziwna nuta w jego głosie to zmartwienie?- Jasna cholera, ty krwawisz.
No shit, Sherlock.
-Nic dziwnego, że masz problem z równowagą, skoro tak mocno uderzyłeś się w głowę.
Ciekawe, pomyślał, nie słyszałem go tak wyprowadzonego z równowagi od czasu mojej nieudanej próby samobójczej.
Jonathan poczuł chłodne palce czarownika na swojej potylicy, odgarniające włosy i dopiero wtedy zdał sobie sprawę jak bardzo jego skóra jest wilgotna w tamtym miejscu. Musiał uderzyć w ziemię o wiele mocniej niż przypuszczał.
-Obyś nie miał wstrząsu mózgu... Hej, Jonathan. Słyszysz mnie w ogóle? Jonathan?
Nie, zdążył jeszcze pomyśleć zanim zamknął oczy i stracił resztki przytomności.
Jonathan poczuł chłodne palce czarownika na swojej potylicy, odgarniające włosy i dopiero wtedy zdał sobie sprawę jak bardzo jego skóra jest wilgotna w tamtym miejscu. Musiał uderzyć w ziemię o wiele mocniej niż przypuszczał.
-Obyś nie miał wstrząsu mózgu... Hej, Jonathan. Słyszysz mnie w ogóle? Jonathan?
Nie, zdążył jeszcze pomyśleć zanim zamknął oczy i stracił resztki przytomności.
~~~~~~~~
Po przybyciu do Instytutu Clary marzyła jedynie, aby wskoczyć do wanny pełnej gorącej wody, a następnie pójść spać. Jace odpuścił trochę, widząc, że jest zmęczona. W odróżnieniu od Simona, który biegał za nią jak szczeniaczek po korytarzach, wypytując czy na pewno jest cała i jak udało jej się uciec. Powoli nudziło jej się zbywanie go, ale nie mogła powiedzieć prawdy. Po prostu, nie.
-Simon, ledwo stoję na nogach, chcę się umyć i iść spać, a ty od pięciu minut stoisz mi w drzwiach do łazienki, błagam dajże spokój!- jęknęła. Gdyby miała odrobinę więcej krzepy zwyczajnie odepchnęłaby przyjaciela na bok, ale tak zwyczajnie nie dawała rady. Czasem Simon potrafił być równie zawzięty co ona. To chyba efekt dorastania razem.
-Ale...
-Na Anioła, nie wiem!- zawołała.- Ktoś otworzył mi drzwi i zniknął! Nie wiem kto to był, a teraz przesuń się, na litość boską, zanim mnie coś trafi!
Simon odskoczył od drzwi, cudem unikając dostania nimi w czoło. Zaraz po tym rozległ się szczęk klucza w zamku i Clary, zamknąwszy się w środku, wyskoczyła z wczorajszych ubrań i oddając się w pełni rozluźniającej kąpieli. To był naprawdę dziwny dzień., westchnęła.
Po drugiej stronie drzwi, Simon przełknął nerwowo ślinę.- To... było dość przerażające.- powiedział. Chyba jeszcze nie widział Clary tak wyprowadzonej z równowagi. A przynajmniej nie pamiętał, żeby widział.
-Dźgasz lisa patykiem, a potem jesteś wielce zdziwiony, że nie wytrzymał i rzucił ci się do gardła.- wyjechał z poetyckim porównaniem Jace. Oczywiście on również chodził za Clary krok w krok, ani na chwilę nie tracąc jej z oczu.
-Chyba raczej wiewiórkę.- odparł odruchowo, odsuwając się od drzwi łazienki. Tak dla własnego bezpieczeństwa.
Jace wzruszył ramionami.- Rude, mordercze, chytre... równie dobrze może być i wiewiórka.
-Chłopcy, dajcie jej odpocząć.- powiedziała Akemi, mijając ich w korytarzu.- Na pewno jest zmęczona. Jutro porozmawiacie.- Już miała odejść, gdy przypomniała sobie o czymś jeszcze.- Dajcie mi znać, kiedy Isabelle i Alec wrócą ze zwiadu. Maryse i Robert chcieli z nimi wcześniej porozmawiać.
Gdy zniknęła za zakrętem, Simon westchnął.- Czy tylko mnie ta sprawa wydaje się mega podejrzana?
Spojrzenie jakie posłał mu Jace, w zupełności wystarczyło za odpowiedź. To był jeden z tych rzadkich momentów, kiedy zgadzali się ze sobą całkowicie.
-----------------------------------------------
*Eurowizja*
Bella: Widziałaś gościa, co wyszedł na scenę i pokazał tyłek? O.o*Eurowizja*
Will: Właśnie miałam zadać to samo pytanie XDD LOOOL XDDD
Bella: Haha, cały internet będzie jutro o tym pisał XD
*chwilę później, rozdanie punktów*
Will: Ty, nasi idole są w czołówce z jakąś małpą >.<
Bella: Haha, no xD Jak na razie wygrywa Portugalia.
Will: Zasłużył, ciężko się nie zgodzić.
Bella: No... dla Polski nic już nie da się zrobić.
Will: Takiej roboty jak Szpak w zeszłym roku to nikt nie zrobi xD
Bella: Dokładnie x)
*jeszcze później*
Will: Wnioskuję o włączenie Korei Południowej do Europy. Kto się zgadza?
Bella: Ja, ja! W końcu ktoś myśli z sensem xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)