środa, 28 czerwca 2017

Rozdział 25 - Fire in my bones [cz.1]

Clary cieszyła się, że rozdzielając pokoje w Instytucie Akemi wzięła pod uwagę to, że ona i Jace pomimo młodego wieku byli już prawnie małżeństwem i dała im wspólny pokój z podwójnym łóżkiem. Jaki był sens trzymania ich osobno, skoro i tak już sypiali razem?
Po - dosłownej - ucieczce z łazienki, Clary z prędkością maratończyka przebrała się w piżamę i wskoczyła do łóżka, od razu podciągając kołdrę pod sam nos i zamykając oczy. Chwilę później usłyszała ciche skrzypienie drzwi, ale nawet nie drgnęła. Zmuszała się do miarowego oddychania, słysząc jak Jace krząta się po pokoju. Odetchnęła dopiero, gdy zamknęły się za nim drzwi do łazienki. Wolała nie ryzykować, że Jace'a najdzie ochota na rozmowę.
Czy powinna w ogóle powiedzieć prawdę? Jace będzie wiedział, jeśli skłamie. A jeśli nie powie niczego, będzie jeszcze bardziej zawzięty, żeby się dowiedzieć. Za bardzo się o nią troszczył, żeby pozwolić temu incydentowi przejść bez echa.
Nie chciała wydawać Jonathana. Czuła, że jest mu winna chociaż tyle. Jemu i tej jego... narzeczonej. Jace nie przepadał za Clave i nie był kapusiem, ale... tu chodziło o człowieka, który trzymał go na krótkim sznurku jak jakiegoś niewolnika, zabił Maxa i wywołał wojnę, na której zginęły setki Nefilim. Clary chciała wierzyć, że nie poleciałby prosto do Roberta, ale jednocześnie nie byłaby zdziwiona, gdyby to zrobił.
Z drugiej strony... kto miałby stanąć po mojej stronie, jak nie Jace?
Była tak pochłonięta własnymi myślami, że nie usłyszała, kiedy blondyn wrócił do pokoju. Zorientowała się, gdy materac ugiął się lekko pod jego ciężarem, a ręka dotknęła jej odsłoniętego ramienia.
Mimowolnie drgnęła.
To byłoby na tyle z udawania, że śpię.
-Clary?- powiedział, a nie otrzymawszy odpowiedzi zabrał dłoń i odwrócił się do niej plecami.- Dobranoc, Clary.
-B-branoc.- pisnęła.
Jace wyłączył lampkę nocną. Leżeli tak po ciemku ładnych parę minut, oboje zmęczeni, ale żadne nie mogło zmusić się do zaśnięcia.
Nie może tak być., Clary zagryzła wargę. Prędzej czy później musi się dowiedzieć. Czy nie lepiej będzie, jeśli dowie się ode mnie?
-Jonathan żyje.- wyrzuciła z siebie w końcu, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
Jace na początku zupełnie znieruchomiał, po czym poderwał się z łóżka - mało nie zabijając się po drodze o zaplątane wokół nóg przykrycie - i zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Clary odruchowo zapaliła lampkę, po swojej stronie łóżka i usiadła.
-Wiedziałem! Heh, oczywiście, że żyje, przecież byłoby zbyt pięknie gdyby był martwy.- Kopnął stolik, nie na tyle mocno, żeby zrobić sobie krzywdę, ale mebel i tak przesunął się kawałek.- Zaczynam serio myśleć, że ten dupek jest nieśmiertelny. Ile razy mamy go zabijać, żeby w końcu pozostał tam, gdzie jego miejsce?!
-Jace.- uciszyła go Clary, zerkając ukradkiem na drzwi. Im dłużej mówił tym bardziej podnosił głos, a naprawdę nie trzeba im teraz więcej problemów.- To nie tak.
-A jak?- Jace ściszył głos, ale wciąż było po nim widać, że nie jest z tych rewelacji zadowolony. Dostać pierścień Morgensternów w fan mailu to jedno. Dowiedzieć się, że Morgenstern naprawdę zmartwychwstał to drugie. Jace vmiał ochotę wyjść na dwór i coś rozwalić. Albo wytropić tego, który był odpowiedzialny za całą tą operę mydlaną i mu nakopać. Nieważne czy to Jonathan, Mickel czy ktokolwiek inny.
Ale Clary patrzyła na niego z takim błaganiem w oczach... Musiał się ogarnąć i posłuchać do końca tego, co chciała mu powiedzieć. Nawet jeśli ani trochę mu się to nie podobało.
-Gdzie on teraz jest?- westchnął.
Clary potrząsnęła głową.- Nie mam pojęcia. Ostatnio widziałam go jakieś pół doby temu w tej starej fabryce. Może trochę więcej, bycie zamkniętym zaburza poczucie czasu.
-Współpracuje z Mickelem?- zapytał, mając już własne podejrzenia.
-Nie.- Pewność w jej głosie zdziwiła nawet ją samą.
Za to Jace nie sprawiał wrażenia jakby jej wierzył.
-Skarbie...- westchnął.
-Nie skarbuj, tylko mnie posłuchaj.- poprosiła.- Kiedy się ocknęłam byłam sama. Potem przyszedł Mickel z kilkoma wampirami i z...
-Jonathanem?- podrzucił z rezygnacją, siadając w nogach łóżka.
Clary przytaknęła.- Był tam też Akira i jakaś dziewczyna.
To trochę zbiło Jace'a z tropu.
-Co robił tam Akira?
-Nie przerywaj proszę.- uciszyła go. Po części dlatego, że chciała dokończyć; po części, ponieważ nie była pewna odpowiedzi.- Mickel pociągnął mnie za włosy, a potem zaczął bluzgać na wampira, który mnie tam przyprowadził, że jestem lichym rudzielcem i do niczego mu się nie przydam.
-Czyli porwanie cię nie było częścią planu.- podsumował Jace.- Po prostu znalazłaś się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie, jak zwykle.
Clary postanowiła go zignorować.
-Kazał mnie zabić.- kontynuowała.- Gdyby Jonathan się wtedy nie odezwał nie siedziałabym tutaj teraz.
-Co powiedział?
-Niewiele. Tylko tyle, że jestem Clarissą Morgenstern.- Bezwiednie zetknęła kosmyk włosów za ucho i zaczęła bawić się palcami.- Mickel uznał, że w takim razie lepiej będzie zostawić mnie przy życiu, żebym stanowiła jego kartę przetargową, gdy będzie negocjował z Królową Fearie.
Czyli skubaniec jednak planuje połączyć siły z Jasnym Dworem., pomyślał Jace, a na głos powiedział:
-Dobra, przyznaję. Sebastian...
-Jonathan.
-Jonathan ci pomógł.- poprawił.- Ale to wcale nie znaczy, że zrobił to z dobroci serca. Może potrzebował cię żywej, może obudził się w nim sentyment. Może szkoda mu przelania krwi Morgensternów w tak trywialny sposób. Wiesz, bez wielkiego zbiegowiska i tak dalej.
-To nie jest już ta sama osoba, Jace. Nie jest już Sebastianem.- Odetchnęła i bardzo ostrożnie dobrała kolejne słowa.- Jest tym samym dzieciakiem, który prawie dwa lata temu powiedział ci jak pokonać Mrocznych, a potem umarł.
Chwilę siedzieli w ciszy, złote oczy zatopione w zielonych, oboje zdeterminowani i pewni swoich racji. W końcu Jace westchnął.
-Naprawdę w to wierzysz?- zapytał zmęczonym głosem. Doskonale go rozumiała - sama miała już dosyć tego wszystkiego.
-Chcę w to wierzyć.
-W porządku.- powiedział tylko i posłał jej delikatny uśmiech.- Co stało się potem?
-Wyszli, a ja zasnęłam. Rankiem obudziła mnie ta dziewczyna, którą widziałam wcześniej z Jonathanem i Akirą. Miała ze sobą moją stelę i Hesperosa. Nadal nie wiem jak udało jej się przejść przez zamknięte drzwi.- Clary zmarszczyła brwi.- Narysowałam runy i otworzyłam drzwi, a ona wyprowadziła mnie na zewnątrz. Kiedy zapytałam dlaczego mi pomaga powiedziała, że - uwaga - głupio byłoby nie pomóc przyszłej szwagierce.
Jace zrobił minę jakby właśnie usłyszał, że ziemia wcale nie jest okrągła, a Raziel dorabia pracując na pół etatu w Starbucks'ie.
-Że niby... to była jego... narzeczona?- zaryzykował pytanie.
-Niby tak.
-Mówiła jak się nazywa?
-Renata Ju-coś-tam. Japońskie nazwisko, nie pamiętam.
-Nocna Łowczyni?
-Powiedziałabym, że Przyziemna, gdyby nie ta sprawa z drzwiami. Na pewno nie jest ani Nefilim, ani Podziemną.
Jace gwizdnął i wplótł dłoń w złote włosy. Się porobiło.
-Dlaczego nie było jej z tobą?
-Po tym jak odprowadziła mnie do wyjścia, wróciła do środka. Mówiła, że robi za zakładnika i Jonathan i Akira mogą mieć kłopoty, gdy nagle zniknie. Trochę to głupie, ale w sumie ją rozumiem.- Clary sięgnęła po rękę Jace'a i ścisnęła ją delikatnie.- Ja też nie cierpię zostawiać tych, na których mi zależy na pastwę losu.
Jace od razu odwzajemnił uścisk i zastanowił się nad jej słowami.
-To by znaczyło, że Jonathan i Akira włamali się do Grad, bo Mickel postawił im ultimatum. Dziewczyna za Kielich.
Clary przytaknęła.- Nie wyglądali jakby znaleźli się tam, ponieważ tego chcieli.
-Ludzie Mickela nigdy w życiu nie dostaliby się do Alicante, a nawet jeśli, to nie udałoby im się ukraść Kielicha.- ciągnął Jace. Wszystko składało się w miarę logiczną całość.- Potrzebował Nefilim i wiedział, że każdy porządny Nocny Łowca prędzej zginie niż pójdzie na układ z mącicielem, który wywołał wojnę. Dlatego uznał, że lepiej będzie znaleźć takiego, który dał sobie spokój i próbował udawać Przyziemnego jak Akira... i Jonathan, jak się okazuje.- Zacisnął kciuk i palec wskazujący wolnej ręki u nasady nosa.- Jak...? Jak to w ogóle możliwe, że on żyje? Osobiście widzieliśmy jak umiera i zostaje skremowany, byłem przy tobie, gdy wsypałaś prochy do jeziora Lyn razem z tym cholernym pierścieniem. Jak?
Clary wzruszyła ramionami.- Wcześniej też udało mu się jakoś wrócić.
-Wcześniej - zaznaczył Jace.- pomogła mu Lilith. I o ile pamiętam, udało jej się tylko dlatego, że ty wcześniej wskrzesiłaś mnie. Nie przypominam sobie, żeby ktoś ostatnio wzywał Raziela, więc opcja "Jeden dla zła, Jeden dla dobra" odpada.
-Najwyraźniej znalazł się ktoś wystarczająco sprytny aby to obejść. Może jakiś czarownik?- zasugerowała. Przypomniało jej się ostatnie spotkanie z tutejszym Wysokim Czarownikiem, jego czerwone, smocze oczy i wyniosły ton. Akira mówił, że jest potężny, ale czy wystarczająco, aby wskrzesić jej brata?- W ogóle to skąd wiedziałeś?
-Słucham?- Jace przechylił głowę, nie zrozumiawszy pytania.
-Kiedy powiedziałam, że Jonathan żyje, ty krzyknąłeś "wiedziałem". Skąd wiedziałeś?
-Aaa.- Blondyn podniósł się z łóżka i ruszył w stronę biurka.- Po tym jak zniknęłaś do Instytutu przyszedł jakiś facet i zostawił to.- Wyciągnął z górnej szuflady płócienny woreczek i podał go Clary.- Zdaniem Akemi wyglądał jakby był pod wpływem czaru, rozkojarzony i zamulony, nie wiedział nawet jak się nazywał.
Clary obróciła przedmiot w dłoniach, po czym rozluźniła sznurek aby go otworzyć i wysypała zawartość na kołdrę. Widok pierścienia rodowego Morgensternów nie zdziwił jej aż tak bardzo.
-Wewnątrz zapisane są również współrzędne fabryki.- wyjaśnił Jace, podczas gdy Clary przyglądała się bliżej sczerniałemu sygnetowi.- Tak cię znaleźliśmy.
-To nie jest zbieg okoliczności, to musiał być czarownik. Pewnie ten sam, który przywrócił Jonathana.
-Nie znam lokalnych czarowników.- westchnął Jace.
-Ja znam jednego.- powiedziała Clary.



~~~~~~~~

Jun był w trakcie wymyślania tekstu piosenki, kiedy głośne ujadanie Keo wybiło go z rytmu i całkowicie zapomniał, co chciał właśnie napisać. Złamał rysik na kartce i spiorunował mopsa wzrokiem tak srogim, że pies jakimś cudem zrozumiał, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia, zaskamlał cicho i ukrył się za nogami Renaty.
Dziewczyna spojrzała na brata z naganą.
-On tylko domaga się wyjścia na spacer, Jun. To nic anormalnego, że pies potrzebuje ruchu.- powiedziała rozjuszonym tonem, a idol natychmiast spuścił z tonu. Renata denerwowała się tak rzadko, że oglądanie na jej twarzy tej emocji wydawało się dziwne i nienaturalne.
Jun westchnął.
-Nie mam teraz czasu.- powiedział takim tonem jakby cały świat nagle runął mu na głowę, dziewczyna złamała serce, a zespół miał się za chwilę rozpaść.- Terminy nas gonią, lada moment comeback i jeszcze to wasze zniknięcie, które totalnie rozstroiło mnie emocjonalnie...
-Nie było nas jeden dzień, Jun.- przypomniała Reni, spuszczając z tonu.
-I wciąż nie wyjaśniliście mi dlaczego.- przypomniał jej.- Nie wmówisz mi, że to "nic" po tym jak Akira odstawił cię do domu całą zapłakaną i to bez Jonathana, nie jestem głupi, wiesz?
-Przecież tego nie sugeruję.- Uniosła ręce w geście pojednania.- Ja wyjdę z Keo i tak właśnie chciałam się przejść.- powiedziała.
Narzuciła na ramiona dżinsową kurtkę i sięgnęła po smycz. Jun wyjrzał przez okno - był wieczór i słońce powoli chowało się za horyzontem. Nie było jeszcze całkiem ciemno, ale...
-Nigdzie nie idziesz.- zabronił.
-Idę.- odparowała.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Reni od zawsze była mistrzynią we wzrokowych potyczkach, więc kapitulacja Juna była tylko kwestią czasu.
Westchnął, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na psa próbującego wydostać się na zewnątrz przez szparę pod drzwiami i obiecał sobie, że przy najbliższej okazji odeśle go do swoich rodziców. Pies w apartamencie nigdy nie był dobrym pomysłem, zwłaszcza, że przez ostatni brak czasu strasznie go zaniedbywał.
-Jesteś pewna?
-Tak.
-Ale tak na sto procent?
-Tak.- powiedziała ostrzej, ale brat nie wydawał się przekonany, więc dodała.- Tym razem wezmę ze sobą telefon, więc w razie czego będę dzwonić. Obiecuję.
Jun wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym skinął niemrawo głową i wrócił do swojego tekstu. Reni poczuła się jakby skrzywdziła szczeniaczka. Kiedy ona i chłopaki użerali się z bandą Podziemnych on odchodził od zmysłów ze zmartwienia, a teraz gdy teoretycznie wrócili, Ren i Akira nawet nie potrafili dokładnie wytłumaczyć mu dlaczego zniknęli i gdzie po drodze zapodział się Jonathan. Nie chciała wciągać go do świata, do którego nie należał. A Jun czuł, że nie mówi mu prawdy i przez to stresował się jeszcze bardziej. Z kolei Renata nie mogła się zdecydować czy jest bardziej zła, czy zmartwiona. Nie dość, że Jonathan nie wracał to jakby tego było mało Netaron zniknął. Miał jej wytłumaczyć co się z nią działo w siedzibie wampirów, a zamiast tego rozpłynął się w powietrzu. Praktycznie nie rozstawała się z smartfonem, czekając na telefon od Akiry, który miał wrócić zaraz po odstawieniu jej do domu, ale czuła, że dzisiaj już nie zadzwoni.
Reni podeszła bliżej do kanapy, wychyliła się zza jej oparcia i objęła Juna ramionami, opierając policzek na jego misternie ułożonej fryzurze.
-Nic mi nie będzie.- powiedziała cicho.- Wiesz, że potrafię o siebie zadbać.
-Wiem.- potwierdził.
-Więc...?
-Dobra, idź.- zgodził się w końcu.- Ale jak jutro rano zadzwoni do mnie policja i powie, że znaleźli cię w jakimś zaułku z-
Prychnęła przerywając mu.
-Powiedział ten, który chciał się rzucić z mostu!
Jun pobladł.
-Skąd ty...?
-Jonathan mi powiedział w jakich okolicznościach się poznaliście. Nie można odmówić wam oryginalności.
-...Idź już lepiej na ten spacer.- jęknął w końcu z rezygnacją.
Reni uśmiechnęła się, pocałowała go w policzek i wyszła razem z Keo. Jun pomyślał, że kiedy Morgenstern już wróci to zdecydowanie go zabije. Potem jego uwaga ponownie przeniosła się na notatnik i złamany ołówek. Sięgnął po długopis i westchnął.


~~~~~~~~

Około godzinę później Reni w końcu zaczęła kierować się z powrotem do domu. Może trochę przeciągała ten spacer, ale przynajmniej miała czas, żeby przemyśleć sobie wszystko i znacznie się uspokoiła. Znowu była sobą, a Keo bynajmniej na narzekał na trochę większą aktywność ruchową.
Sprawdziła godzinę w telefonie, a następnie spróbowała przypomnieć sobie kiedy kursuje tramwaj, którym mogłaby dojechać do Shinjuku. W końcu zmarszczyła brwi i westchnęła.
Co mnie pokusiło, żeby jechać aż do Omori?, jęknęła w myślach. Było wiele parków, do których można było przejść się z psem o wiele bliżej centrum, a ona musiała wybrać akurat najbardziej wysuniętą strefę. Będę musiała wrócić się do przystanku i stamtąd szukać jakiegoś połączenia... ach, Jun mnie zabije.
Dalsze użalanie się nad sobą przerwało jej gwałtowne szarpnięcie za smycz.
-Keo!- krzyknęła na psa, ale ten ani myślał się uspokoić. Zacisnęła na uchwycie także drugą rękę, żeby nie mógł się wyrwać.- Nie wiem, jakie zwierzątko futerkowe zobaczyłeś tym razem, ale nie myśl, że pozwolę ci za nim popędzić.- powiedziała całkiem poważnie, w ogóle nie przejmując się tym, że są na środku ulicy. Co to ona pierwsza mówi do psa? Poza tym, w pobliżu nikogo nie było. Ulice były praktycznie puste, nie licząc przejeżdżających od czasu do czasu samochodów.
Obróciła się, żeby sprawdzić co przyciągnęło uwagę Keo, ale zamiast tego zobaczyła coś innego. Olbrzymi ceglany budynek. Przywodził na myśl fabrykę, w której była ostatnio - równie opuszczony i zniszczony przez czas. Wiele okien było powybijanych, a praktycznie każdą ścianę pokrywało graffiti. Obiekt był ogrodzony, ale nie wystarczająco dobrze, by zapobiec ewentualnym włamaniom. Zresztą, dlaczego ktoś miałby się tam włamywać? Budynek był stary, obskurny i w dzień zapewne odstraszał równie skutecznie co teraz, nocą. Reni nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek chciał tu wchodzić. Może poza podchmielonymi facetami szukającymi miejsca na wypicie kolejnej butelki.
Mimo to, w jednej chwili Reni poczuła wręcz fizyczną potrzebę podejścia bliżej i zajrzenia do środka. Coś ją tam ciągnęło i nie mogła tego zignorować nawet jeśli bardzo by chciała. Ledwo zarejestrowała moment, w którym zaczęła podchodzić bliżej do ogrodzenia. Płot był wysoki, ale równie zaniedbany, co reszta parceli, więc znalezienie dziury, która była wystarczająco duża, żeby się przez nią zmieścić nie stanowiło problemu. Przywiązała Keo, żeby gdzieś nie pobiegł i podeszła do pół otwartych drzwi wejściowych. Z wiszącej powyżej tabliczki nie dało się wiele przeczytać, ale jeden wyraz był całkiem wyraźny.
-Szpital.- szepnęła Reni.
Wychyliła się, żeby zajrzeć do środka i znów to poczuła. Potrzeba podejścia bliżej. Miała wrażenie, że słyszy wołanie o pomoc. Jakaś postać zamajaczyła jej na końcu korytarza.
Zrobiła krok do przodu i...
Zadzwoniła jej komórka.
Reni podskoczyła przerażona. Wymamrotała coś pod nosem i sięgnęła do kieszeni spodni, aby bez wcześniejszego sprawdzenia kto dzwoni odebrać połączenie.
-Halo?
-Gdzie jesteś?- Znajomy, lekko zirytowany głos Juna ostatecznie przywrócił ją do rzeczywistości.
-W drodze do domu.- odparła, po chwili wahania.- Daj mi pół godziny i będę na miejscu.
-No, mam nadzieję.- powiedział i zakończył połączenie.
Reni rzuciła ostatnie spojrzenie poobdzieranym ścianom i popękanej podłodze. Postaci, którą widziała wcześniej nie było. Odwróciła się i wolnym krokiem wróciła do miejsca, w którym zostawiła psa.
-Chodź, Keo.- powiedziała, odwiązując go od ogrodzenia.- Jeśli nie stawimy się w salonie za trzydzieści minut twój pan zamknie mnie w pokoju na następny rok, a z ciebie zrobi sobie dywan do łazienki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*podboje miłosne Belli*
Bella: Wiesz, powiedziałam im obu, że chce się tylko przyjaźnić.
Will: No co ty, obu kopnęłaś w dupę? xD
Bella: No xD Filip powiedział, że OK, a Andrzej się obraził xD
Will: No sorry, na jego miejscu też bym się obraziła >.>
Bella: Nie chce się z kimś umawiać z przymusu.
Will: No w sumie. Już nie jesteśmy w podstawówce, żeby umawiać się z każdym kto nam to zaproponuje >.>
Bella: Nom. Lubię ich, ale nie wystarczająco :(
Will: *imituje głos Belii* Ekchem, sorry guys. Jakbyście mieli na imię Sebastian...
Bella: xD
Will: ...to może mogłabym to rozważyć xD
Bella: Ale nie macie, więc wypad xD
Will: HAHAHA XD

sobota, 20 maja 2017

Rozdział 24 - Wytrwaj albo giń

Szukając jakiegokolwiek potwierdzenia swojej tezy - nie lubił wchodzić w wątki, których nie był stuprocentowo pewien - Mickel kazał przynieść do swojego gabinetu broń skonfiskowaną dwójce Nefilim. Uśmiechnął się zwycięsko zauważając wśród dwóch innych mieczy i przynajmniej sześciu mniejszych ostrzy miecz o złotej klindze cyzelowanej z obsydianem  ze wzorem z czarnych gwiazd biegnących wzdłuż środkowej bruzdy.

-Zabierzcie stąd resztę tych śmieci.- Machnął ręką na pozostałą broń, biorąc do skrytych za skórzanymi rękawiczkami rąk jedynie miecz rodowy Morgensternów.

Mimo iż nie mógł nawet marzyć o dotknięciu go bez ochronnych rękawiczek, uczucie wciąż było niezmiernie satysfakcjonujące.

-I przyprowadźcie do mnie dzieciaka.- dodał.

Przedstawienie czas zacząć.


~~~~~~~ 

Kiedy dwójka wampirów wykręciła mu ręce na plecy i wyprowadziła na korytarz, z trzecim podążającym za nimi niczym cień, Jonathan był już mega znudzony siedzeniem w zamknięciu. Nawet się trochę ucieszył. Tak odrobinkę. Nie miał najmniejszej szansy na wydostanie się z tamtej celi, ale teraz miał większe pole do manewru. Wciąż był dzień - był co do tego pewien, bo niektóre okna nie były zbyt szczelnie zabite deskami - starczyło poczekać na odpowiedni moment i prysnąć.

Chwilę później zamknięto go od zewnątrz w pokoju przypominającym stary gabinet. Z Mieckelem uśmiechającym się do niego zza biurka. Ech, a już robiło się coraz lepiej.

-Pewnie zastanawiasz się czego od ciebie chcę.- zaczął przywódca wampirów, przechadzając się po pokoju.

-Co zrobiłeś Akirze i Renacie?- odparł, obracając się w miejscu wraz z Mickelem. Nie zamierzał dać zajść się od tyłu.

-Wypuściłem ich.- powiedział.- I tak byliby już nie przydatni.

Nie miał żadnego dowodu, że mówił prawdę, ale jego słowa brzmiały szczerze. Liczył, że rzeczywiście tak było.

-Jeśli zaś chodzi o ciebie- kontynuował.- Uznałem, że będziesz idealnym zastępstwem za to rude chuchro, które wzięło nogi za pas.

Mickel zatrzymał się plecami do drzwi, skrzyżował ręce na klacie i przyjrzał się swojemu więźniowi z rosnącym zadowoleniem na twarzy.

-Sebastian Morgenstern. No kto by pomyślał.- powiedział, rozkoszując się zdumieniem na twarzy chłopaka, tym i jak usta zaciskają się w wąską linię, a zielone oczy błyszczą ostrzegawczo. To będzie bardzo ciekawe.- Wybacz, że na początku cię nie poznałem, ale musisz przyznać, że te nowe kolory są dość... mylące.

-Skąd wiesz kim jestem?- zapytał Jonathan, patrząc na Mickela wrogo. Kiedy Mickel zaczął zbliżać się w jego stronę, Jonathan odruchowo przesunął się bliżej ciężkiego dębowego biurka, gdzie tuż po wejściu zauważył Fosforosa. Nie wiedział, co jego miecz robił w gabinecie Mickela, ale podejrzewał, że było to zwyczajne niedopatrzenie z jego strony. Niedopatrzenie, które zamierzał wykorzystać.

Jego ręka drgnęła wykonując niemal niezauważalny ruch w stronę Fosforosa. Wampir zmarszczył brwi jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miecz Morgensternów wciąż tam leży. Zupełnie o nim zapomniał... Czyżby właśnie popełnił poważny błąd? Nie chciał zabijać dzieciaka, co mogłoby się stać doszło do walki. Musiał bardzo ostrożnie to rozegrać.

Mickel parsknął śmiechem.- Chłopcze, jesteś sławny w całym Świecie Cieni! Gdybym nie myślał, że jesteś martwy wpadłbym na to o wiele szybciej. Chociaż...- Przekrzywił głowę jeszcze raz oceniając go wzrokiem.- Trzeba przyznać, że się zmieniłeś. Słyszałem, że farbowałeś włosy na czarno, ale nigdy nie posądziłbym cię o rudy. I jeszcze te oczy! Nagle stałeś się bardzo podobny do matki, wiesz? Pewnie Jocelyn jest przeszczęśliwa!

Jonathan tylko zacisnął zęby. Wciąganie w to Jocelyn było ciosem poniżej pasa, obaj o tym wiedzieli.

-Ach!- Kły wampira błysnęły w szerokim uśmiechu.- Ona nie wie, prawda?  

Zmarszczył brwi i nie bawiąc się w dalsze podchody chwycił za rękojeść Fosforosa. W Grad nie miał okazji go użyć - wszystko udało im się zrobić po cichu, bez zadymy i niepotrzebnego rozlewu krwi, ale teraz sprawa wyglądała trochę inaczej. Był sam na sam z wampirem, bez żadnych run - których, w odróżnieniu od Akiry, nie narysował sobie przed wycieczką do Alicante. Dlaczego? Bo nie. Po prostu nie. Doskonale pamiętał sceptyczny wzrok Akiry i jego zmarszczone brwi, kiedy tłumaczył mu z przekąsem, że runy nie gryzą i że nie powinien odrzucać ich działania tylko przez wzgląd na swoją paranoję.

Był zbyt uparty, żeby przyznać mu rację.

Teraz odrobinę tego żałował.

Mickel kontynuował swoją słowną grę, najwyraźniej uznając denerwowanie Jonathana za zabawne, bo wciąż szczerzył się szeroko.

-Słyszałem mnóstwo plotek o twoim rzekomym romansie z Królową Ferie.- wyciągnął kolejny temat.- Na początku ciężko mi było w nie uwierzyć, ale kiedy Dwór opowiedział się po twojej stronie... cóż, to było wystarczającym dowodem. Myślisz, że jej wysokość ucieszy się na widok dawnego kochanka? A może będzie chciała odwetu za porzucenie jej dla jakieś lichej przyziemnej dziw-

Jeszcze zanim wampir skończył ubliżać Renacie, Jonathan rzucił się na niego z mieczem. Mickel jakby tylko na to czekał. Zrobiwszy unik roześmiał się szyderczo, po czym sam przeszedł do ofensywy. Poruszał się niezwykle szybko nawet jak na wampira. Jonathanowi udało się parę razy zablokować jego ataki, ale kiedy sam spróbował ponownie wyprowadzić swój mężczyzna nie tylko ominął łokieć, którym Jonathan planował przywalić mu w zęby, ale także zdołał chwycić go za przegub. Uśmiechając się parszywie Mickel wykręcił jego nadgarstek pod nienaturalnym kątem. Jonathan stęknął z bólu i zacisnął zęby, a Fosforos z brzdękiem upadł na podłogę i został odkopany na bok.

-A może powinienem pójść o krok dalej i wezwać twoją drugą matkę, hm?- droczył się dalej Mickel. Jednocześnie, korzystając z tego, że Morgenstern jest chwilowo unieruchomiony, podciął mu nogi.

Jonathan'owi aż zadzwoniło w uszach, kiedy jego głowa grzmotnęła o wyłożoną kafelkami podłogę. Niemal natychmiast poczuł ponowny ból w ręce i ucisk na klatce piersiowej, gdy Mickel przyszpilił go do ziemi.

-Lilith wie.- Jak przez mgłę usłyszał swój własny głos odpowiadający na poprzednią zaczepkę wampira.- Niezbyt ją już obchodzę.- dokończył z trudem. 

-Och?- Michel wykrzywił wargi w asymetrycznym uśmiechu.- Szkoda.

Poczuł jak wampir wzmacnia uścisk na jego nadgarstku i pochyla twarz bliżej jego szyi.

-Ale nadal uważam, że Królowa może być całkiem zadowolona. Przydałoby się tylko zrobić coś, żebyś przestał się tak rzucać.

Krzyknął krótko, gdy zęby wampira wbiły się w jego szyję. Próbował się wyrwać, ale jedna ręka to zdecydowanie zbyt mało, żeby strącić z siebie wampira, a nadgarstek drugiej zamknięty był w żelaznym uścisku Mickela.

Jonathan na chwilę zapomniał, co się dzieje. Jego mięśnie rozluźniły się, nagle zrobił się strasznie senny. Przestał się szarpać. Miał wrażenie, że Mickel uśmiecha się z kłami wciąż zatopionymi głęboko w jego szyi, ale niezbyt go to obchodziło. Zamknął oczy...

A potem Mickel jeszcze mocniej naparł na jego uszkodzony nadgarstek i promieniujący ból rozprzestrzenił się na całą rękę, aż do ramienia. To go ocuciło. Sprawił, że znów otworzył oczy i spojrzał odrobinę trzeźwiej na beznadziejną sytuację, w której się znalazł. Nie ma mowy, żeby mógł ruszyć tamtą ręką. W ogóle miał problem z poruszaniem czymkolwiek, w miarę upływu krwi czuł się coraz słabiej. Kręciło mu się w głowie i powoli zaczynały drętwieć mu palce.

Nie istotne, czy zabije mnie na miejscu, czy odstawi półżywego do Jasnego Dworu, tak czy inaczej zaraz będzie po mnie., to jedno zdanie przebiło się przez szum w jego umyśle i popchnęło go do działania, do zrobienia czegokolwiek. Resztę załatwiła adrenalina i budzący się pod jej wpływem instynkt Nocnego Łowcy, który sam nakierował jego lewą rękę na czubek rękojeści Fosforosa. Przyciągnął go bliżej do siebie i wbił ostrze prosto pod żebra napastnika. Poczuł silny ból w szyi, gdy Mickel wrzasnął i wyrwał zęby z jego ciała, pozostawiając po sobie otwartą do żywego mięsa ranę. Jonathan syknął, czując jak krew spływa mu po karku na podłogę, ale zignorował ból i wyrwał miecz z ciała wampira, po czym jednym mocnym kopnięciem zrzucił go z siebie. 

Mickel upadł na plecy przyciskając dłoń do rany. Wcześniejsze rozbawienie zniknęło z jego twarzy, zastąpione teraz grymasem wściekłości. Warknął gardłowo, a spomiędzy jego pokrytych czerwoną cieczą ust wypłynęła stróżka krwi.

Widząc to Jonathan, pomimo całego zmęczenia, które go ogarnęło, na powrót poczuł irytację. W końcu to była jego krew w ustach tego plugastwa. 

Mickel wyraźnie szykował się do ponownego ataku - tym razem z zamiarem odebrania mu miecza razem z ręką - ale Jonathan był szybszy. W sekundę znalazł się nad nim i jednym ruchem przeciął mu krtań, aż do kręgów szyjnych.

Oczy wampira pozostały szeroko otwarte, ale martwe.

Jonathan odsunął się od trupa i z cichym jękiem oparł się plecami o ścianę. Wiedział, że powinien uciekać z tego miejsca póki jeszcze nie przypałętał się tu żaden zwabiony zapachem krwi wampir, ale po prostu nie był w stanie. Prawy nadgarstek był albo zwichnięty, albo złamany - sądząc po bólu raczej to drugie -, a z rozoranej szyi wolno wypływała czerwona ciecz. Wciąż niemiłosiernie bolała go głowa.

Spróbował się podnieść.

Podpierając się o ścianę udało mu się lekko chwiejnie stanąć na nogach, ale już w chwili, gdy próbował zrobić krok do przodu mięśnie ponownie odmówiły mu posłuszeństwa. Ku jego zdziwieniu zamiast uderzyć w twardą podłogę, uderzył w innego człowieka. Czyjeś ramiona uchroniły go przed upadkiem, a Jonathana oblał zimny pot na myśl o tym, że może to być któryś w popleczników Mickela.

-Powoli, dzieciaku.- powiedział mężczyzna, a Jonathan prawie westchnął z ulgą.

Isao. To był Isao.

Oparł się o klatkę piersiową czarownika i rozluźnił minimalnie mięśnie, ale zacisnął palce na przedramionach jego marynarki, żeby zachować choć odrobinę równowagi. Skoro Isao tu był, to nie musiał się już niczym martwić. 

Potem będzie czas na zastanawianie się, kiedy właściwie zaczął się czuć bezpiecznie w towarzystwie tego ekscentryka z zapędami do nekromancji.

-Zabiorę cię do siebie i tam poskładam cię do kupy.- Czy ta dziwna nuta w jego głosie to zmartwienie?- Jasna cholera, ty krwawisz.

No shit, Sherlock.

-Nic dziwnego, że masz problem z równowagą, skoro tak mocno uderzyłeś się w głowę.

Ciekawe, pomyślał, nie słyszałem go tak wyprowadzonego z równowagi od czasu mojej nieudanej próby samobójczej.

Jonathan poczuł chłodne palce czarownika na swojej potylicy, odgarniające włosy i dopiero wtedy zdał sobie sprawę jak bardzo jego skóra jest wilgotna w tamtym miejscu. Musiał uderzyć w ziemię o wiele mocniej niż przypuszczał.

-Obyś nie miał wstrząsu mózgu... Hej, Jonathan. Słyszysz mnie w ogóle? Jonathan?

Nie, zdążył jeszcze pomyśleć zanim zamknął oczy i stracił resztki przytomności.
~~~~~~~~

Po przybyciu do Instytutu Clary marzyła jedynie, aby wskoczyć do wanny pełnej gorącej wody, a następnie pójść spać. Jace odpuścił trochę, widząc, że jest zmęczona. W odróżnieniu od Simona, który biegał za nią jak szczeniaczek po korytarzach, wypytując czy na pewno jest cała i jak udało jej się uciec. Powoli nudziło jej się zbywanie go, ale nie mogła powiedzieć prawdy. Po prostu, nie.

-Simon, ledwo stoję na nogach, chcę się umyć i iść spać, a ty od pięciu minut stoisz mi w drzwiach do łazienki, błagam dajże spokój!- jęknęła. Gdyby miała odrobinę więcej krzepy zwyczajnie odepchnęłaby przyjaciela na bok, ale tak zwyczajnie nie dawała rady. Czasem Simon potrafił być równie zawzięty co ona. To chyba efekt dorastania razem.

-Ale...

-Na Anioła, nie wiem!- zawołała.- Ktoś otworzył mi drzwi i zniknął! Nie wiem kto to był, a teraz przesuń się, na litość boską, zanim mnie coś trafi!

Simon odskoczył od drzwi, cudem unikając dostania nimi w czoło. Zaraz po tym rozległ się szczęk klucza w zamku i Clary, zamknąwszy się w środku, wyskoczyła z wczorajszych ubrań i oddając się w pełni rozluźniającej kąpieli. To był naprawdę dziwny dzień., westchnęła.

Po drugiej stronie drzwi, Simon przełknął nerwowo ślinę.- To... było dość przerażające.- powiedział. Chyba jeszcze nie widział Clary tak wyprowadzonej z równowagi. A przynajmniej nie pamiętał, żeby widział.

-Dźgasz lisa patykiem, a potem jesteś wielce zdziwiony, że nie wytrzymał i rzucił ci się do gardła.- wyjechał z poetyckim porównaniem Jace. Oczywiście on również chodził za Clary krok w krok, ani na chwilę nie tracąc jej z oczu.

-Chyba raczej wiewiórkę.- odparł odruchowo, odsuwając się od drzwi łazienki. Tak dla własnego bezpieczeństwa.

Jace wzruszył ramionami.- Rude, mordercze, chytre... równie dobrze może być i wiewiórka.

-Chłopcy, dajcie jej odpocząć.- powiedziała Akemi, mijając ich w korytarzu.- Na pewno jest zmęczona. Jutro porozmawiacie.- Już miała odejść, gdy przypomniała sobie o czymś jeszcze.- Dajcie mi znać, kiedy Isabelle i Alec wrócą ze zwiadu. Maryse i Robert chcieli z nimi wcześniej porozmawiać.

Gdy zniknęła za zakrętem, Simon westchnął.- Czy tylko mnie ta sprawa wydaje się mega podejrzana?

Spojrzenie jakie posłał mu Jace, w zupełności wystarczyło za odpowiedź. To był jeden z tych rzadkich momentów, kiedy zgadzali się ze sobą całkowicie.

-----------------------------------------------
*Eurowizja*
Bella: Widziałaś gościa, co wyszedł na scenę i pokazał tyłek? O.o
Will: Właśnie miałam zadać to samo pytanie XDD LOOOL XDDD
Bella: Haha, cały internet będzie jutro o tym pisał XD
*chwilę później, rozdanie punktów*
Will: Ty, nasi idole są w czołówce z jakąś małpą >.<
Bella: Haha, no xD Jak na razie wygrywa Portugalia.
Will: Zasłużył, ciężko się nie zgodzić.
Bella: No... dla Polski nic już nie da się zrobić.
Will: Takiej roboty jak Szpak w zeszłym roku to nikt nie zrobi xD
Bella: Dokładnie x)
*jeszcze później*
Will: Wnioskuję o włączenie Korei Południowej do Europy. Kto się zgadza?
Bella: Ja, ja! W końcu ktoś myśli z sensem xD 

czwartek, 16 marca 2017

Rozdział 23 - Sztuka dotrzymywania sekretów.

W miarę oddalania się od fabryki krok Clary stale przyspieszał, aż chwilę później biegła ile sił miała w nogach, byle jak najdalej od tego miejsca. Odłożyła myśli o bracie - on naprawdę żyje? i to jeszcze ma dziewczynę? ba, NARZECZONĄ?! - na bok. Znała położenie miejsca, w którym ukrywał się Mickel. Musiała powiedzieć reszcie, zanim się ulotni, a zrobi to na pewno, gdy dowie się, że uciekła. Miała mało czasu. Musiała szybko dostać się do Instytutu, a nie znała nawet swojego własnego położenia. Mknęła pomiędzy starymi kamienicami, zbyt skupiona na pracy nóg, żeby zwracać uwagę na drogę. Nie dotarła jednak daleko. Ledwie chwilę później zderzyła się z kimś na zakręcie. Męskie ramiona oplotły ją w pasie nie pozwalając się odsunąć, ale zanim zdążyła zacząć się wyrywać poczuła znajomy zapach perfum. Identyczne podarowała niedawno Jace'owi.

Odsunęła się odrobinę tylko po to, żeby móc zarzucić chłopakowi ręce na szyję.

-Jace!- zawołała.- To naprawdę ty! Jak mnie znalazłeś?

 -Emm.- Jace zaciął się na chwilę, zastanawiając się czy powinien teraz mówić jej, że jakiś facet przyniósł do Instytutu koordynaty razem z pierścieniem rodowym Morgensternów... Ta, to chyba nie była najlepsza pora.- W sumie, to sam nie jestem pewien, to trochę podejrzana sprawa. Ważne, że jesteś.- skwitował i połączył ich usta w czułym pocałunku.- Co się stało? Jak uciekłaś?

-Eee.- Tym razem to Clary nie wiedziała, co powiedzieć. W gruncie rzeczy, wiele się wydarzyło w ciągu ostatniej doby. Nie mogła po prostu powiedzieć, że żyła tylko dzięki Jonathanowi, który, notabene, powinien być martwy, oraz jego... narzeczonej. Kto wie jakby zareagowali na te rewelacje.- To... trochę długa historia. Ważne, że jestem.- dodała rozbrajająco i przyciągnęła Jace'a do kolejnego pocałunku, licząc, że tak uda jej się ukryć zdenerwowanie.

Simon kaszlnął kilkakrotnie chcąc zwrócić na siebie uwagę rudowłosej. I zadziałało, Clary oderwała się od Jace'a i przytuliła mocno swojego przyjaciela, a potem także Izzy. Alec nie był tak wylewny, ale za to uśmiechnął się do niej - szczerze - i od razu przeszedł do sedna.

-Wybaczcie, że przerwę tę ckliwą scenkę, ale lepiej będzie jeżeli już się stąd zmyjemy. Wampiry, co prawda nie będą cię szukać w środku dnia, ale demony to inna sprawa.

-Nie możemy tak po prostu odejść.- zaprzeczył Simon.- Wiem, że to delikatna sprawa, ale właśnie mamy jak na widelcu główną siedzibę rebeliantów!

-Aż nie wierzę, że to mówię- dodała Izzy.- Ale czy nie powinniśmy powiadomić Clave? Za parę godzin może ich już tu nie być, przepadną razem z Kielichem.

-Jakim kielichem?- wtrąciła Clary. Pozostała czwórka spojrzała na nią wymownie.- Tym Kielichem?! No nie gadajcie! Kiedy?

-Parę godzin temu.- odparł Jace, przeczesując palcami grzywkę w nerwowym geście, po czym ujął Clary za rękę.- Ale to teraz nie nasz problem, trzeba zabrać cię w jakieś bezpieczne miejsce. Możemy powiadomić Maryse i Roberta, gdy będziemy już w Instytucie.

-Nie!- krzyknęła odruchowo Clary, czym wywołała zdziwienie u wszystkich wokół.- To... znaczy... Nie wiem, czy to dobry pomysł. Może zamiast działać pochopnie spróbujemy lepiej poznać wroga? Wiecie, nie wiemy ilu ludzi ma na miejscu, ani z kim nawiązał współpracę. Do wieczora i tak się stąd nie ruszą, nie ryzykowaliby wyjścia na słońce.

Jace, Isabelle i Alec wymienili zdezorientowane spojrzenia, a Simon spojrzał na Clary wyraźnie zaniepokojony. Zachowywała się co najmniej dziwnie, nawet jak na kogoś kto został porwany przez wampiry. Clary zdawała sobie sprawę jak podejrzanie musi to dla nich wyglądać, ale nie mogła odpuścić. Jeśli wezwą teraz Clave to Jonathan... Jonathan przestanie być tajemnicą. To nie był byle jaki sekret, tu chodziło o życie... jej brata. Mimo wszystkiego, co zaszło między nimi w przeszłości, czuła, że nie może tak po prostu wydać go nefilim. Dlatego wpatrywała się w Jace'a z uporem i desperacją, licząc na to, że zobaczy jak bardzo jej zależy i stanie po jej stronie. 

-Clary... Clary może mieć trochę racji.- powiedział w końcu do swojego parabatai. Rudowłosa musiała się powstrzymać przed wskoczeniem na niego i uściskaniem go.- Wampiry nie ruszą się nigdzie do zachodu słońca, a Alicante nie runie jeśli Clave poczeka jeszcze parę godzin.

-W porządku.- zgodził się Alec, choć nie wyglądał na przekonanego.

-Razem z Simonem zabierzcie Clary do Instytutu. Ja i Alec zostaniemy i będziemy mieć na wszystko oko.- Izzy przejęła dowodzenie i uwiesiła się na ramieniu starszego brata uśmiechając się w swój charakterystyczny isabelowaty sposób.


-Masz wystarczająco siły, żeby otworzyć bramę, Clary?- zapytał Simon.

Dziewczyna przytaknęła ostrożnie. Cały czas czuła tępy ból w potylicy i momentami dzwoniło jej w uszach, ale nie było to na tylko poważne, żeby nie mogła stworzyć bramy. Wyciągnęła stellę i narysowała nią runę otwierającą na ścianie.

Gdy tylko brama zamknęła się za Jace'm, Alec wymienił z Izzy konspiracyjne spojrzenia.

-Czy tylko mnie coś tutaj bardzo nie pasuje?- zapytał.

-Nie tylko tobie, braciszku.- westchnęła.- Nie tylko tobie.

Razem ruszyli w stronę, z której przyszła Clary.



------------


Renata już na wpół przysypiała oparta o ramię Akiry, kiedy głośny huk przywrócił ją do rzeczywistości tak, że niemal podskoczyła. Jonathan, który jakieś pół godziny temu poderwał się na nogi i zaczął wydeptywać ścieżkę w podłodze stał teraz przy drzwiach celi z pięścią wciąż wbitą w chłodny metal. Gdy ją odsunął cienka warstwa rdzy i kurzu posypała się na podłogę.

Renata przetarła klejące się po nieprzespanej nocy oczy, ale w żaden sposób nie skomentowała jego zachowania. Rozumiała, że jest zmęczony i zły, pewnie nawet wściekły. Podobnie jak Akira, który mimo iż zdawał się pogodzić z rolą poduszki, od dłuższego czasu stukał palcami o swoje ramię i marszcząc brwi, wbijał wzrok w podłogę obok swoich skrzyżowanych nóg. Netaron przez pierwszych parę minut obserwował ich z obojętną miną, po czym rozpłynął się w powietrzu. Renata nie widziała go od tamtej pory.

Dziewczyna westchnęła cicho i ignorując zmęczenie, wstała z kamiennej posadzki.

-W porządku?- zapytała, podchodząc do Jonathana i sięgnęła po jego rękę. Wierzch dłoni był lekko zaczerwieniony, ale nic nie krwawiło, a siniak miał pojawić się dopiero za parę godzin.

-Nie, nie jest w porządku.- powiedział napiętym tonem, ale nie cofnął ręki.- Nic nie jest w porządku.

Renata przysunęła się bliżej i pocałowała go czule, a Jonathan wplótł dłoń w jej włosy. Oddał pocałunek, czując jak emocje powoli zaczynają z niego ulatywać. Jak zwykle - obecność Reni działała na niego uspokajająco. Położył drugą rękę na jej talii i przyciągnął ją jeszcze bliżej.

Słyszał jak Akira chrząka znacząco ze swojego miejsca pod ścianą.

Zignorował go.

-Zgubiłem twój łańcuszek.- przyznał cicho, kiedy oderwali się od siebie na chwilę.

Renata westchnęła.

-Należał do mojej mamy.- szepnęła i ponownie połączyła ich usta.- Kupisz mi nowy.

Akira chrząknął ponownie, tym razem głośniej.- Nie to, że wasze gruchanie mi przeszkadza, gołąbeczki, ale to chyba nie jest odpowiedni czas i miejsce.

Jonathan wywrócił oczami, ale mimo wszystko wycofał się z przestrzeni osobistej swojej dziewczyny. Skoro to przez niego - i Akirę, gdyby nie on w ogóle by ich tutaj nie było - Reni znalazła się w tym bagnie, to musiał wziąć na siebie odpowiedzialność i ją stąd wyciągnąć. Pytanie tylko - jak?

Zamknięto ich w tym samym pomieszczeniu, w którym wcześniej trzymano Renatę. Jonathan wywnioskował to z jej niezbyt zadowolonej miny i bardzo wymownego "O, jak miło, prawie zdążyłam się stęsknić", kiedy zorientowała się, dokąd ich prowadzą. Pokój nie miał żadnych okien czy otworów wentylacyjnych - poza małą kratką na górze -, a drzwi, jak już się zdążył przekonać, były kompletnie nie do ruszenia bez pomocy steli, którą zabrano jemu i Akirze razem z bronią. Ach, no i jeszcze wyglądało na to, że wampiry naprawdę zastosowały się do polecenia Mickela i przed drzwiami naprawdę stał ktoś, kto ich pilnował. I to bynajmniej nie jedna osoba, bo czasem udawało mu się usłyszeć zagłuszone przez drzwi fragmenty rozmów. I ziewanie. Ciekawe, która była godzina? Czas strasznie się zlewa, kiedy siedzi się zamkniętym w jakiejś skrytce w piwnicy i nie ma się co robić. 

-Reni?

-Tak?- mruknęła dziewczyna, przenosząc wzrok na Akirę.

-Naprawdę wypuściłaś Clary?- Brunet spojrzał na nią sceptycznie spod uniesionej brwi, jakby naprawdę nie mógł uwierzyć, że byłaby fizycznie zdolna do czegoś takiego. 

Ku jego zdumieniu, Renata przytaknęła.- Wyprowadziłam ją z budynku, ale sama wróciłam. Mielibyście kłopoty, gdyby się okazało, że mnie nie ma.

-I tak je mamy.- zaoponował.- Trzeba było uciekać razem z nią. Przynajmniej byłabyś bezpieczna.

-Znasz mnie.- Uśmiechnęła się niewinnie.- Nie mogłam was zostawić. Mimo, że jestem bezużyteczna i potrafię tylko pakować się w kłopoty.

Jonathan przysłuchiwał się ich rozmowie jednym uchem, wciąż zastanawiając się nad drogą ucieczki, kiedy nagle coś do niego dotarło.

-Pomogłaś Clary uciec.- powiedział ostrożnie.- Dzięki tobie się wydostała.

-No shit Sherlock.- zakpił Akira.- Nie żebyśmy właśnie o tym rozmawiali. 

Jonathan zignorował go zupełnie, wciąż wpatrując się w Reni tymi przenikliwymi, zielonymi oczami. Dziewczyna powstrzymała się przed nerwowym wczepieniem palców w bluzkę. Wiedziała, jakie pytanie teraz padnie i bała się, bo nie miała pojęcia jak na nie odpowiedzieć.

-Jak ci się to, na Anioła, udało?- zapytał Jonathan, prawie szeptem. 

Teraz nie tylko Jonathan skanował ją wzrokiem - Akira również. W końcu do nich obu dotarło, że uwolnienie innego więźnia podczas gdy samemu jest się więźniem graniczy z cudem. I Renata w pełni się z nimi zgadzała, bo to co zrobiła w istocie było fizycznie niemożliwe. Nikt nie przechodzi przez zamknięte drzwi, ot tak, jakby ich w ogóle nie było. Skręcając w jeden z korytarzy niemal wpadła na jednego ze strażników, a on tylko ją wyminął i poszedł dalej. To nie było normalne. Podobnie jak, to że wampir po ugryzieniu jej odskoczył jakby autentycznie został poparzony, a rana po tym zagoiła się w krótką chwilę.

Zasługiwali na wyjaśnienia, ale ona sama nie wiedziała co się z nią dzieje. A Netarona nadal nie było. Czy to, co się z nią działo miało jakiś ścisły związek z jej aniołem stróżem...? Może... może czas najwyższy, żeby widzenie aniołów przestało być jej tajemnicą. 

Otworzyła usta, żeby zacząć wyjaśniać im wszystko, o czym póki co sama wiedziała, kiedy rozległ się szczęk klucza w zamku i chwilę potem w metalowych drzwiach stanął Mickel. Ciężko określić ile wampirów stało za nim w korytarzu, ale na pewno zbyt wiele, aby dwójka nefilim bez broni dała im radę. 

-Przytrzymać rudego.- powiedział oschłym tonem. Jego twarz przypominała kamienną maskę.- Pozostałą dwójkę wyprowadzić.

Jonathan zorientował się, że chodzi o niego dopiero, kiedy dwóch barczystych mężczyzn wykręciło mu ręce do tyłu i zmusiło do przyklęknięcia na ziemi. Próby wyrwania się spełzły na niczym. Mógł jedynie wściekać się i patrzeć jak po krótkiej szarpaninie Akira i Renata zostają wyprowadzeni z pomieszczenia. Na krótką chwilę zanim zniknęli z jego pola widzenia, udało mu się spojrzeć prosto w chmurne, jasne oczy Reni i poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. 

Chwilę później jego ręce zostały oswobodzone. Na pożegnanie dostał jeszcze od jednego z wampirów kopniaka w głowę i przez parę sekund mógł podziwiać obrzydliwy uśmiech na twarzy Mickela zanim drzwi zamknęły się z hukiem i został sam. Ale ani to, ani ostry ból głowy nie miały większego znaczenia. 

Przed oczami wciąż miał twarz Renaty. 

Chyba jeszcze nigdy nie widział jej tak przerażonej.     


-------------


Dochodziła godzina szesnasta. Słońce mimo, że było jeszcze wysoko na niebie, powoli zaczynało niebezpiecznie chylić się ku zachodowi. Alec co rusz nerwowo rozglądał się na boki, czując coraz większe zniecierpliwienie.

-Robi się późno, Izzy.- powiedział do siostry, która ani na minutę nie oderwała czujnego wzroku od znajdujących się dwieście metrów przed nimi zabudowań fabryki.- Musimy wracać do Instytutu i powiadomić Clave, zanim Mickel zwieje z Kielichem.

-Nie, jeszcze nie.

-Isabelle- westchnął cicho Alec.

-Nie możemy teraz iść.- powiedziała butnie.- Wiem, że zaraz coś się stanie.

-Niby skąd możesz to wiedzieć?- brunet załamał ręce. Jeśli przez upór jego siostry stracą Kielich Anioła, nigdy sobie nie daruje.

-W odróżnieniu od was - facetów, my posiadamy instynkt, braciszku.- wytknęła mu.- A mój właśnie głośno daje o sobie znać. Poczekajmy jeszcze chwilę. Jeśli nic się nie stanie, wrócimy do Instytutu.

Słysząc w jej głosie tą typową dla niej zawziętość, która oznaczała, że Izzy podjęła już decyzję i nie da jej sobie za nic wyperswadować, Alec zrozumiał, że nic więcej nie zdziała i postanowił zgodzić się na jej warunki. To nie tak, że słońce w ciągu marnej chwili zniknie z nieba jak za byle pstryknięciem palców.

Sześć minut później główne drzwi do budynku stanęły otworem. Wyszły z nich dwie postacie. Cóż, bardziej to wyglądało jakby zostali wyrzuceni ze środka niż wyszli stamtąd z własnej woli. Ciemnowłosy mężczyzna - który wydawał się Alec'owi całkiem znajomy, ale równie dobrze mogłaby to być sprawka odległości - przytrzymywał kobietę o długich, jasnych włosach przed wparowaniem z powrotem do środka. Chwilę potem po okolicy rozległ się głuchy trzask i wejście się zamknęło. Byli zbyt daleko, aby dobrze im się przyjrzeć.

Ale wciąż mieli runę pozwalającą usłyszeć o czym rozmawiają.

Natychmiast sięgnął po swoją stelę i narysował na ciele odpowiedni znak, kątem oka zauważając, że Isabelle robi podobnie.

-...lałby, żebym cię odprowadził do domu.- powiedział mężczyzna. Alec nie słyszał początku ich rozmowy, ale wyciągnięcie jej z kontekstu było dosyć proste.

-Nie możemy go tak po prostu...!- krzyknęła dziewczyna, próbując wyrwać się z jego uścisku. Lightwood wyobraził sobie jak wbija paznokcie w skórzaną kurtkę, którą nosił mężczyzna.

-O nie. Najpierw zabiorę cię do Juna i upewnię, że jesteś bezpieczna, potem razem zastanowimy się, co z tym zrobić, okej?- kontynuował tym samym, uspokajającym tonem, po czym nie czekając na odpowiedź bezceremonialnie przerzucił ją sobie przez ramię i zaczął szybkim krokiem oddalać się w stronę centrum.

-Cóż.- zaczęła Isabelle, kiedy szloch dziewczyny ucichł.- Miałam rację. Coś się stało. Tylko nadal nie bardzo rozumiem co.- powiedziała, opierając ręce na biodrach i spojrzała na brata.- Myślisz, że to Przyziemni?

-Nie wiem, Iz.- Alec pokręcił głową.- Wiem tyle, że ktoś tam w środku został, a więc nie tylko Kielich, ale i czyjeś życie stoi pod znakiem zapytania.

Rodzeństwo wymieniło porozumiewawcze spojrzenia.

-Clave?

-Najwyższa pora.
-----------------------------------
Bella: Jak tam? <3
Will: *I-don't-care mode: on*
*trzy dni później*
Bella: Izka, olewasz mnie! >:(
Will: Ech... sorry, skarbie, rozumiem, że się nudzisz, ale są święta nie mam czasu prowadzić z tobą długich i jakże porywających rozmów :(
Bella: Wielkie dzięki...
Will: Gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie skręciła, twoja wina >.>
Bella: Ugh >:( Co robisz?
Will: Niańczę ciotkę.
Bella: Którą? XD
Will: Tylko jedna wymaga niańczenia xD
Bella: I co robicie?
Will: Aktualnie? Oglądamy Mrocznego Rycerza XD
Bella: Haha XD

sobota, 4 lutego 2017

Rozdział 22 - Ogień się tli

Clary poczuła się wolna wraz z chwilą wyjścia na światło dzienne. Odetchnęła głęboko i powoli wypuściła powietrze z płuc. Nie wiedziała jakim cudem udało im się wydostać nie wpadając na ani jednego wampira, ale teraz to nie miało już znaczenia. Tak długo, jak stały w promieniach słońca, żaden krwiopijca nie mógł ich dosięgnąć. Odwróciła się do Renaty, żeby jej podziękować i z zaskoczeniem zauważyła, że dziewczyna stoi kilka metrów za nią, nie mając zamiaru podejść bliżej.

-A ty nie idziesz?- zapytała.

Blondynka pokręciła głową.

-Jonathan i Akira mogliby mieć problem z klanem, gdybym tak po prostu zniknęła.- wyjaśniła, łagodnym głosem.- Jestem zakładnikiem, pamiętasz?- dodała, śmiejąc się cicho.

-Oh, no tak.- Clary nie wiedziała co powiedzieć. Czuła się głupio - nie chciała zostawiać osoby, która jej pomogła. Poza tym, było jeszcze tak wiele pytań, na które chciała poznać odpowiedzi...

Reni bezbłędnie odczytała z niej to wahanie.

-Powinnaś iść.- powiedziała.- Twoi przyjaciele muszą się potwornie martwić.

-Pewnie tak, tylko...

-Kiedy to wszystko się skończy, namówię Jonathana, żeby się z tobą spotkał.- obiecała.- Zdaje się, że przydałaby się wam szczera rozmowa.

Clary przez chwilę zastanawiała się co jej na to odpowiedzieć, aż w końcu powiedziała zwykłe:

-Dziękuję.

-Nie ma za co.

Reni obserwowała jak Clary znika za rogiem ulicy. Dopiero wtedy odwróciła się i powolnym krokiem ruszyła w stronę fabryki. Zrobiła co chciała, teraz musiała wracać do swojego uroczego pokoiku. Pewnie już odkryli, że zniknęła - chyba, że są wyjątkowo nierozgarnięci - ale trzeba było choć próbować utrzymać pozory.

Jednak tym razem nie poszło jej tak łatwo, jak poprzednio. Zaraz po wejściu do budynku natknęła się na wampira. Nie zdążyła nawet zareagować kiedy znalazł się przy niej i chwycił ją za ramię tak mocno, że aż zabolało.  

-Ty mała żmijo, wiedziałem, że będziesz kombinować.- wysyczał Podziemny.- Jak udało ci się wyjść z celi?


Reni zacisnęła usta, ale nie odwróciła wzroku. Nawet jeśli się bała, to w ogóle nie było tego po niej widać, co tylko bardziej rozjuszyło wampira. Puścił jej ramię i zacisnął dłoń na jej gardle, przypierając dziewczynę do ściany. Liczył, że to wywrze na niej jakieś wrażenie.

Nie wywarło.

Jedynie zamknęła oczy, ale wciąż pozostała bierna na jego działania. Trzeba przyznać, zaimponowało mu to.

-Naprawdę szkoda marnować taki dobry materiał.- powiedział i uśmiechnął się, odsłaniając kły.- Powinnaś być jedną z nas, a nie marnować się w świecie Przyziemnych. Co ty na to, żeby naprawić ten błąd?

Dopiero to podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. 

-Nie!

Zaczęła się wyrywać, ale bez efektu. Wampir unieruchomił jej ręce. Spojrzała w bok, na Netarona. Anioł stał w znacznej odległości od nich i tylko się przyglądał. Na jego idealnej twarzy Reni widziała napięcie, a może nawet nutkę niepokoju? Gdyby jej pomógł, złamałby wszystkie obowiązujące go zasady. Doskonale pamiętała słowa, które powiedział do niej nie dłużej jak pół godziny temu.

Każde działanie niesie za sobą konsekwencje. A ja nie będę mógł ci pomóc, jeśli wpadniesz w kłopoty.

-Sama jestem sobie winna, nie?- szepnęła bezbarwnie. Jej wzrok nagle stał się zamglony, jakby myślami była gdzieś bardzo daleko.- Bo jestem człowiekiem i nie potrafię słuchać.- Wampir był tak blisko, że czuła jego oddech na szyi.

-Owszem.- odezwał się Netaron.- Na twoje i moje szczęście, nie jesteś pierwszym lepszym człowiekiem.

Renata nie zdążyła nawet zastanowić się nad tym, co miałoby to oznaczać, gdy poczuła ostry ból w szyi. Usłyszała syk, który potem przerodził się w jęk bólu, ale żaden z tych dźwięków nie wyszedł z jej ust. Zdziwiła się, kiedy wampir odskoczył od niej równie nagle, co się przy niej znalazł. Ręką zasłaniał sobie dolną część twarzy.

Reni czuła nienaturalne ciepło w miejscu ugryzienia. Wykrzywiła kark, żeby spojrzeć na to miejsce i zdębiała. Zobaczyła błękitny płomyk tlący się na rankach. Krew, która z nich wypływała nie była czerwona, tylko złota. Kiedy mrugnęła ogień przestał się tlić, a krew znów miała swój naturalny kolor, ale po ugryzieniu nie było nawet najmniejszego śladu.

Przez chwilę była skłonna uwierzyć, że tylko jej się przywidziało. Potem ponownie spojrzała na Netarona i przestała wątpić. Nie mogłaby. Nie kiedy uśmiechał się do niej z dumą.

-Co to miało być?!

Wrzask wampira przywrócił ją do rzeczywistości. Jak dotąd miała wrażenie, że dryfuje bardzo daleko poza swoim ciałem.

-Pijesz wodę święconą zamiast herbaty, czy co?!- Jego poparzone wargi wykrzywiły się w gniewnym grymasie, kiedy ponownie ruszył w jej stronę.

Tym razem odskoczyła na bok, nie dając się złapać.  


----------


Jonathan i Akira wrócili w idealnym momencie. Zaraz po wejściu na teren fabryki natknęli się na Renatę. Dziewczyna była blada na twarzy. Robiła wszystko byle tylko odsunąć się od napastującego ją wampira, z marnym skutkiem, bo zaczął szarpać ją za włosy. Jonathan w sekundę znalazł się przy niej i sprzedał wampirowi cios kolanem w żołądek. Mężczyzna odskoczył kilka metrów w tył, bardziej z zaskoczenia niż bólu. Szybko się otrząsnął, warknął wkurzony i już szykował się do ataku, kiedy zbiegły się inne wampiry, które otoczyły walczących. 
Akira już wcześniej podbiegł do Jonathana i Reni, ustawiając się tak, żeby w razie wypadku osłonić przyjaciółkę przed atakiem. Wtedy przez tłum przepchnął się Mickel.

-Co tu się dzieje?- zapytał pozornie spokojnie, ale przez zaciśnięte zęby. Jego wyraz twarzy nie pozostawiał żadnych wątpliwości odnośnie tego jak bardzo jest wkurzony.

-Przysięgliście, że jej nie skrzywdzicie jeśli przyniesiemy Kielich.- odezwał się Akira.- Jeśli tak mają wyglądać układy z wami to go nie dostaniecie.

-Dziewczyna próbowała uciec!- zaprotestował ten sam wampir, który wcześniej próbował ugryźć Renatę.

Jego wypowiedź wywołała wśród tłumu wrzawę, której nawet Mickel nie mógłby tak łatwo opanować. Zresztą, nawet nie próbował.

-Nie próbowałam!- krzyknęła głośno Reni.- Jakiś idiota zostawił otwarte drzwi, więc wyszłam pozwiedzać.- Tylko odrobinkę minęła się z prawdą - w końcu drzwi bynajmniej otwarte nie były - ale kto jej to udowodni? Nikt, proszę państwa.

Tym jednym zdaniem wprowadziła w konsternację połowę towarzystwa. Nawet Jonathan spojrzał na nią pytająco i uniósł brew. Jeden z gapiów, prawdopodobnie ten "idiota", który miał jej pilnować, a zamiast tego uderzył w kimę, ulotnił się dyskretnie.

-Co?- wykrztusił Mickel. Zmierzył dziewczynę wzrokiem, jakby próbował się upewnić czy aby na pewno jest tylko nieszkodliwą Przyziemną.

Reni odparła mu wzruszeniem ramion.

-To nie ma znaczenia.- wtrącił Akira i spojrzał na przywódcę wampirów mrużąc oczy.- Przynieśliśmy Kielich, więc zgodnie z obietnicą macie dać nam spokój.

-Pokażcie Kielich!- krzyknął ktoś z tłumu.

Akira wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Jonathanem, który potem sięgnął do torby i wyciągnął z niej owinięty materiałem przedmiot. Kiedy podawał Mickelowi Kielich jego wyraz twarzy był tak skrajnie obojętny, że Reni prawie uwierzyła, że los nefilim w ogóle go nie obchodzi. Prawie. Wszystkich pozostałych udało mu się przekonać.

Mickel dość nieufnie wziął ręki zawiniątko i odsłonił zawartość. Na widok Kielicha jego twarz rozpromieniła się.

-No, barwo.

-Po co ci Kielich?- zapytał Akira. Zadowolenie malujące się na twarzy wampira irytowało go.- Nie możesz go nawet dotknąć, nie wspominając o wykorzystaniu go do czegokolwiek.

Mickel przeszył Nocnego Łowcę wzrokiem, a potem uśmiechnął się chytrze.

-Ależ ja nie chcę go wykorzystać.- Zawinął Kielich z powrotem w materiał i podał go stojącej przy jego boku wampirzycy.- Mam zamiar go zniszczyć.

Akira poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach. Kielich był dla nefilim zabezpieczeniem - ostatnią deską ratunku do stworzenia nowej generacji i kontynuowania misji. Jeśli zostanie zniszczony może być krucho. Zwłaszcza, że trwała wojna.

Młody Kurohana wziął głęboki oddech i zacisnął dłonie w pięści, ale zanim zdążył się odezwać zrobił to Jonathan.

-No to powodzenia.- rzucił wyzywającym tonem Morgenstern. W jego postawie widoczna była niewzruszona pewność siebie. Jakby miał wszystko pod kontrolą, mimo że w rzeczywistości sprawa była opłakana. Akira zastanawiał się czy to wyuczona postawa.- To jeden z Darów Anioła- ciągnął Jonathan.- Zniszczenie go może być sporym wyzwaniem.

-To już nie jest wasz interes.- odbił piłeczkę Mickel, a potem ciągnął dalej mimo swoich słów. Widocznie poczucie zwycięstwa, bycia panem sytuacji było zbyt słodkie, żeby tak szybko skończyć się nim napawać.- Myślę, że Królowa Fearie będzie bardziej niż chętna do pomocy, jeżeli dostarczę jej Kielich i rudego bękarta Valentina Morgensterna na dokładkę.

Jonathan już zamierzał mu odpowiedzieć, czy raczej wysyczeć przez zaciśnięte zęby, kiedy jedne z bocznych drzwi otworzyły się z hukiem i wpadł przez nie wysoki, ubrany na czarno mężczyzna. Wykrzykując imię swojego szefa przedarł się przez tłum gapiów i dopadł Mickela, który spojrzał na niego jak na wariata.

-Dlaczego się tak tłuczesz, do diabła!

-Panie, dziewczyna zniknęła.- wykrztusił wampir.

Na kilka sekund zapanowała grobowa cisza. Potem Mickel wrzasnął wściekle, uniósł pięść i posłał nieszczęśnika w powietrze, aż uderzył plecami w drzwi, przez które chwilę temu wszedł.

-JAK?!- ryknął.

Zbiorowisko cofnęło się o krok lub dwa aby zwiększyć dystans pomiędzy sobą a szefem. Wielu wampirów uciekło cichaczem, widząc, że miłe dla oczu widowisko, może już dłużej nie być takie miłe skoro herszt się wściekł. Renata pisnęła cicho i schowała się bardziej za plecami Jonathana. Wychyliła tylko czubek głowy znad jego ramienia, żeby widzieć cokolwiek.

Tymczasem Mickel wściekał się dalej.

-MIELIŚCIE DOPILNOWAĆ, ŻEBY NIE UCIEKŁA!

-Panie- odezwała się cicho Mai, nadal ściskając w rękach zakryty Kielich.- Była rana, związana i pozbawiona broni. Sama w zaryglowanym i zamkniętym na cztery spusty pomieszczeniu. Nie miała prawa uciec.

-A jednak jej się udało!- warknął Mickel z furią. Nagle jego wzrok ponownie padł na Nocnych Łowców i w jego wściekłych oczach błysnęło zrozumienie.

Cholera, przeklął w myślach Jonathan. Jeśli zamierzał obwinić ich o ucieczkę Clary, mogli nie opuścić tego miejsca tak łatwo.

-Przecież nas tu nawet nie było!- powiedział Morgenstern w samoobronie.

-Was nie.- potwierdził, skupiając wzrok na blond włosach chowającej się za Jonathanem Renaty.- Ona była. Mało tego, przyłapaliśmy ją na szwendaniu się samopas. To musiała być ona!

-Skoro tak to dlaczego nie uciekła razem z nią?- zaoponował Jonathan, próbując się jeszcze bronić, ale miał bardzo silne przeczucie, że ta kłótnia nie będzie prowadzić do niczego dobrego. Że też Reni i Clary nie mogły spokojnie poczekać aż doczłapią się tutaj Jace i Lightwood'owie! Dlaczego baby zawsze muszą robić wszystko po swojemu?!- Po co wróciła skoro doskonale wie, że nie spotka jej tutaj nic dobrego?

-Po ciebie!- Mickel w sekundę znalazł się przy Jonathanie i wbił mu palec wskazujący w pierś.- Mała Przyziemna wróciła po ciebie i twojego koleszkę!

-Pomyśl przez chwilę o tym co mówisz.- wtrącił się Akira.- Jak powiedziałeś - to Przyziemna. Zwykła, słaba dziewczyna. Naprawdę sądzisz, że wykiwała by wszystkich twoich strażników, wykradła broń, a potem wypuściła więźnia? To niedorzeczne!

-Myślisz, że nie wiem?- rzucił prześmiewczo tonem, w którym wciąż pobrzmiewała złość. I to nie mała.- A jednak to zrobiła! Nie wiem jak, ale wiem, że to była ona!

-I co z tego?- Reni odezwała się po raz pierwszy.- Co z tego?- powtórzyła, wychodząc zza Jonathana i dla odmiany oparła się o jego ramię.- Clary jest już daleko stąd i nie dogonicie jej, nawet jakbyście chcieli.

Mickel spojrzał na szparę światła przedostającą się przed szczelinę pod drzwiami wejściowymi i przeklął, w duchu przyznając dziewczynie rację. Nie mogli wyjść na zewnątrz. Nie o tej porze dnia.

-Rozejść się i zacząć zbierać. Wynosimy się stąd tuż po zachodzie słońca. Mai, odnieś Kielich do mojego gabinetu, zaraz tam przyjdę.

Zapanowało małe zamieszanie i większość wampirów w tym Mai rozeszło się we wszystkie strony. Została tylko siódemka - dwie młode dziewczyny i pięciu mężczyzn, którzy wciąż mierzyli Akirę, Reni i Jonathana wrogimi spojrzeniami. To był główny powód, dla którego jeszcze się stąd nie wynieśli. Pięć par oczu śledzących z podejrzliwością każdy ich ruch, gotowych do zaatakowania w każdej chwili.

Jonathan zerknął na Renatę i zauważył, że jej ręce drżały odrobinę, mimo że dobrze ukrywała strach. Nie mogąc się powstrzymać, objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej do siebie.

Mickel spojrzał na nich i zmrużył oczy.- Rozumiecie chyba, że w świetle nowych wydarzeń, nasza umowa staje się nieaktualna. Dzięki wam straciłem swoją kartę przetargową.- Potem zwrócił się do swoich pobratymców.- Zabierzcie im broń i zamknijcie. Dopilnujcie też, żeby zawsze cztery osoby pilnowały drzwi. Potem zdecyduję co z nimi zrobić.- dodał jeszcze i odszedł.

----------

Półgodziny później siedział przy sponiewieranym biurku w pomieszczeniu w wyższej kondygnacji budynku. Oparł łokcie na blacie i położył podbródek na splecionych dłoniach, a potem wzbił wzrok w Kielich. Królowa Fearie nienawidziła Clave, ale za nim też zbytnio nie przepadała. Nawet jeśli przyniesie jej Kielich, nie mógł mieć pewności, że zechce zawrzeć z nim sojusz. Z Clarrisą Morgnestern w roli zakładniczki byłoby o wiele prościej. Mickel dobrze znał zamiłowanie Królowej do grania ludziom na nosie, a zwłaszcza do grania na nosie Jace'owi Herondale.

Zmarszczył brwi, a całe jego ciało napięło się niezauważalnie. Miał jakieś inne wyjście?

Wpatrując się w Kielich niewidzącym wzrokiem, zaczął jeszcze raz rozważać każdy swój ruch, każdą decyzję, którą podjął w przeciągu ostatnich miesięcy i każdą osobę, którą spotkał po drodze. Wojna była jak rozgrywka szachowa - każde opcja musiała być przemyślana i rozpatrzona, bo każdy ruch miał znaczenie. I tak począwszy od swojej niewielkiej grupy zwolenników w USA, dotarł aż do dwóch Nefilim i Przyziemnej, którzy zostali do niego sprowadzeni. Jeszcze raz przeanalizował każdą interakcję z nimi, spojrzenia, ton głosu, postawa, rysy twarzy...

Poderwał się na nogi tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedział uderzyło w wykładaną kafelkami podłogę.

Zwabiona hałasem Mai otworzyła drzwi do gabinetu swojego szefa, żeby zobaczyć co się stało. Na twarzy Mickela malował się szok.

-Co się stało?- zapytała cicho. Wampir nawet na nią nie spojrzał.

-Morgenstern.- wydusił, wciąż nie mogąc uwierzyć.- Ten chłopak to pieprzony Sebastian Morgenstern.

-Jak to?- Mai zmarszczyła brwi, ale nie otrzymała odpowiedzi.

Na twarzy Mickela stopniowo wykwitł maniacki uśmiech.

Miał swoją kartę przetargową.
-----------------------------------------
Will: *dzwoni do Belli*
Bella: *odbiera* *szeptem* Izka! Mam fizykę!
Will: *wcale nie szeptem* Ups xD
Bella: Ta, ups -,- Odzwonię za godzinę.
*jakąś godzinę później*
Bella: Już mogę rozmawiać.
Will: Bo ja w sumie mam do ciebie jedno ważne pytanie.
Bella: No, dawaj.
Will: Pierwszy ma być nowotwór czy ciąża?
Bella:...
Will:...
Bella: Eee... no, chyba nowotwór... tak jakoś... wydaje mi się xD
Will: Okey *płacze ze śmiechu* To teraz spróbuj zgadnąć czego to się tyczy xD
Bella: Wolę nie xD

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Rozdział 21 - "Teoretycznie jestem zakładnikiem."

Renata chodziła w kółko po celi, która rzekomo miała być jej "tymczasową kwaterą". Pokój był mały, zimny i pusty. W kącie leżały dwa brudne, dziurawe koce, których nawet nie zamierzała dotykać. Nie było okien, a jedyne oświetlenie stanowiła goła żarówka powiedzonszona na suficie, która przygasała, co kilka minut. Uroczo.

Reni zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. W normalnych okolicznościach siadłaby na tyłku i zwyczajnie poczekała na rozwój wydarzeń, ale to nie były normalne okoliczności i bynajmniej nie zamierzała marnować czasu na czekanie.

Netaron przez cały ten czas uważnie się jej przyglądał, co jakiś czas kręcąc z politowaniem głową.

-Uspokój się. Zaraz wydepczesz ścieżkę w podłodze.

-Nie jestem w stanie się uspokoić, Netaronie!- odparła, zdecydowanie zbyt głośno, za co natychmiast skarciła się w myślach. Przecież nie miała pewności czy nikt jej nie podsłuchuje.- MÓJ Jonathan został wysłany razem z MOIM przyjacielem, żeby ukradli jeden z najważniejszych dla nefilim artefaktów pod groźbą, że banda zbuntowanych wampirów zamieni MNIE w Dziecko Nocy jeśli się nie podporządkują, a JA nie mogę nic zrobić, bo jestem TYLKO słabą Przyziemną!- powiedziała nerwowym szeptem, praktycznie na jednym wdechu, a na koniec swojego wywodu z całej siły kopnęła nogą w drzwi. Głuche dudnienie rozniosło się po korytarzach.

-Lepiej ci już?    

Odetchnęła głęboko. Wiele to nie dało, ale przynajmniej rozładowała trochę frustrację.

-Trochę.- przyznała, po czym dodała szybko:- Co nie zmienia faktu, że bycie zakładnikiem jest do bani.

Renata podeszła do drzwi, tym razem nie po to żeby się na nich wyżywać, a z oczywistym zamiarem wyjścia na zewnątrz. Miała dosyć siedzenia w tej celi. Nawet jeśli mieliby zaraz ją złapać - wolała to, niż takie nic nierobienie.

Chwyciła za klamkę...

I na tym się skończyło, bo drzwi były zamknięte na cztery spusty.

No tak. Przecież byłoby zbyt łatwo, prawda? Super.

Westchnęła i odwróciła się do Netarona.

-Pomożesz?- zapytała, patrząc na niego błagalnie.

-Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Każde działanie niesie za sobą konsekwencje. A ja nie będę mógł ci pomóc, jeśli wpadniesz w kłopoty.- przypomniał jej.

-Nic mi się nie stanie.


Kiedyś już to przerabiali. Reni miała wtedy zaledwie dziesięć lat. Rodzice wysłali ją na obóz harcerski nad jezioro. Chciała pozwiedzać okolicę i przez przypadek spadła z mostu prosto do zimnej wody. Na szczęście, nigdy nie narzekała na brak umiejętności pływackich, więc udało jej się wydostać, ale do końca obozu męczyła się z katarem. Zapytała wtedy Netarona dlaczego nie złapał jej, gdy się potknęła.

-Ani mnie, ani innym aniołom nie wolno do tego stopnia ingerować w wasz świat.- odpowiedział.- Mamy służyć radą, a ja mówiłem, żebyś nie podchodziła tak blisko krawędzi.- dodał, jednak jego ton wyrażał bardziej dezaprobatę dla jej nierozwagi, niż skruchę. 

-Nie słyszałam.- burknęła obrażona Reni. 

-I właśnie dlatego na świecie jest tyle nieszczęść - bo nie potraficie słuchać.   

Od tamtego dnia minęło osiem długich lat i choć mała dziewczynka wyrosła, to w oczach Netarona wciąż pozostawała dzieckiem. Głupiutkim dzieckiem, którego nie można odstąpić na krok, bo zaraz wpakuje się w kłopoty. Wiedział, że nie może już tak o niej myśleć, nie kiedy zmieniała się na jego oczach, ale nie mógł się powstrzymać.

I chyba tylko dlatego uległ jej proszącemu wzrokowi i postanowił przyspieszyć to, co nieuniknione. Podszedł do niej i położył rękę na jej czole. Dotyk był tak delikatny, że Reni niemal go nie czuła, a mimo to w jednej sekundzie poczuła się zupełnie inaczej. Wróciło to samo dziwne uczucie, co tydzień temu podczas urodzin, tylko już bez zawrotów głowy. Wręcz przeciwnie, jej umysł nigdy nie był czystszy. 

Spojrzała pytająco na Netarona.

-Co zrobiłeś?- zapytała. 

-Teraz możesz wyjść.- powiedział tylko, puszczając jej pytanie mimo uszu.

Renata nie drążyła tematu. Podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę, ale wciąż było zamknięte.

Tylko ona stała się niematerialna.


----------


Będąc na skraju świadomości, Clary usłyszała czyjś głos wołający jej imię i poczuła rękę delikatnie potrząsającą jej ramieniem.

-Clary? Clary, wstawaj!

Jednocześnie poczuła tępy ból głowy i dolnych partii żeber. Naprawdę nie chciała się budzić, ale najwyraźniej nie miała wyboru.

Otworzyła oczy i przez klika sekund miała wrażenie, że widzi ciemne włosy i twarz Isabelle, ale gdy mrugnęła ta iluzja znikła. Wzrok musiał płatać jej figle, bo osoba pochylająca się nad nią nie była Izzy. To była ta sama dziewczyna, którą wcześniej widziała obok Jonathana. Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu, gdy dostrzegła, że Clary się obudziła.

-Dzięki Bogu.- odetchnęła z ulgą.- Udało mi się znaleźć twoją stelę więc...

-Kim jesteś?- przerwała jej Clary.

-Nie wiem, czy moja osoba jest w tej chwili taka ważna, ale skoro chcesz wiedzieć to mogę się przedstawić. Mam na imię Renata Yume, dla przyjaciół Reni, liczę osiemnaście wiosen, a na resztę przyjdzie czas później.- wyrecytowała, praktycznie na jednym wdechu. Potem chwyciła Clary za ramiona i pomogła jej usiąść.- Szybko. Raczej nie mamy wiele czasu.- powiedziała, podając jej stelę i miecz.

Clary odłożyła Hesperosa na podłogę, a stelą raz-dwa narysowała sobie iratze ignorując towarzyszące temu zabiegowi pieczenie i czekała aż zacznie działać.

-Nie jesteś jedną z nich?

-A wyglądam na wampirzycę?- odparła Renata, pokazując na siebie ręką.

Czy z tym chudym, w ogóle nie atrakcyjnym ciałem choć trochę przypominała Dziecko Nocy? Clary też była szczupła i drobna, a w dodatku usiana piegami, ale ten typ urody tak jej pasował, że nawet w brudnych, wytartych ubraniach wyglądała pięknie. Przynajmniej w mniemaniu Renaty, choć jej ocena nie mogła być subiektywna. Zawsze była względem siebie zbyt surowa.

Clary przyjrzała jej się dokładnie i lekko pokręciła głową.

-No, właśnie.

-Więc co tu robisz?- zapytała Clary. Miała ochotę zapytać, co w ogóle robił tutaj Jonathan i jakim cudem żyje, ale nie sądziła, żeby poruszanie tego tematu teraz było dobrym pomysłem. Tak, jak powiedziała Reni - nie miały zbyt wiele czasu.

Clary poczuła lekkie mrowienie, kiedy rany zaczęły się zasklepiać. Po namyśle narysowała sobie również mendelin, mając nadzieję, że pomoże na ból głowy. Oby nie miała wstrząsu mózgu, bo to mogłoby już być problematyczne.

-Teoretycznie jestem zakładnikiem.- Blondynka zagryzła policzek od środka.- Ale znudziło mi się nic nierobienie, więc pomyślałam, że chociaż spróbuję ci pomóc. Są tak przekonani o naszej słabości, że nawet nie postawili straży. A może postawili, tylko wszyscy zrobili sobie przerwę na lunch? Albo drzemkę. Wampiry chyba śpią za dnia, nie?- zastanawiała się na głos.- Nie wiem, w każdym razie znalezienie twojej broni i dotarcie tutaj poszło mi gładko, chyba ze dwa razy prawie na kogoś wpadłam, ale mnie nie zauważyli.

Clary uniosła brwi. Nie to, że jej nie wierzyła, ale to co powiedziała brzmiało tak prosto, że nie mogła wyjść z szoku. No i pozostawała jeszcze jedna kwestia - była pewna, że zamknięto ją w tym pomieszczeniu na cztery spusty, a i Renaty nie pozostawiono na wolności skoro miała być zakładnikiem.

-Jak przeszłaś przez zamknięte drzwi?- zapytała.

-Tak jakoś wyszło.- Reni wzruszyła ramionami, uśmiechając się niewinnie.

Clary wpatrywała się w nią zszokowana.

Co jest nie tak z tą dziewczyną?, zastanawiała się. Albo ona była inna, albo cały świat zwariował. Była ciekawa jak nigdy, jednak w jej oczach Clary wyczytała, że nie dowie się niczego więcej, więc odpuściła sobie dociekanie.

-Dasz radę wstać?- zapytała Ren, profilaktycznie zmieniając temat.

-Raczej tak.

-To dobrze.- Reni zerknęła w stronę wyjścia.- Em... dasz radę otworzyć drzwi?- rzuciła, lekko zakłopotanym tonem.


Clary zmarszczyła brwi, ale skinęła twierdząco głową.

Nie pytaj., powiedziała sobie w myślach. Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

Renata podniosła się i podała Clary rękę. Rudowłosa przyjęła pomoc, ale nie bez wahania. Nie wiedziała, co sądzić o tej dziewczynie. Nie była "normalna" to wiedziała na pewno. Wcześniej nie czuła tego tak intensywnie, ale teraz, kiedy były same miała wrażenie, że mistyczna aura, którą emanowała Reni była wręcz namacalna. 

-Chodźmy, wiem gdzie jest wyjście.

-Czekaj.

Reni zatrzymała się w połowie drogi do drzwi. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Clary pytającym wzrokiem. W oczach dziewczyny czaił się cień nieufności.

-Coś nie tak?

-Nie chcę znać całej historii, bo nie ma na nią czasu. Ale jeśli mam pozwolić ci się stąd wyprowadzić muszę chociaż wiedzieć dlaczego mi pomagasz.- powiedziała i zamilkła, czekając na odpowiedź dziewczyny.

-Dlaczego?- powtórzyła po niej bezwiednie.- Jak to dlaczego? Jesteś siostrą Jonathana, trochę głupio zostawić na pastwę losu przyszłą szwagierkę.- Reni uśmiechnęła się, a Clary dosłownie odebrało mowę.

Jasna cholera., przeklęła siarczyście w myślach, obiecując sobie, że już o nic więcej nie będzie pytać. Za dużo informacji jak na jeden dzień.
-----------------------------------------
*SMS-owa pogadanka na temat BigBang'a*
Bella: Słyszałaś piosenki chłopaków?

Will: Iza... ja ryczę... od godziny leżę w łóżku i ryczę...
Bella: Tak? xD No ja się przed chwilą pozbierałam do kupy xD
Will: FXXK IT było świetne, ale Last Dance... zabiło mnie emocjonalnie... Mam takie wrażenie, że zamiast piosenki o miłości wyszła im piosenka pożegnalna dla fanów... I to nie jest fajne wrażenie T.T 
Bella: Ooo~ Tak bardzo chciałabym teraz do ciebie pojechać i cię przytulić ;C
Will: Jezu, ten uśmiech i łzy TOP'a na końcu *znowu wyje*

Bella: Musimy kiedyś na ich koncert pojechać.
Will: O ile jeszcze jakieś będą...
Bella: No, o ile będą. Izka, zbieraj forsę na wakacje. Pojedziemy gdzieś se...
Will: HAHAHAHA XDDD Mówisz do człowieka, który nie ma grosza przy duszy! XD
Bella: Dasz radę ;)
Ps. Zaczytana, tak ten rozdział pojawił się tuż po tym jak skomentowałaś poprzedni xD To wcale nie przypadek xD